niedziela, 28 listopada 2021

Oblicze walki

Są dni kiedy bezsilność doprowadza mnie do szału. Są bezsenne noce gdy rozpacz sięga dna. Wyciągam ręce w górę, w modlitewnej prośbie. Chcę odsłonić ciemne chmury, które od dawna zasłaniają nam słonice. Czy ono jeszcze istnieje? - w duchu od nowa pytam siebie. Żal i smutek na nowo wypełnia moje serce, a po policzku spływa krwawa łza. Dziś nie mogę utulić cię do snu. Dziś nie uśpią ciebie słowa nuconej przeze mnie kołysanki. Dziś słychać wciąż na nowo syreny, a z góry zlatują na nas bomby. 
- Czy Bóg o nas zapomniał? - zapytałeś kiedyś.
- Nie kochanie, to ludzie zapomnieli o nim. Stali się źli i nieczuli, zaczęli walczyć ze sobą? - pocałowałam cię w policzek i ostatni raz usłyszałam jak się śmiejesz.
Poszedłeś z ojcem na spacer i znowu zawyły syreny. Wybiegłam z domu pośpiesznie, żeby was odszukać, pomyślałam, że kierujecie się do schronu. Zobaczyłam was gdy wybiegłam zza rogu. Ojciec niosąc cię na rękach biegł z drugiej strony ulicy. W swoich małych rączkach kurczowo trzymałeś pluszowego misia. Nagle zabrzmiał wielki huk, a na przechodniów zawaliła się kamienica. Zdążyłam tylko krzyknąć - Nie! - ale było już za późno. Spod gruzów wystawały liczne ręce. W powietrzu unosił się kurz i pył, zewsząd napływał coraz głośniejszy krzyk i lament.
Dobiegłam, chciałam odgarnąć gruz, ale ktoś manie zatrzymał - Do schronu, proszę tędy, do schronu! - ledwo w tym szoku usłyszałam. Nad naszymi głowami przeleciały kolejne samoloty. Chyba zemdlałam, bo gdy się ocknęłam byłam już w schronie.  
- Gdzie jest mój mąż i syn? - zaczęłam pytać obecnych, ale nikt nie potrafił mi odpowiedzieć, zaczęłam cicho płakać. 

Po bombardowaniu usunięto gruz, pod nim znajdowały się wasze ciała, które rozpoznałam. Przyjętym zwyczajem zabrano je do krematorium i spalono. 
Zostałam całkiem sama w pustym mieszkaniu. Przez wiele nocy tuliłam do siebie misia, którego zabrałam, był poplamiony waszą krwią. Wewnątrz wiedziałam, że Bóg o nas nie zapomniał, że pomimo braku ciał byliście żywi, byliście nadal żywymi duchami, ale zabrakło mi waszej cielesnej obecności. Moje serce przepełnił smutek na wiele dni.
- Wstań! - usłyszałam doniosły ton - Wstań!
- Zostaw - ledwo wyszeptałam otrącając jego rękę. 
- Spójrz nam mnie! - jego ton brzmiał niczym rozkaz. - Spójrz na mnie!
- Zostaw! - wykrzyknęłam przez łzy.
- Potrzebujemy ciebie - jego ton nieco złagodniał. Przysiadł na skraju łóżka i przytulił mnie. 
- Czuję się bezsilna - mój głos się łamał - Czuję pustkę, której nie mogę wypełnić.
- Tylko miłość może ją wypełnić, oni zawsze pozostaną w twoim sercu. 
Miał rację, na zawsze postaliście w moim sercu. Pomógł mi dojść do siebie. Zaczęłam pracować w szpitalu, opatrywać rannych, ale uczucie bezsilności wracało. 
- Jak długo tak można? - ciągle pytałam w myślach samą siebie i jego. - Jak długo?
- Tak długo, jak długo będą trwały podziały nie ważne w jakie sferze naszego wspólnego życia
- Ale to bliźni występuje przeciw bliźniemu - wciąż powtarzałam. - Czy oni naprawdę zapomnieli, że są braćmi i siostrami?
- Oni postrzegają siebie jako wrogów. Jedni i drudzy wierzą, że po wygranej walce ich dowódcy będą rządzić światem, że są do tego wybrani jako nadludzie.
- A miłość, współczucie, chęć czynienia dobra?
- Te uczucia są im obce. Owładnęła nimi bezduszna logika i propagandowa iluzja - popatrzył na mnie czule i przytulił. 

Mijały kolejne niepewne dani. Przeminęła jesień za nią zima i wiosna. Powoli nadeszło lato i robiło się coraz cieplej. Przez te wszystkie tygodnie i miesiące działania wojenne wcale nie malały. Gdzieś z daleka dobiegał głos o pokoju, ale to był jedynie słaby głos, pośród armat wojennych wystrzałów i bombardowań. W szpitalu przybywało rannych, kalek. Ludzie jeśli nie tracili życia, tracili nogi i ręce. Po salach i korytarzach można było słyszeć o naszym rychłym zwycięstwie, bo ponoć przesłuchania jeńców szły coraz lepiej i udało się złamać tajemny kod zaszyfrowanych rozkazów. Przechwycono w końcu liczne listy i depesze, a podsłuch rozmów wroga też działał bez zarzutu.
Moje dłonie codziennie pokrywały się krwią, a serca dotykał niekończący się ból. Czy mogłam przynieść choć odrobinę ulgi rannym i okaleczonym? Zastanawiałam się na nowo w duchu.
- Dużo pracy dzisiaj - poczułam przyjacielską dłoń na ramieniu.
- Tak - westchnęłam głośnio i głęboko odwracając się do niego. - Dziś przywieźli trzy rodziny z małymi dziećmi oprócz rannych żołnierzy. Rok już minął, a ja wcale nie czuję się mniej bezsilna niż wtedy, gdy patrzyłam na tamten gruz. Kiedy to się w końcu skończy?
- Kiedy ludzie dojrzeją do wspólnej jedności, przestaną się wywyższać i zaczną kochać bezinteresownie - popatrzył na mnie smutno.
- A co my możemy?
- Nieść w sobie pokój i pocieszenie.
- Poproszono mnie do opieki nad jeńcami - mój głos się załamał. - To jest nie ludzki obraz. - Zacisnęłam dłonie w pięści.
- Nasi dowódcy potrzebują tajnych informacji - mówiąc złapał mnie za rękę i przyciągnął do siebie.
- Ale to też są ludzie, tacy sami jak ja i ty - zaczęłam płakać. - Czy tak to ma wyglądać, że ludzie ludziom... - nie mogłam dokończyć.
- Jesteśmy w centrum piekła i żyjemy pośród piekielników...
- A co stało się z niebem - nie dałam mu dokończyć.
- Właściwie chyba nikt o nim nie pamięta oprócz ciebie, nikt nie zna tego stanu świadomości - delikatnie otarł moje łzy płynące po policzkach.
- Ja i ty, my oboje ten stan świadomości znamy, ale cała reszta jakby o tym zapomniała. Czy jest szansa, żeby sobie o tym przypomnieli?
- Jest szansa - powiedział gładząc moje włosy. 
Po chwili wezwano go do kolejnego pacjenta, ja też wróciłam do potrzebujących. Dochodząca do siebie matka tuliła czule chłopca, przypomniało mi to chwile spędzone z tobą.
- Wiesz mamo - powiedziałeś kiedyś. - Odwiedziłem wczoraj niebo.
- Niebo? - popatrzyłam na ciebie pytająco
- Tak - uśmiechnąłeś się. - Byłem z tatą u państwa 
Goldsteinów. Przygarnęli oni do siebie jednego bezdomnego chłopca. Wszyscy usiedli zgodnie przy jednym stole i podzielili dwa jabłka, które mieli do jedzenia i wznieśli za to dziękczynną modlitwę.
Na to wspomnienie ciepło napłynęło do mojego serca. Nastawiłam się na wewnętrzny pokój. Podarowałam matce i chłopcu twojego misia.


 


środa, 10 listopada 2021

... i żyli długo i szczęśliwie

Dlaczego wciąż nieszczęście jest w cenie? Dlaczego wciąż strach jest w cenie?
Większość znanych nam historii ma co prawda dobre zakończenie, ale to co oglądamy lub czytamy sprowadza się do tzw. czarnych historii. Poczynając choćby od bajek dla dzieci, np. historia Królewny Śnieżki, Roszpunki, czy Kopciuszka zdecydowaną przewagą akcji jest niesprawiedliwość, chęć zabijania i upodlenie oraz króciutkie zakończenie - "... i żyli długo i szczęśliwie", lecz brak tu kolejnej sceny. Być może byłby to świat prawdziwiej utopi w krainie mlekiem i miodem płynącej, gdzie nie ma przemocy, upodlenia, zazdrości, zawiści i chęci zemsty. Czy ktoś tak naprawdę czeka na taką historię, a może na ciąg dalszy?
Uwaga! Uwaga! Oto szczęśliwy Kopciuszek u boku księcia, tak samo Śnieżka i Roszpunka i codzienna sielanka - szczęśliwie roześmiane dzieci i zadowoleni z życia poddani. Ojciec śpiącej królewny już nie obawia się wrzeciona, a nawet sam czarownica przyszła ich przeprosić. Baba Jaga złagodniała i odprowadziła Jasia i Małgosię do domu, gdzie z sercem przywitała ich macocha, a żona rybaka serdecznie podziękowała za pomoc złotej rybce.

- E tam - ktoś zaraz powie - a gdzie tu akcja, jakaś dobra bójka i strzelanka, mały Armagedon?
W końcu właśnie takie sceny przykuwają uwagę do ekranów w kinach, domowych telewizorów oraz komputerów. Każde dobre morderstwo jest cenne, a jeszcze lepiej rozegrać bitwę o pokój, każdy rozsądny mąż jest w końcu rządny władzy, najwyższej władzy - czas w końcu zapanować ogniem i mieczem nad światem - wówczas sale kinowe zawsze są pełne. Dlaczego przemoc i walka wciąż są tak bardzo  fascynującym obrazem, który nie raz zapiera dech w piersiach? Czy walka ze złem, super bohater jest najlepszym rozwiązaniem? I tak wkraczamy w świat współczesnej kinematografii, gdzie wiąż dominuje prawo rywalizacji oraz prawo silniejszego. Poczynając od Konana Barbrzyńcy - bardziej współczesnego obrazu Herkulesa - dążąc do Batmana i Suprermena a na Neo z Matrix'as
 kończąc, idziemy zawsze przez świat złoczyńców i super bohaterów, którzy walczą o lepsze jutro, które jest zawsze odległą i nie pewną, nietrwałą przyszłością, bo za rogiem zawsze czai się już kolejne nowe niebezpieczeństwo. Czy takiej przyszłości życzymy sobie sami magnetyzując się prawie codziennie takimi obrazami, a nadrzędne prawo magnetyzmu działa czy sobie tego życzymy czy nie. Dlaczego ludzka rzeź i niedola wyjęta z Gladiatora i Igrzysk śmierci tak bardzo magnetyczną uwagę przyciąga? Czy takimi obrazami chcemy wypełniać nasze prywatne podświadome i świadome światy, i budować ostatecznie z tego zbiorową świadomość i podświadomość? Jeżeli zdajemy sobie sprawę z tego, że nasze myśli są twórczą energią to czy powinny one w kółko biegnąć za Kryminalnymi zagadkami Nowego Jorku czy Las Vegas i tego typu telewizyjnymi produkcjami, nie wspominając nic o łzawych telenowelach przepełnionych licznym zawistnymi intrygami i ludzkim nieszczęściem. Czy naprawdę chcemy by nasze związki i miłość wyglądały tak nieszczęśliwe jak w telewizyjnej telenoweli? Czy raczej tak jak powiedział jeden z bohaterów Igrzysk śmierci - Gale "...nikt nie patrzy, nie ma igrzysk". Nikt nie patrzymy na kinową i telewizyjną przemoc oraz nieszczęścia więc jej nie ma; nikt nie przysiada do brutalnych gier komputerowych więc też ich nie ma.

...i żyli długo i szczęśliwie tak w gruncie rzeczy kończą się wszystkie uznane przez nas dobre bajki, łzawe telenowele i filmy. Tylko, czy my chcemy widzieć nie tylko napisy końcowe the end, ale też dalsze obrazy po zakończeniu? Czy chcemy by tak wyglądało nasze życie, w gruncie rzeczy zbudowane naszymi rękami? Gdy każdego dnia wybieramy jedną pozytywną myśl jako cegłę pod fundament naszego pozytywnego działania i z uśmiecham odpowiadamy na tak życiu, którym jesteśmy.
Już nie potrzebujemy obrazu super bohatera jako obrazu zbawiciela, bo sami na co dzień czynimy bliźnim to co sami chcielibyśmy, żeby nam czyniono. Emanujemy pozytywną energią oraz wewnętrzną dobrocią. Długie i szczęśliwie życie nie jest już tylko nieosiągalną książkową czy filmową utopią, ale naszym dniem powszednim. 
Zatem the end i sam zdecyduj co będzie dalej...

środa, 29 września 2021

w nie-mowie

 pomilczę jeszcze chwilę
nim uciszysz wszystkie troski
nim zbudzisz dzień na tarczy zegara
tik tak tik tak dochodzi południe 

pomilczę choć wiele można powiedzieć
gdy z rana pośród traw budzą się krople rosy
gdy wiatr w dal unosi krzyk żurawia
ten takt ten takt do walca zaprasza

milczę choć krzątanina zbiera się w głowie
niczym rwąca wartka rzeka
niczym na śnieżnym stoku lawina
ten hałas ten hałas wołanie pewnego człowieka 

milczę bo taki został wydany rozkaz
gdy z tarcz zbierali wszystkie naboje
pif paf pif paf znów naładowali karabiny
donośmy głos otworzył się krwawych ran

w nie-mowie ucichły wszystkie piski
tych piskląt wyklutych przed chwilą ze skorupy
tych westchnień i uniesień tuż przed wielką sceną
och ach och ach spełniło się czyjeś marzenie

w nie-mowie czule całuję twoje usta
dotykam zgrabnych piersi i bioder
twoje skóra jest tak przyjemnie miękka
nic nie mówię ale ciągle czuwam 

jak nazwać milczenie twoich powiek
jak nazwać drganie twoich ust
gdy z lekka rozwarte chcą chwycić dźwięk
tej ciszy pomiędzy nami za dnia i w nocy
tej z serca wyjętej modlitwy by wydarzył się cud

wtorek, 21 września 2021

Strategia walki

 - Czemy odeszłaś? - w jej głosie słychać było wyrzut. 
- Moje ciało nie miało już sił - odpowiedziała smutno.
- Ale przecież wszyscy mówili, że trzeba walczyć. Przecież jak sami twierdzili wybrali najlepszą opcję walki, najlepszą strategię. Czemu nie walczyłaś? - powtórzyła pytanie.
- Walczyłam zgodnie z nakazami i przyjętymi procedurami. Zaciskałam zęby kiedy mówili, żeby nie płakać, podnosiłam się kiedy mówili, że należy wstać, ale w końcu ciało odmówiło posłuszeństwa. Czy ty ciągle jesteś w stanie oblężenia tak jak na wojnie? - przez jej głos przemawiała troska.
- Jak na wojnie?! Czy tu jest miejsce na wojnę? Przy tym ciągłym leżeniu gdy nie można nawet wstać z łóżka. Czy tu jest miejsce na wojnę? Ponoć obrali najlepszą strategię, najlepszy program. Czemu nazywają to walką? Czy nie należy kochać? Kocham moje ciało. Dlaczego miałbym walczyć sama ze sobą? - ze wzburzeniem poruszyła się na łóżku.
- Nie wiem. Nie widziałam przy tym udziału wojska, tylko igły, strzykawki, skalpele, szwy, wenflony, plastry i małe krople z kroplówki gdy spadały. Należy kochać, inaczej człowiek oddala się od Boga, od boskiej czaski samego siebie. Każda walka przeczy miłości bliźniego. To boli prawda? - zatroskała się.
- Boli. Twoje ciało też tak leżało, a do żył kap, kap, kap. Czy to była dobrze uzbrojona armia? Może nam w ciele teraz jakiegoś mikro żołnierza, który wewnątrz buduje zasieki i okopy, prawdziwe pole bitwy? - jej głos ożywił się. 
- Nie, nie masz, to tyko czysta chemia, co jak jad ciało powoli, ale statecznie 
zatruwa - gestem dłoni starała ją się uspokoić. 
- To czemu, czemu ciągle mówią o walce? Jakby była jakaś wojna? - wciąż pytała.
- Twierdzą uparcie, że walka toczy się o życie - odpowiedziała gładząc ją po głowie.
- To fajnie! Wygrałaś ze śmiercią! Choć twoje ciało nie żyje - ucieszyła się na chwilę.
- Bo śmierci nie ma, to przestarzały wymysł religii. 
- Ale oni wszyscy w to wierzą. 
- Wierzą, bo nie poznali prawdziwego życia.
- Chyba zapomnieli o miłości. Czemu ludzie lubią dręczyć innych i samych siebie? Choć gdyby pozwolili mi wybrać to dawno bym to wszystko odłączyła i wyszłam cieszyć się letnim słońcem, ale nie wolno mi decydować, bo jestem tylko dzieckiem.
- Mnie też tego odmówili, bo jak stwierdzili w tym świecie moje ciało było nieletnie więc nie mogło podjąć właściwej decyzji.
- Czym jest dla nich miłosierdzie? Czy doświadcza się go w walce? Czy raczej odwołuje się wyznaczoną egzekucję i oszczędza się ściętą głowę?
- Oni nie czują miłosierdzia. Zastygli przy białym 
fartuchu, oddzieliły ich od tego protokoły i procedury, odgórne farmaceutyczne wytyczne i papierkowa robota. Myślą od lat, że cała moc uzdrowienia jest zamoknięta w chemicznym zastrzyku, kroplówce i pigułce. Farmakologia to ich wielki "BÓG".
- Tylko chemia i zawsze chemia, to jakby żyć na wysypisku śmieci, w zatęchłym bagnie. Bo czym się staje krew w żyłach jak nie zatrutą rzeką? Czy nie tak piłkarz na boisku strzela samobója? 
- To jest spalony skok w dal, bo ciało nie nadąża z detoksykacją i brak mu wsparcia z zewnątrz.
- Czy oni wiedzą co nam czynią?
- Niewydajne mi się by wiedzieli
- Potrzebna im nasza miłość?
- Potrzebna. 
- Już nic nie boli mogę wstać - stanęła obok krzesła.
- Weź mnie za rękę, teraz mamy prostą drogę do nieba - poszły a w szpitalnym łóżku zostało tylko małe, wątłe, nieżywe ciało.


poniedziałek, 20 września 2021

Rozstanie

- Zmieniłeś się - powiedziała.
- Ja zmieniłem się? - zapytał. 
- Stanąłeś na przeciw mnie o twarzy mordercy - jej głos lekko drżał.
- Ty chyba nie poznałaś prawdziwego mężczyzny! - krzyknął.
- Poznałam - powiedziała - czułego i delikatnego, ale to nie jesteś ty.
- Czułego i delikatnego - powtórzył - ale to nie jestem ja? - popatrzył na nią groźnie.
- Nie jesteś - odpowiedziała - jesteś tyranem i dyktatorem, a na dodatek nie szanujesz ludzi.
- Jeszcze słowo a zrzucę cię z balkonu - złapał ją za rękę i pociągnął - a teraz wracaj do środka. 
- Nie potrzebnie się obciążysz - wszeptała idąc w stronę salonu, ich mieszkanie znajdowało się na ósmym piętrze. 
- Milcz bo zaraz połamie ci ręce. Chcesz usłyszeć dźwięk gruchotanych kości, chcesz? - zaczął jej grozić palcem i wpychać w głąb pokoju. 
- To też cię obciąży - nie mogła się już dalej cofnąć, dotarła pod samą ścianę. - Przecież dobrze znasz prawo karmy, przyczyna i skutek, negatywny, emocjonalny ładunek. Czy ty nie widzisz, że ja się od dłuższego czasu ciebie boję? - po policzku spłynęły jej łzy.
- Boisz się mnie - wysyczał przez zaciśnięte zęby odwracając się od niej. - Ona się mnie boi! - wykrzyknął i uderzył pięścią w stół. 
- Tak, Antoni - powiedziała już spokojnie - wywołałeś we mnie falę lęku, której nie umiem uciszyć.
- To rób, to co ci mówię, kochaj mnie czule i będzie wszystko w porządku - jego ton nieco złagodniał.
- Nie mogę - odparła - nie czuję już tego, lęk na razie we mnie przeważa.
- Raz, dwa, trzy - podszedł do niej - i nie ma już tego lęku.
- Nie potrafię tak, czuję... - nie mogła dokończyć bo zacisnął dłonie na jej 
szyi.

- Teraz lepiej? - zapytał a w jego czach pojawiła się obłęd - myślisz, że uda ci się mnie zniszczyć, że będziesz mi tu mówić o karmie i o tym czarodzieju.
- Antoni, proszę - wyszeptała, kładąc swoje dłonie na jego rękach. - Czy ty naprawdę chcesz mnie udusić? 
Ocknął się trochę i rozluźnił uścisk. Powoli odsuną się od niej i odszedł na drugą stronę pokoju. Lana szybko złapała oddech gładząc swoją szyję.
- Robert nie jest czarodziejem, tylko świadomym człowiekiem...
- Ucisz się - Antoni stał się jeszcze bardziej wzburzony, podszedł do Lany i uderzył ją w twarz. - Ten wyjazd nic ci nie dał i tylko straciłaś pieniądze, a teraz zejdź mi z oczu - palcem wskazał jej drzwi. 
Lana wyszła pośpiesznie z salonu i szybkim krokiem weszła do ostatniego niewielkiego pokoju. Usiadła na łóżku i cicho zaczęła płakać. Usłyszała przez uchylone drzwi dźwięk gwałtownie otwieranej lodówki i brzdęk szkła. W ostatnich dniach Antoni coraz częściej zaglądał do kieliszka. Powoli zapadał zmrok w pokoju zrobiło się ciemno. Lana położyła się w łóżku i zamknęła oczy. Zaczęła myśleć o wszystkich minionych latach, które spędziła z Antonim. Moment kiedy go poznała nie będąc pewna dalszych losów swojego życia. Ten czas spędzony razem z nim, kiedy się do niego przywiązywała i szczerze pokochała, czas kiedy się nim opiekowała po trudnym wypadku i ostatnie trudne miesiące ich relacji.
- Przywiązanie, przywiązanie - wyszeptała i zatrzymała się na tym słowie, w jej głowie pojawiło się trafne przemyślenie.
- Przywiązaliśmy się do siebie za bardzo, ta więź stała się niewidzialnym sznurem, który nas teraz tutaj pęta - powiedziała szeptem do samej siebie - i ten sznur, sznur napięcia trzeba puścić zanim stanie się coś gorszego niż do tej pory.
Przewróciła się na drugi bok na łóżku i powoli zasnęła. 

Rano zbudziło ją szturchnięcie i nieco zachrypnięty głos Antoniego.
- Lana wstań, wstań natychmiast! - krzyknął.
- Która godzina? - zapytała przecierając zaspane oczy.
- Jest już ósma - odpowiedziała nieco ciszej. - Masz pięć minut na spakowanie potrzebnych rzeczy i wracasz do rodziców.
- Antoni, może zjemy najpierw śniadanie i porozmawiamy spokojnie - próbowała wziąć go za rękę, ale ją odtrącił.
- Pięć minut Lana, albo wychodzisz z stąd bez niczego - powiedziała podniesionym tonem - a jeśli mnie nie posłuchasz, to zrobię ci coś złego. Jeśli myśli, że mnie poznałaś to się grubo mylisz. 
- Dorze Antoni... - próbowała coś więcej dopowiedzieć ale ją uciszył. 
- Pakuj się! - krzyknął - minęła już pierwsza minuta.
Lana wstała i weszła pośpiesznie do środkowego pokoju. Spod biurka wyciągnęła walizkę i pośpiesznie zaczęła do niej wkładać potrzebne ubrania. W salonie znalazła torebkę i zapakowała jeszcze laptop. Gdy wyszła i stanęła przed windą, poszedł do niej Antoni i wręczył plik pieniędzy. 
- To na drogę i pamiętaj, żeby nikomu nic nie mówić - pogroził jej palcem - jeśli coś powiesz to się może źle dla ciebie skończyć.
Drzwi windy otworzyły się i Lana pośpiesznie do niej wsiadła. Strach znowu wziął górę w palecie jej uczuć. Na dole zadzwoniła po taksówkę. Akurat wypadał dzień targowy i było trochę więcej korków, a w powietrzu unosił się wilgotny zapach deszczowego jesiennego dnia. Taksówka przyjechała po piętnastu minutach. Lana zdążyła się już nieco uspokoić.
- Dworzec PKP poproszę - powiedziała po wejściu do taksówki.
- Bardzo proszę - powiedział taksówkarz i  zawiózł Lanę na dworzec.
Na miejscu Lana zakupiła potrzebna bilety i wsiadła do odpowiedniego pociągu. Przez chwilę pomyślała jeszcze o swojej przyjaciółce Darii, ale kierunek dom rodzinny wydawał się jej w tym momencie najwłaściwszy.

wtorek, 31 sierpnia 2021

Serce

Dziś przestało bić twoje serce. Dookoła wszyscy płaczą. Ktoś przywiózł trumnę i zapakował tam twoje ciało. Nagle pojawił się cmentarz i głęboki dół dla umarłych, wszyscy zaczęli się modlić. Wszystko dział0 się bardzo szybko, choć stałam w miejscu. Nie mogłam nawet na chwilę odejść od twego łóżka, przecież ktoś w końcu musiał czuwać, zamierzałaś w końcu wrócić. 
- Ale nie tak - usłyszałam twój cichy szept.
- Jesteś tu! Jak się cieszę! - zawołałam i podskakując klasnęłam w dłonie. 
- Cicho kochanie, bądź spokojna - powiedziała mama.
- Oni mnie nie widzą - dodałaś gdy szliśmy z cmentarza - tylko ty możesz mnie zobaczyć. 
- Oni wszyscy mówią, że umarłaś - odparłam.
- Umarło tylko moje ciało materialne, teraz jestem wolnym duchem - uśmiechnęłaś się. 
- To super! - zachichotałam. - Powiedz proszę czy już nic nie boli? 
- Nic manie nie boli, nic nie przeszkadza, ale mogę z tobą pozostać jedynie na chwilę - podałaś mi rękę.
- To mnie cieszy. A co z twoim powrotem? Już wszystkim powiedziałam, że muszę zaczekać przy twoim łóżku.
- I co?
- Oczywiście odmówili - wyszeptałam wsiadając do samochodu - teraz cisza, aż dojedziemy do domu.
- Ci, cichutko - położyłaś palec na ustach.
Droga do domu nie była daleka. Po zaparkowaniu auta szybko wysiadłam, żeby biec do pokoju, ale zatrzymała mnie mama.
- Anna choć do kuchni po lekarstwa - zawołała. 
Obróciłam się na pięcie na schodach i zeszłam.
- Jestem - powiedziałam, jeszcze nie zdążyłam zdjąć płaszcza. - Ale czy ja na pewno muszę to łykać? 
- Anno jesteś chora i musisz łykać lekarstwa - orzekł tata.
- Ale ja czuję, że to nie jest dobre dla mojego ciała - chciałam się wymigać od kolejnych mdłości i wymiotów.
- Dziecko, ale co ty mówisz. Przecież lekarz zalecił ci to lekarstwo - zatroskała się mama.
- Dobrze, dobrze - zamruczałam i połknęłam żółte pigułki, po czym szybko pobiegłam do swojego pokoju, a ty siedziałaś przy biurku.
- Kiedy znowu jedziesz do szpitala? - zapytałaś.
- Chyba w przyszłym tygodniu. Miałam teraz trochę przerwy, choć w domu muszę łykać te niedobre pigułki. To wszystko, co ja dostaję zabiło twoje ciało, a teraz powoli zabija moje. Może już niedługo obie spotkamy się bez ciał.
- Jeszcze nie - powiedziałaś. - Znalazłam mój list do ciebie.
-Tak, czytałam go rano i zostało jeszcze trochę piasku - uśmiechnęłam się. - Byłaś wtedy z rodzicami nad morzem. Mówisz, że jeszcze nie spotkamy się obie bez ciał, więc będzie jeszcze bolało. Już mi właściwie niedobrze po tych tabletkach. - Pobiegłam do łazienki a ty za mną. - Dobrze, że chociaż ty nie musisz już wymiotować.
Po powrocie do pokoju położyłam się na łóżku. 
- Jestem przy tobie - powiedziałaś i otuliłaś mnie ciepłą aurą.
- To miłe, a kiedy wracasz? - odwróciłam się do ciebie. - Mogę czuwać w moim łóżku jak nie pozwolą przy twoim.
- To nie jest potrzebne.
- Co?
- Czuwanie przy łóżku. Nie ma jeszcze jasności, co do mojej przyszłej inkarnacji.
- Nie ma jeszcze jasności, co do twojej przyszłej inkarnacji - powtórzyłam i usiadałam na łóżku. - To jak ich pocieszyć? Jak wytłumaczyć, że jesteś żywa, nic cię nie boli, skoro jak sama mówisz dla ich oczu jesteś niewidoczna? 
- Nie można tego dla nich zrobić. Dla ich wzroku jest jeszcze za wcześnie, żeby tam sięgnąć. Ale ty jedna z tego powodu nie płacz. 
- Nie płaczę, jeśli mnie nie boli po tym, co nazywają lekami, to nie płaczę. Wiesz dobrze te wszystkie igły, ręce i chemia w żyłach. 
- Wiem, ale ty jesteś wstanie to przeżyć, jesteś silna - mocno ścisnęłaś mą dłoń. - Moi opiekunowie szepczą, że niedługo będę musiała odejść.
- Proszę zostań chociaż do rana.
- To zrobić mogę.
- Hura! - aż podskoczyłam na łóżku z radości. - Czy to są twoi duchowi przewodnicy, nasi bracia?
- Tak.
- Ale ich nie widzę, tylko ciebie.
- Są od nas oddaleni, ale mam z nimi energetyczne połączenie.
- Będziesz szła w stronę światła?
- Jestem światłem, więc światło mnie przyciągnie. Jest taka bariera, którą muszę przekroczyć.
- Jak bariera?
- Nazywają ją  murem światła.
- A... tak... - zastanowiłam się przez chwilę.
- Wewnątrz postanowiłaś żyć jeszcze w ciele - wskazałaś na mnie eterycznym palcem.
- Postanowiłam... Ale nie jestem pewna czy zdołam.
- Jeśli wewnątrz utrzymasz to postanowienie, to tak będzie i powiem ci jeszcze w sekrecie, że nie tylko jak nad tobą czuwam.
- Cieszę się - razem zaczęłyśmy się śmiać i resztę czasu spędziłyśmy na zabawie. Wieczorem nadszedł czas kolacji i kąpieli. Znowu musiałam połknąć pigułki. Ty mocno przez ten czas trzymałaś za mnie kciuki.
Rano gdy wzeszło słońce ledwo mogłam podnieść się z łóżka. Poczułam lekki dotyk twojej eterycznej dłoni na głowie.
- Do zobaczenia Dagmaro - cicho wyszeptałam. W tym momencie odeszłaś. 

sobota, 24 lipca 2021

Ludzkie smutki

 ludzkie smutki rozsiadły się na schodach
każdy jeden w swej szarości malutki
lecz razem zebrane niczym burzowe chmury
jedne brzemienne deszczem drugie gradem

i podszedł do mnie pierwszy
smutek z krokodylimi łzami
i rzekł że on wcale nie chce żyć
tylko pomiędzy wierszami

potem z cienia wyłonił się drugi
trochę niepotrzebnie naburmuszony
bo przecież jemu się nie należy
to ciągle czekanie u progu domu

i przyszedł jeszcze smutek trzeci
i dość niepewnie stawiał swoje kroki
i bardzo cicho pytał czy ci ludzie
czy ci ludzie na pewno są przyjaciółmi i
i mają bezpieczne dłonie

ten czwarty z kolei który dość
dość głośno lamentował co krok
wspominał o nagłej śmierci
bo jak długo idzie się do nieba
i czy na pewno spotka Pana Boga
tak zwykli go zwać ludzie na ziemi

piąty w mundurku dobrze ułożony
nie zdał dobrze egzaminu
siedział razem z szóstym który choć nie chciał
a musiał powtarzać rok szkolny

siódmy potrzebował więcej pieniędzy
a ósmy urody
dziewiąty nie chciał uczęszczać na katechezę
w parze z dziesiątym który nie
nie chciał być gościem w kościele

jedenasty był rozczarowany deszczowymi wakacjami
a dwunasty w kącie schował swoją twarz
nie chciał być rozpoznany

tych smutków było bez liku i 
i każdy jeden z nich zapomniał 
jak piękne jest życie
jak cieszyć mogą poranne promienie słońca
i zapach wonnych kwiatów
jak cudowny jest dźwięk ptasiego śpiewu 
i dziecięcego śmiechu

Gdy kurtyna smutku zapadła wszystko inne
przestało się liczyć.

Pamiętaj by odsłonić ją i ujrzeć słońce. 

niedziela, 11 lipca 2021

Pożegnanie

Umierałeś przy manie cicho, nie mówiąc prawie nic. Twoje wątłe ciało co chwilę odmawiało ci posłuszeństwa. Każdy krok wymagał ogromnego wysiłku. Każdy oddech wymagał pokonania ciężkiej bariery bezdechu. Każdy łyk wody nie był już taki prosty i oczywisty. Gdy gładziłam twoje włosy wzdychałeś tylko cicho, to przynosiło ci ulgę, a moje drobne palce chciały ci podarować o wiele więcej. Któregoś dnia otworzyłeś oczy i prawie szeptem zapytałeś.
- Czy świeci jeszcze słońce?
- Tak kochanie - podeszłam do okna i odsłoniłam rolety - właśnie rozpoczyna się letni poranek. Napij się, proszę, wody. - Podałam ci kubek ze słomką. Ta czynność nie jest łatwa dla ciebie, ale dla zaschniętego gardła jest to wielka ulga. Spokojnie przespałeś całą noc, jedną z niewielu ostatnio.
- Chciałbym wstać - twój głos wydał się nieco mocniejszy. Przyjęłam z radością w sercu twoją wyciągnięto rękę i pomogłam ci powoli wstać. Mogłeś ustać zaledwie chwilę na nogach, po czym musiałeś usiąść na 
wózku. Okryłam cię szlafrokiem, a na nogi położyłam koc.
- Czy chciałbyś spędzić czas w ogrodzie? - zapytałam uśmiechając się do ciebie, nie pozwalałam smutkowi psuć tych pięknych a jakże ulotnych chwil.
- Tak kochanie - w twoich oczach pojawił się dawny blask.
Otworzyłam drzwi na taras i już w kolejnej chwili naszym oczom prezentowała się soczysta zieleń ogrodu. Zatrzymała twój wózek przy stoliku na tarasie. 
- Powinnaś zjeść śniadanie - twój głos jakby nabierał dawnej siły.
- Powinnam - uśmiechnęłam się choć do oczu cisnęły się łzy i niewypowiedziana ludzka prośba "Proszę nie umieraj". -  Teraz pójdę do kuchni i przygotuję coś do jedzenia, a ty tutaj wypoczywaj. 
Poszłam szybkim krokiem do kuchni, gdy byłam sam pozwalałam by łzy płynęły. Czułam lekki głód i robiłam do dla ciebie, dla ciebie musiałam być silna. Z lodówki wyjęłam dwa jajka i wstawiłam wodę na gazie, w miedzy czasie zaczęłam przygotowywać sałatkę i zaparzyłam jaśminową herbatę. Wszystko co przygotowałam zaniosłam na taras. Najpierw podeszłam do twojego wózka. Lekko dotknęłam twojej dłoni i pochyliłam się nad tobą wyczuwając płytki oddech.
- Zajedz kochanie, a po śniadaniu porozmawiamy - pogładził moją dłoń i uśmiechnął się. 
- Już jem - odpowiedziałam i usiadłam przy stoliku. Po skończonym śniadaniu umyłam naczynia w kuchni i wróciłam do ciebie. 
- Ptaki pięknie śpiewają, a kwiaty w koło pachną - powiedział i spojrzała na mnie.
- Tak - uśmiechnęłam się i zaczęłam gładzić twoje włosy. - To dziś prawda?
- Dziś.
- Czy ta chwila musi nadejść?
- Czy chciała byś żyć wiecznie w ciele?
- Nie.
- Ja też nie.
- Marcel - zawahałam się - ludzka część mnie protestuje, nie zgadza się na to, pragnie cię zatrzymać, wciąż krzyczy Zostań! Zostań ze maną nie odchodź!
- Mario to naturalne dla człowieka. Przecież wiem, że płaczesz jak odchodzisz ode mnie na chwilę. Dziś przed śniadaniem też płakałaś. 
- Płakałam i miałam dla ciebie uśmiech przez łzy.
- Pamiętasz naszą pierwszą rozmowę, gdy doszła do nas ta diagnoza, że życie nie kończy się?
- Pamiętam. I pamiętam nasze postanowienie - mówiąc to patrzę ci prosto w oczy.
- Więc niech ta duchowa świadomość przeważy dzisiaj w tobie i niech tak już zostanie.
- Nie mam tej pewności w sobie, że cię potem znowu spotkam.
- Spotkasz - ożywiłeś się na chwilę. - Ja na pewno cię znajdę i rozpoznam.
- To będzie zupełnie nowe życie - westchnęłam i przytuliła cię. 
Poszłam wziąć krótki  prysznic. Było jeszcze wcześnie. Byłam trochę zmęczona, kolejną noc w końcu czuwałam przy twoim łóżku, a ciało to odczuwa. Ubrałam się w letnią białą sukienkę i wróciłam do ciebie, ale ciebie już nie było, została tylko cielesna powłoka. Odszedłeś jak inni przed tobą odchodzili. "Jak stąd długo idzie się do nieba?" pomyślałam i po mimo całej świadomość po policzkach spływały mi łzy.

sobota, 10 lipca 2021

Znany człowiek

 To był człowiek, którego wszyscy znali. Każdy przechodzień kłaniał mu się na ulicy, każdy mówił mu dzień dobry. Wszyscy wiedzieli o nim tyle co napisały brukowce to, co mówiono na jego temat w radiu i telewizji. 
- Uwaga, uwaga - woła chłopiec przy przydrożnym kiosku. - Dziś felieton o Znanym Człowieku w Gazecie powszechnej. Uwaga, uwaga kupujcie jedne takie wydanie! 
Przed kioskiem od razu zrobiła się kolejka. Wszyscy, który w niej stali należeli do fan klubu Znanego Człowieka. 
- Nakład został już wyczerpany - rzekł kioskarz do kolejnej osoby w kolejce. Co prawda zamówił ponad dwieście egzemplarzy, ale i tak nie starczyło dla wszystkich zainteresowanych. 
- Proszę szukać w centrum miasta - uprzejmie dodał - lub pytać bezpośrednio w siedzibie Gazety Powszechnej. Być może do jutrzejszego wydania dodadzą coś równie ciekawego. Cierpliwie szukajcie i czekajcie - z serdecznym uśmiechem zamknął swój mały interes. Jeden egzemplarz oczywiście zachował dla siebie. Jako jeden z wiodących kolekcjonerów musiał to zrobić. 

Znany człowiek tymczasem szykował się do wieczornego wystąpienia. Afisze i bilbordy rozwieszone w mieście i na jego obrzeżach już dawno zapowiedziały to wielkie wydarzenie. Wszyscy z niecierpliwieniem czekali na transmisję na żywo.
W klubie fanów od rana obywały się gorączkowe przygotowania. Po emisji zaplanowano walną dyskusję. Pierwsi członkowie zaczęli schodzi się po szesnastej. Chcieli zająć jak najlepsze miejsca przed ekranem i z niecierpliwieniem czekali na transmisję, która miała zacząć się o osiemnastej. Zamienie parę słów miedzy sobą. Wymienili uwagi na temat osobistych kolekcji.
Każdy telewizor został włączony za dziesięć osiemnasta. Nawet szum z pustego jeszcze ekranu wydawał się ciekawy, przecież za nim stał właśnie Znany Człowiek. 
Punkt osiemnasta do uszu oczekujących dobiegły fanfary. Ich oczom ukazały się fajerwerki i kolorowe światła, zaś z jasnego światła refraktorów wyłonił się on, właśnie on tak długo wyczekiwany - Znany Człowiek. Przeszedł po scenie tam i z powrotem uśmiechnięty od ucha do ucha, pomachał wszystkim. 
- Witam wszystkich! - zakrzyknął i ukłonił się. Zaczął pozować do zdjęć robiąc różne miny i pozy. W klubie fanów wszyscy patrzyli na show w zachwycie.
- A teraz drodzy państwo zjem Kanapkę Celebryty - oświadczył - i popiję Znanym Drinkiem. Podszedł do stolika i usiadł na krześle. Podszedł do niego kelner i podał Kanapkę Celebryty oraz Znany Drink. Znany człowiek zaczął ją jeść i popijać podanym napojem. Wszyscy fani z wrażenia zamarli przed telewizorami. 
- Jak on ślicznie je - jedna z fanek nie potrafiła ukryć słów zachwytu. - Jak ślicznie je - powtórzyła.
- Skończyłem - odezwał się Znany Człowiek. - A teraz pamiętajcie o zakupach, Znany Drink i Kanapki Celebryty - wskazała na pułki  z kanapkami i drinkami w Gwiazdorskim Markecie. Uprzejmie skłonił się wszystkim i pożegnał, następnie wyświetlono reklamy. Na dole ekranu wyświetlono napisy z i ogłoszono premierę nowego albumu ze zdjęciami, po czym zakończono transmisję. 
W klubie fanów rozgorzała dyskusja o tym, jak on ślicznie się uśmiechał, jak zgrabnie stawiał kroki.
- Jak on pozował, jak jadł - głośno zachwycał się jeden fan. 
Po dyskusji wszyscy rozeszli się do domów. A po drodze oczywiście kupli Znany Drink i Kanapkę Celebryty.  
 

niedziela, 27 czerwca 2021

Spreparowane

 O wojnie mówiło się dużo, ale właściwie nikt jej nie doświadczał i na oczy nie widział pola bitwy. Co jakiś czas zjawiał się też pseudo świadek, który zdawał wszystkim relacje z frontu. Przedstawiano ją obywatelom na specjalnie wybranym kanale. Wiadomość o nowej emisji przekazywano sobie telepatycznie. Wizory dostrajano na odpowiednią częstotliwość i zwykle pokazywano przestraszonego, i smutnego człowieka. Zgromadzeni nie znali tych uczuć - strachu i smutku. Emisje wojenne już im trochę spowszedniały, ale byli zobowiązani, tak jak, to już dawno wyjaśnił im Przewodnik, wysłuchać udręczonego i wyciągnąć odpowiednie wnioski. Ich świat jak od dziecka im wpajano był w końcu spokojną utopią. Obywatele zgromadzili się przed Wizorami i wysłuchali uważnie dość zakłopotanego młodzieńca, który bardzo wahał się przy każdym wypowiedzianym słowie.
- Pościg za wrogiem zaczął się od wschodu... nie, co ja mówię, od zachodu - zaczął mówić skrępowany młodzieniec. - Pościg za wrogiem zaczął się od zachodu. Straciliśmy dwadzieścia... nie, co ja znowu mówię, pięć - ciągle się wahał. - Straciliśmy siedem naszych maszyn obronnych, a poległo dwudziestu pięciu naszych żołnierzy. Tak w końcu mówią wszystkie symulowane kalkulacje i statystyki.
Wizor na te słowa wyłączył się. Połączenie telepatyczne z występującym było też niemożliwe. W świecie Kardesu zaległa wielka cisza. Telepatycznie do obywateli doszła wiadomość, że nasz dzielny współobywatel oddał właśnie ducha. Zaraz po tym komunikacie padło standardowe pytanie, czy warto opłacać wojnę? Obywatele  orzekli większością głosów, a większość głosów oznaczała jednomyślność. Ktoś się jednak wyłamał i orzekł, że nie i kilku innych nie było zdecydowanych. Prawo wymagało jedności w decyzji. Brak takiej jedności zdarzył się po raz pierwszy. Wszyscy dotąd jednogłośnie uważali wojnę za cel słuszny, ale nie tym razem. Po eterze rozniósł się wielki szum. Jak to nie ma jedności? Co rusz padało pytanie. Kto ważył się wyłamać? Kto mógł być niezdecydowany? Przecież to taka prosta i oczywista sprawa. Niektórzy z politowaniem kiwali głowami. Lecz zaraz, co to jest politowanie? Przecież wszyscy mamy jasno określoną gamę uczuć. Coś zaczęło się w nich zmieniać. Wizor włączył się ponownie na paśmie przeznaczonym na specjalne komunikaty. Tym razem do wszystkich zebranych przemówił Patron - człowiek w masce. Jedyny pośród obywateli, który miał taki przywilej zakrywania twarzy. 
- Spokojnie - usłyszeli donośny głos - spokojnie już całą sprawę badamy. Niezgodny był obywatel pierwszy, który ma teraz głos. 
- Wypowiedź wojownika była niespójna i niejasna. Ja sam tworzę różne statystyki i prognozy sprzedażowe naszej oferty marketingowej, żeby nasz zbyt stał się mocniejszy - mówi obywatel pierwszy. - Na czym była opata statystyka i prognoza naszego wojownika? Na symulacjach?
- Na wytycznych Białego Biura - przez moment na ekranie Wizora widać postać młodzieńca, wojennego wojownika. 
- Czy on aby nie oddał ducha? - w eterze znów uniósł się burzliwy szum. 
- Spokojnie, spokojnie - ekran Wizora znów ukazał człowieka w masce.
- To oni też prowadzą fałszywe bilanse i dane? - pierwszy obywatel całkiem się załamał. Prawda, która w nim się zrodziła była tak oczywista. 
- Ale zaraz - zapytała druga obywatelka, bo wszyscy współobywatele na moment odczuli jego stan. - Czym jest załamanie? Czym? I co z tą nową informacją zrobić? - Z wrażenia zemdlała. Mieszkańcy Kardesu byli połączeni subtelną nicią empatii. 
- Szybko, szybko - woła człowiek w masce. - Sprowadźcie do niej medyka. Ale nie zapomnijcie o spokoju, tylko spokój. Powrót do jednomyślności nam posłuży. 
- Niezdecydowani po krótkiej debacie orzekli, że są na nie - powiadomił trzeci obywatel, jeden z grona niezdecydowanych, jako ich przedstawiciel.
- A co z pierwszym Przykazem - przypomniał Patron - że słuszna jest tylko jedna droga - przy tym kiwał groźnie palcem.
- Ale czym jest groźba? - w eterze znowu zaszumiało.
- Słuszna droga - odezwał się pierwszy obywatel, który właśnie wyszedł z załamania - może właśnie droga na nie jest słuszna.
- Czym jest nie? - eter coraz bardziej szumiał - Czym?
- Tylko spokojnie, tylko spokojnie - głos człowieka w masce zaginął w tłumi, a Wizor rozstroił się. 

Rozpętała się gorąca dyskusja. Powstała dość liczna opozycja. Posypał się grad argumentów za i kontra. Każdy z obywateli odczuł samodzielne myślenie i odkrył własny rozum pośród jedności kolektywu. Na jaw wypłynęły wszystkie systemowe kłamstwa. Obalono Wielką Księgę i zdemaskowano złoczyńcę, co tylko podsycał jałowe wypowiedzi. Po różnych polemikach i dyskusjach wszyscy zgodnie zasiedli przy okrągłym stole. Zakończył się czas wzmożonej spowiedzi i wybaczenia. Wszyscy poznali nie tylko gniew i żal, ale też prawdziwą radość, bezinteresowną miłość i inne nieznane dotąd uczucia. 
- Tak to prawda wzajemne braterstwo i bezinteresowna miłość nas wyzwoli - powiedział winowajca i nawrócił się na ścieżkę prawdy i pokory. Wszyscy w szczerości zgodni, jednogłośnie pozbyli się Wielkiej Księgi. Poznali to, co znaczy początek wojny i wspólnymi siłami zażegnali wewnętrzny konflikt. 
- Statystyki i prognozy już leżą w koszu, tuż obok fałszywych wytycznych i bilansu - powiedział obywatel pierwszy - moim przewodnikiem jest wewnętrzna prawda.
- Tylko spokój, tylko spokój - ekrany Wizora raz jeszcze ukazały człowieka w masce. Ostatni obraz starego zakłamanego świata. 

sobota, 26 czerwca 2021

Papierowe żurawie

 



Pytania, których nie było

W kluczu zamknięte żurawie, a w rękach dzień rozpostarty. Pewne ciche wspomnienie twego uśmiechu. Ile to sekund, minut, godzin i dni tergo oddechu?
- Te dni ciągną się jak miesiące - powiedziałaś gdy siedziałam przy twoim łóżku. 
- Czy znowu trzeba jechać do szpitala? - zapytałam patrząc na twą wątłą postać. - Stajesz się coraz słabsza - dodałam. 
- Wszyscy mówią, że tak trzeba - odpowiedziałaś. - Lekarze i rodzice są tego samego zdania, są zgodni i są tego pewni. Podają pomimo wszystko chemię w zastrzykach, tabelkach i 
kroplówkach. Po nich długo nie mogę wstać z łóżka, ale lekarze ostatni stwierdzili, że jest lekka poprawa. 
- Czy możesz dobrze oddychać? - zapytałam.
- Teraz mogę - odpowiedziałaś. - Ale czasami po tych kroplówkach jest bardzo trudno oddychać, już nieraz podawano mi tlen przez takie śmieszne rurki do nosa - uśmiechnęłaś się, a ja przytuliłam cię.
- Czy to na pewno jest leczenie? - zapytałam prawie szeptem. - Ciągle mam co do tego wątpliwości - ze smutkiem dodałam.
- Wszyscy mówią, że tak - odpowiedziałaś. - I na dodatek twierdzą, że nie ma nic lepszego, a nawet, że nie ma nic innego.
- Ale to kat bardzo boli. Czy czujesz to? Czy czujesz? - znowu zadałam pytanie. 
- Czuję. Te wszystkie igły, które przeszywają moje ciało, te wszystkie wszystkie chemiczne związki, które w nie wnikają, te wszystkie zimne dłonie, które je dotykają i badają. Niekończące się konwulsje, które nim targają. O zobacz - odsłoniłaś chusteczkę na głowie - już nie mam włosów. 
- Widzę - powiedziała i pogłaskałam cię po głowie. - Moich też już brak - dodałam. 
- Weź proszę z biurka kartki papieru i książkę - wskazałaś na blat - Jak zrobimy tysiąc papierowych żurawi, spełni się jedno nasze marzenie. A jak połączymy nasze siły to będzie szybciej. 
Usiadłyśmy obie na łóżku a z naszych rąk co chwila frunął pod sufit jeden żuraw. Nasz wyobraźnia zawsze dobrze działała. 
Każda z nas miała tylko jedno marzenie, bardzo chciała, żeby ta druga mogła już szczęśliwie żyć bez chemii.

Znowu pojechałaś do szpital. Nie mogłam ci towarzyszyć. Ostatnie co pamiętam, to twój uśmiech, gdy udało się unieść w locie pod sufitem tysiąc żurawi. Tak wiele było przy tym wspólnej radości, że spełni się jedno twoje marzenie, a nasza wspólna droga wiodła do kolejnego. Naszą pracę przerwał twój wyjazd. Wiem, że tuż przed nim sprawdziłaś każdy zakamarek domu, jakbyś chciała się z nim pożegnać. Nie dokończyłam jednak mojej pracy. Gdy twój wątły oddech ustała nie było już cierpienia, ani igieł, ani zimnych rąk. Odeszłaś taki jaki i inni przed tobą odchodzili. Wszyscy wciąż powtarzali, że nie jesteś już żywa, że umarłaś. Ale co to znaczy umarła? A gdzie jest życie wieczne? Co z naszym nie materialnym ciałem? Przecież zdążyłaś jeszcze powiedzieć bez fizycznego ciała, że jest ci dobrze, jesteś bezpieczna i już nic cię nie boli. Lekkim dotykiem eterycznej dłoni pożegnałaś się ze mną. Cieszyłaś się bo twoje marzenie o tysiącu skrzydłach papierowych żurawi miało się wkrótce spełnić. Dziękuję ci za to życzenie zdrowia. 
Powoli dokończyłam naszą pracę i zawiesiłem pod sufitem tysiąc papierowych żurawi. Teraz mają one w swojej opiece moje marzenie. 


II 
Zobojętnienie

To wszystko gdy nie było nas tu. Pośród mgieł porannego świtu - obojętne postać. 
- Czy ten człowiek nigdy nie kochał? - pytasz.
- Kochał - odpowiadam. - Lecz zbyt zbyt wielu kamiennych i lodowatych ludzi spotkał na swojej drodze. W zgryzocie posiwiał.
- Kamiennych ludzi? - pytasz. - Nie rozumiem - dodajesz.
- Zawziętych, zapalczywych, po trupach idących przez życie do celu. Widzisz - wskazuję na jego rękę. Ten dym, w którym spaliła się jego rodzina wyrył się numerem na jego ręce. Tak została zapieczętowana miłość w jego sercu.
- Czy tą pieczęć można złamać? - patrzysz na mnie pytająco. 
- To nie takie proste - odpowiadam. - w jego uszach wciąż dźwięczy błaganie ciężarnej ukochanej, która prosi o kromkę chleba i kubek wody dla nienarodzonego jeszcze dziecka. On wciąż przed sobą widzi jej zapłakaną twarz, gdy w obozie rozdzielają ich. Wciąż na nowo czuje bicie jej serca, które czule tulił do snu w zabrudzony wagonie, w drodze do "sam tylko dobry Bóg wie gdzie" - wciąż w myślach powtarza sobie nadal żyjąc przeszłością i zapominając o teraźniejszości i nie widząc w ogóle przyszłości.
- Co można dal niego zrobić? - pytasz. - Czy można podarować mu życzliwość?
- Można podarować mu życzliwość, uśmiech i o wiele więcej, bo całe serce. Tylko trzeba zostawić za sobą oczekiwania zmiany i odwzajemnienia. On potrzebuje bezinteresownego serca, bezinteresownej miłości - odpowiadam patrząc ciągle na niego. - On nie potrafi już zaufać życiu. W kontaktach z ludźmi jest szorstki. Nie daje szansy w życiu szczęśliwej miłości. Ciągle trzyma się na dystans i żyje przeszłym dniem, rozpamiętując to co było. Ciągle wini siebie, że nie potrafił obronić ukochanej żony i nienarodzonego dziecka. On nawet wini siebie o przeżycie. Życie nieraz po tym wszystkim pokazywało mu dobroć i szczere serce wielu ludzi, ale on nie potrafił tego w pełni zobaczyć i przyjąć. Drogę do tego zagradza mu obojętność. Stał się on obojętny w stosunku sam do siebie, przestało mu zależeć na tym co będzie się z nim działo. Zobojętniał na życie, którym sam był i nie spodziewał się po nim niczego dobrego. Jego kotwicą bezpieczeństwa stała się praca. Był dobrym księgowym i chłodno kalkulował liczby, a z czasem i samo życie. Pod pewnym względem upodobnił się do swoich oprawców.
- To co można dla niego zrobić? - pytasz ponownie. 
- Cierpliwie towarzyszyć mu w jego codziennej drodze niczym anioł stróż. Tu potrzebna jest anielska cierpliwość. On potrzebuje, aby wskazać mu dobro, które tkwi w nim samym oraz ludziach, którzy go otaczają.
- Jestem przy nim, mówię, ale on nie słucha - mówisz. - Co zrobić dalej?
- Trwać i być albo odejść - odpowiadam patrząc na nią.
- Ale ja go kocham - rzekła żona.
- Więc pozostań tą wierną miłością - radzę. 
Przez otwarte okno do pokoju wpadło pasmo jasnego światła. Żona uchyliła lekko drzwi do gabinetu. Starszy mężczyzna siedzący przy biurku przeglądał dokumenty. 
- Kochanie nakryłam właśnie do stołu - powiedziała ona.
- Tak kochanie - w jego sercu nagle coś drgnęło. Szybko poderwał się od biurka i podszedł do niej.
- Tomasz - popatrzyła na niego zdziwiona.
- Klaro - popatrzyła prosto wiej oczy. - Dziś byłby urodziny Filipa - przytulił ją i dodał. - Kocham cię. 
Oboje zaczęli płakać Pozostawali wciąż jak dwa ptaki o złamanych skrzydłach. Czy będą jeszcze potrafić latać? 

III 
Grusza 



To wszystko gdy nas nie było. Po środku zgliszczy martwego domu pogodna postać. Z jej szczodrych rąk złote ziarno wpadło do ziemi. Z radością dugi człowiek przyszedł je podlać. Chciał by szybko wykiełkowało. 
Przyszli inni ludzie i zaczęli oczyszczać pogorzelisko. Dołączyły do nich inne osoby i zaczęli on nowa stawiać fundamenty. Cegła za cegłą, zaprawa murarska i wnet postawiono ściany. Wstawiono nowe okna. 
- Potrzebne nam piętro a nawet dwa! - ktoś z grupy zakrzyknął. Wszyscy się z nim zgodzili i budowali dalej, aż w końcu położyli dach. Dwupiętrowy dom prezentował się wspaniale. Wnętrza urządzono bardzo gustownie. W końcu przyszedł czas by oddać klucze właścicielowi. 
- To dla mnie - lekko szpakowaty mężczyzna popatrzył na wszystkich zdziwiony. 
- Dla ciebie - zjawił się szczodry darczyńca złotego nasienia, z którego już wyrosło dorodne, młode drzewo. - Weź za rękę syna i się rozgośćcie - wskazał na chłopca stojącego na przeciw nich.
- Oleg - powiedział wzruszony mężczyzna - tylko my dwaj przeżyliśmy ten wojenny gwałt - mężczyzna płacząc przytulił do siebie najmłodszego, dziesięcioletniego syna. 
- Tak tato - odrzekł chłopiec spokojnie. - Reszta odleciała numerowanym dymem z komina. 
Szczodry mężczyzna poprowadził ich do domu. Tam po tylu niespokojnych nocach w końcu odpoczęli. Nazajutrz  rano zjawiły się kobiety. Zaczęły pielić grządki w ogrodzie za domem. Część rabatek zasadziły kwiatami: tulipanami, różami, fiołkami i niezapominajkami, w końcu wiosna już jakiś czas gościła w ogrodach. Resztę grządek przeznaczono na warzywa: pomidory, ogórki, rzodkiewkę, cebulę, czosnek, dynię cukinie i wiele innych. Posadzono również dwa zagonki truskawek. Mężczyźni przynieśli sadzonki drzew owocowych i krzewów: jabłonie, śliwy, agrest, czerwoną i czarną porzeczkę oraz maliny. Pani Zofia znalazła jeszcze zaciszny zakątek dla ziół: bazylii, mięty, melisy, kolendry i jeszcze wielu innych. 
Pan Alojz sam nie wiedział jak dziękować wszystkim sąsiadom. Mijały lata tym razem bardzo spokojne. Oleg wyrósł na mężnego człowieka, powoli przestał się też z ojcem bać, że do domu wtargną uzbrojeni zbóje. Ech dawnej wojennej walki już przebrzmiało. Ciągle jednak pamiętali zapach dławiącego dymu z komina i jakie wtedy nadani i numery, jak numery seryjne określonych produktów, nienadające się już do użytku. 
Oleg poznał Sarę, którą szczerze pokochał. Dwupiętrowy dom wypełnił się dziecięcym śmiechem i rodzinnym szczęściem. Pan Alojz nieco zawsze smutny, zaczął się częściej uśmiechać. Ze złotego ziarna wyrosła przepiękna grusza. Szczodry człowiek często odwiedzał pana Alojza. Toczyli oni mądre życiowe rozmowy w nowym świecie, w cieniu przepięknej gruszy.

IV
Teraz tutaj

W kluczu otwarte lecą żurawie. To wszystko gdy jesteśmy tu. W otwartych oknach zielenią się ogrody. 
Zbudziły ją poranne promienie słońca wpadające przez otwarte okno. W pokoju czuć było świeżość wiosennego powietrza. Obok w łóżku już go nie było. Przetarła zaspane oczy i powoli wstała. Oboje lubili spać nago, więc narzuciła na siebie jego niebieską koszulę i zeszła boso po chodach na dół. Poczuła przyjemny zapach świeżo parzonej kawy. Jak zwykle o tej porze roku zastała go siedzącego na tarasie i kontemplującego piękno ogrodu. Podeszła bardzo cicho i zasłoniła mu oczy.
- Zgadnij kto - wyszeptała mu do ucha. 
- Lena - odpowiedział radośnie. - Wstałaś kochanie, zaraz przygotuję śniadanie. poderwał się na nogi i wziął ją za ręce. 
- Romeo - roześmiała się - mój kochany Sebastianie przecież mogę ci pomóc - powiedziała jeszcze radośniej.
- To nie jest konieczne - wskazał jej krzesło. - Usiądź proszę i ciesz się wiosenną pogodą. Dziś jest wyjątkowo ciepło, a przygotowania w kuchni zajmą mi tylko chwilę.
- Przespaceruję się chwilę - odparła Lena i weszła boso na trawę, czuła jeszcze poranną rosę pod stopami. 
- Tylko zaraz wracaj - zawołał Sebastian idąc w stronę kuchni - zaraz podaję śniadanie. 
Oboje byli skoncentrowani na tu i teraz. Chłonęli życie wszystkimi zmysłami i cieszyli się każdą chwilą. Każdy wschód i zachód słońca był dla nich niezwykły. Wszystkie wiosenne kwiaty i ich woń sprawiały im przyjemność. Każdy nowy dzień niósł ze sobą niespodzianki, które sprawiały im przyjemność. 
- Lena, śniadanie zapraszam - zawołał podbiegając do niej. 
- Zatańczmy - poprosiła. - Zatańczmy, niech ta chwila wypełni się naszym tańcem. 
Objął ją i zaczęli tańczyć. Byli świadomi każdego kroku, byli każdym krokiem. jednoczyli w sobie ziemię z niebem. Byli częścią całości, byli jednością ze sobą nawzajem i ze wszystkim, co ich otaczało. Ich serca biły w jednym rytmie, ich oddechy były jednym. Emanowali aurą miłości.
Wziął ją na ręce i zaniósł na taras.
- Zapraszam - wyszeptał jej do ucha - śniadanie podano. 
Poszedł do kuchni i przyniósł ciepły omlet.
- Smacznego - powiedziała.
- Smacznego - odpowiedział.
- Jedność i miłość - powiedziała parząc my prosto w oczy.
- Jedność w miłości - odpowiedział jej z uśmiechem.
Jedli spokojnie śniadanie smakując i dokładnie przeżuwając każdy kęs. Ogrzewały ich ciepłe promienie porannego słońca. Śpiewały ptaki, kwitły kwiaty. Wszystko działo się teraz tutaj.
- To wszystko dziej się gdy jesteśmy tu - powiedzieli w uśmiechu oboje. 
Podarował jej jednego papierowego żurawia.

sobota, 22 maja 2021

Droga do teraz

 Mewy 

Wylądowałam na przybrzeżnej skale, niczym rozbitek po sztormie u wybrzeży samotnej wyspy. W ręku trzymałam zdjęcia, niedokończone obrazy, niekompletne fotografie. Wokół nie latały mewy. Jedna z nich przysiadła obok mnie i zapytała.
- Co tu robisz sama? 
- Zbieram w sobie wewnętrzny spokój - cicho odpowiedziałam. 
- Wewnętrzny spokój? - powtórzyła zdziwiona. 
- Tak, za dużo zamieszkało we mnie chaosu - odpowiedziałam. 
- To rozwiń skrzydła i leć z nami. Pozwól by uniósł cię powietrzny prąd - powiedziała mewa.
- Nie mogę - trochę posmutniałam - przecież jestem człowiekiem, a ludzie nie maj skrzydeł i nie latają - odrzekłam. 
- A skrzydła wewnętrzne? -  zapytała mewa odlatując. 
- Skrzydła wewnętrzne? - powtórzyłam z lekkim zastanowieniem. - Nie odczuwam ich! - krzyknęłam do odlatującego ptaka. 

Zaczęłam przeglądać fotografie i powoli je układać, aż zaczął powstawać spójny obraz. Woda w około obijała się o skałę. Do moich uszu dochodził jej łagodny szum. Przyleciała do mnie druga mewa. 
- Co robisz? - zapytała przyglądając się mojej pracy.
- Staram się ułożyć zdjęcia w jednolity obraz. Chcę zobaczyć go w pełni i jasności - odpowiedziałam uśmiechając się do miłego gościa. 
- A co będzie przedstawiał ten obraz - mewa zadała kolejne pytanie.
- Są to pewne wydarzenia z przeszłości i bliskie mi osoby, których dokładnie nie pamiętam, ale te fotografie pozwolą na przypomnienie sobie wszystkiego - odrzekłam.
- A czy nie lepiej skupić się na teraźniejszości? Czy nie w niej znajdują się wszystkie odpowiedzi - zapytała mewa 
odlatując.
- Czy w teraźniejszości znajdują się w wszystkie odpowiedzi? - powtórzyłam pytanie zastanawiając się nad nim.
Przed odlotem mewa zostawiła jeszcze trochę jagód w prezencie i zdążyła wyjaśnić, że rosną one na sąsiedniej wyspie i są bardzo smaczne. Jedząc jagody oglądałam przepiękny zachód słońca. Gdy na bezchmurnym niebie pokazały się gwiazdy zasnęłam ze znużenia, w ręku wciąż trzymałam kilka fotografii.

Zbudziły mnie pierwsze promienie wschodzącego słońca i lekka morska bryza. Morskie wody były momentami dość niespokojne. Powietrze przeszywał chłód, który przez dłuższą chwilę trzymał mnie w swych objęciach. Powoli i spokojnie rozruszałam zziębnięte ciało. Rozejrzałam się nieco dokoła. Złociste promienie słońca oświetliły drobne kamienne schody wydrążone w skale. Zeszłam po niech w dół i zobaczyłam piaszczystą ścieżkę, którą szłam dalej, aż doszłam do plaży. Usiadałam na piasku i zaczęłam wpatrywać się w wschodzące słońce. Obok mnie przysiadła mewa. 
- Czy wiesz gdzie jest źródełko słodkiej wody? - zapytała.
- Nie, niestety nie wiem - odpowiedziałam zgodnie z prawdą.
- Mogę cię tam zaprowadzić - zaproponowała. 
- To bardzo miłe z twojej strony - ucieszyłam się. - Prowadź proszę, czuję poranne pragnienie.
- Choć za mną - mewa wskazała na dwie najbliżej rosnące palmy. - Polecę przed tobą, pomiędzy palmami jest ścieżka - ptak wzbił się do lotu.
- Dobrze - dopowiedziałam, wstałam z piasku i zaczęłam iść za lecącą mewą. 
Pomiędzy palmami kokosowymi rzeczywiście zaczynała się ścieżka. Mewa cały czas leciała przodem, aż doszłam do źródła z wodospadem. Pragnienie wzmogło się, więc zeszłam po kolejnych kamiennych schodach w dół i zaczerpnęłam wodę do picia. Woda w źródle była czysta i przejrzysta, nieco dalej od brzegu pływały ryby.
- Choć, choć do góry - usłyszałam nad sobą głos ptaka - choć, pokażę ci miejsce gdzie rosną świeże jagody.
- Idę - zawołałam czując lekki głód. Wspięłam się po schodach do góry i znowu poszłam za mewą. Tuż nieopodal źródła znajdowałam się zielona polana otoczona różnymi krzewami i drzewami owocowymi.
- Zobacz - wskazała skrzydłem mewa tuż po wylądowaniu. - Zobacz te czerwone jagody są jadalne, ale jeśli zobaczysz żółte, pamiętaj żeby ich nie jeść, są trujące - ostrzegła mnie. 
- Dziękuję, będę pamiętać - odpowiedziałam. - A te owoce na drzewie są jadalne? - zapytałam.
- Tak, to drzewko chlebowe, smacznego - mewa odpowiedziała i odleciała.
Zerwała jeden owoc i zjadłam, a po zjedzeniu wróciłam na skałę. Chciałam dokończyć układanie fotografii.
- Witaj, witaj - przyleciała kolejna mewa. 
- Witaj - przywitałam ją z uśmiechem. - Dziękuję za jagody, które wczoraj zostawiłaś. 
- Smakowały ci? - zapytała.
- Tak, bardzo - odrzekłam.
- To się cieszę - powiedziała. - Choć proszę ze mną, wskażę ci miejsce do zamieszkania. - Pofrunęła w górę.
- Zaczekaj - poprosiłam - muszę zabrać ze sobą fotografie. - Zebrałam je i podążyłam za mewą, która leciała w stronę źródła.
- Wejdź wyżej za wodospad - wskazała.
- Dobrze - odpowiedziałam i weszłam za wodospad. Moim oczom ukazała się białe, intensywne światło.

Biały Kot

Przez chwilę oślepiło mnie mocne białe światło, po czym moim oczom przedstawiła się zupełnie biała przestrzeń.
- Przejdź dalej, zapraszam - usłyszałam ciepły głos - i rozgość się.
- Gdzie jesteś? - zapytałam - Nie widzę cię. 
Coś bardzo puszystego i delikatnego otarło się o moje nogi. Wszystkie zdjęcia wypadły mi z rąk i rozsypały się. Szybko sięgnęłam, żeby je pozbierać. 
- Zostaw to niech leży - powiedział ten sam głos. - Podejdź proszę i usiądź wygodnie w fotelu.
- Gdzie jesteś? - zapytałam raz jeszcze podnosząc się do góry. Na wysokości swojego wzroku zobaczyłam zielone, kocie oczy.
- Tak, jestem kotem. Podejdź proszę - powtórzył głos - i usiądź w fotelu.
- Czy jesteś kotem? - zapytała i podeszłam.
Kierowałam się w stronę zielonych oczu wyciągając ręce do przodu. W końcu dotknęłam czego, co przypominało fotel i usiadłam. 
- Pomyśl teraz proszę jak ma wyglądać podłoga - powiedział kot. - Zamknij oczy i wyobraź sobie ją oraz kolory ścian, jeżeli chcesz znaleźć się w pokoju. 
- Dobrze - opowiedziała i zamknęła oczy. Wyobraziłam sobie drewnianą podłogę w jasnym kolorze oraz żółto-pomarańczowe ściany.
- Otwórz oczy i zobacz - powiedział kot.
Otworzyłam oczy i zobaczyłam pod stopami podłogę z mojej wyobraźni oraz pomarańczowe i żółte ściany dookoła. Cała przestrzeń przede mną pozostawała pusta.
- Jak masz na imię? - zapytałam kota. 
- Marcel - odpowiedział - czy podoba ci się efekt twojej pracy? - zapytał.
- Efekt mojej pracy? - zdziwiłam się. 
- Tak, efekt twojej pracy - powtórzył Marcel. - Efekt kreacji, a narzędzia do tego to twoje myśli, wyobraźnie i wizualizacja. Wyobraziłaś sobie podłogę i kolor ścian. Chciałaś żeby ta przestrzeń wokół ciebie zaistniała. Teraz możesz wykreować resztę pokoi, łącznie z meblami. Wyobraź sobie fotel, w którym siedzisz - powiedział. Zamknęłam oczy i wyobraziłam sobie dość duży, skórzany, ciemnobrązowy, ale przytulny fotel i podnóżek do niego. Wyczułam w ręku coś twardego. Po otwarciu oczu zobaczyłam, że trzyma niezapisany zeszyt, o którym też pomyślałam. Przed fotelem stał szklany okrągły stolik, a przed nim znajdował się kominek, w którym płoną ogień. W pokoju zrobiło się przyjemnie ciepło. To też była część mojej wizualizacji. 
- Te wszystkie elementy wnętrza to siła twojej kreacji, które towarzyszą pozytywne uczucia. Stałaś się budowniczym twojego świta, twojego zewnętrznego otoczenia - powiedział kot.
- Siła kreacji - powtórzyłam i zerwałam się zaniepokojona z fotela. - Moje fotografie, gdzie są moje fotografie?! - zawołałam i zaczęłam zbierać je z podłogi. Uklęknęłam przed okrągłym, szklany stolikiem i zaczęłam je ponownie układać.
- Co robisz Julio? - zapytał Marcel. 
Był cały biały i miał niezwykle puszystą i śliniącą sierść. Leżał rozłożony na górny brzegu fotela.
- Co robisz Julio? - powtórzył pytanie.
- Znasz moje imię? - popatrzyłam na niego zdziwiona. - Układam zdjęcia - opowiedziałam - muszę dobrze dopasować każde z nich, aby uzyskać odpowiedni i kompletny obraz.
- A czy to jest konieczne? - zapytał. - Nie wystarczy ci teraz tutaj, teraźniejszość? Każda fotografia wiąże się z ulotną chwilą przeszło. Jest przeszłością - dodał ciepłym głosem.
- To jest ważne dla mojego serca - odpowiedziałam uważnie przyglądając się jednej z nich. Znajdowała się na niej uśmiechnięty oficer w galowy mundurze. Trzymał za rękę równie uśmiechniętą dziewczynę w przepięknej biało-różowej sukni. Ona też trzymała kogo z rękę, ale nie mogłam od razu znaleźć drugiej części fotografii do pary. 
- Czy poznajesz osoby ze zdjęcia - zapytał Marcel zeskakując z fotela i podchodząc d mnie.
- Czy rozpoznaję? - pytająco spojrzałam na kota. - Czy rozpoznaję? - powtórzyłam i poczułam lekki ucisk w krtani. Do oczu napłynęły mi łzy a serce dotknęło coś bardzo bliskie, ale i smutnego.
- Tak, czy rozpoznajesz - Marcel przytulił się do mnie.
- To jest - podniosłam kolejny fragment układanki. - To jest mój brat i  moja córka, a tu - pokazałam mu fotografię - mój syn, mąż i ja. Żyliśmy razem za czasów Ludwika XVI i Napoleona. Mój mąż - wskazałam na mężczyznę - zginął pod 
Lipskiem, a brat powrócił z pola bitwy poważnie okaleczony. Opiekowałam się bratem po wojnie. Mieszkaliśmy w pięknej posiadłości teścia wraz z moimi dziećmi. - Przytuliłam  obie fotografie do serca. 
- Pięknie promieniejesz - ucieszył się kot.
- Tęsknię z nimi - wyszeptałam.
- Za kim? - zapytał Marcel.
- Za bratem, coś ważnego sobie w tamtym czasie obiecaliśmy - powiedziałam. 
- Co sobie obiecaliście? - zapytał. 
- Że zawsze będziemy się wspierać - odpowiedziałam uśmiechając się do niego.
Nadszedł już wieczór. Słońce za oknem powoli chyliło się ku zachodowi. Zaczęłam ziewać, ogień z kominka przyjemnie mnie ogrzewał.
- Połóż się tu - Marcel wskazał dywan i poduszkę przed kominkiem. Położyłam się i szybko zasnęłam.

Niebieski Gołąb

- Gdzie jesteś? - zapytał głos.
- Pod drzewem kwitnącej wiśni - odpowiedziałam.
- Co robisz? - ponownie zapytał głos.
- Spaceruję wraz z mężem i synem w bambusowym gaju - zaczynam opowiadać. - jest piękny słoneczny dzień, a my oboje nie musimy już służyć w pałacu cesarza. Możemy cieszyć się pięknem otaczającej nas natury, sobą nawzajem i naszym dorastającym synem oraz kolejnym dzieckiem, które niedługo przyjdzie na świat. 
- Wróć do mnie - powiedział ten sam głos - raz, dwa, trzy. 
Otworzyłam oczy. Czułam się jakbym wróciła z bardzo długiej podróży.
- Proszę poczęstuj się owsianymi ciasteczkami i  jaśminową herbatą - powiedział niebieski gołąb spacerując po skórzanej kanapie. 
- Dziękuję - odpowiedziałam i wzięłam jedno ciastko i wypiłam ciepły łyk jaśminowej herbaty.
- Jak twoje dzisiejsze samopoczucie? - zapytał niebieski gołąb.
- Dobrze, tylko czuję jakbym wróciła z bardzo długiej podróży - odpowiedziałam. - Kim jesteś i gdzie jest Marcel? - zapytałam.
- Jestem Feliks - odpowiedział - Marcel wyleguje się na słońcu jak na kota przystało. Przeżyłaś regresję. Przeniosłaś się w przeszłość do poprzedniego wcielenia, a ja starałem się być twoim przewodnikiem w tej podróży. Jeśli zechcesz będę ci mógł zawsze towarzyszyć w takich wędrówkach. 
- Widziałam drzewa kwitnącej wiśni - powiedziałam - o takiej jak na tej fotografii, trzymałam za rękę szczęśliwego samuraja i śpiewałam piosnkę równie szczęśliwemu chłopcu. - W drugiej ręce miałam kolejne dwa zdjęcia. Po policzku spłynęły mi łzy, gdy tuliłam je do serca.
- Pięknie emanujesz energią - powiedział Feliks i przysiadł obok mnie.
- Jak mogę tam wrócić? - zapytałam płacząc. - Jak?
- Po co chcesz tam wracać? - zapytał Feliks.
- Bo było tam tyle czułości, radości, miłości i szczęścia - odparłam.
- A teraz tu? - spojrzał mi prosto w oczy. - Czy nie masz w sobie wystarczająco miłości, czy nie jesteś miłością?
- Mam - opowiedziałam. - Jestem - dodałam - ale ta tęsknota serca.
- Ta tęsknota serca łączy cię ze wszystkimi, który w nim są, kiedy myślisz, że zostałaś z nimi rozdzielona - powiedział Feliks.
- Ale gdzie oni są? - zaczęłam nerwowo przeglądać kolejne fragmenty układanki.
- Zostaw - niebieski gołąb położył swoje skrzydło na moich rękach. - Zostań proszę teraz tutaj ze mną, kochaj. Przeszły czas został za tobą, ale szczęście jest teraz tutaj tobą.
- Szczęście jest mną? - zapytałam zdziwiona. W ręku trzymałam fotografię przepięknej pary królewskiej.
- Tak pamiętam - przytuliłam ją do serca, a następnie kolejne. - To jest mój ukochany mąż Franciszek, a tu są nasze dzieci i cała moja rodzina.
- Tak jesteś szczęściem, a teraz tutaj nim promieniujesz - powiedział Feliks.
- To dlaczego płaczę? - zapytałam, a po policzkach znów płynęły mi łzy. Feliks otulił mnie swoimi ogromnymi, niebieskimi skrzydłami.
- Pamięć czasami niesie ze sobą łzy, tak jak szczęście. Przecież cieszą cię te wspomnienia.
- Tak Feliksie bardzo cieszą mnie te wspomnienia - odpowiedziała - ale tęsknota...
- Tęsknota pomaga czasem nie zapomnieć nam pięknych chwil dawnego życia i o naszych ukochanych towarzyszach - rzekł Feliks - ale nie zostawaj za długo w przeszłości, skup się na teraźniejszości.
- Tu i teraz jestem z tobą, tulę się w miękki puch twych piór i powoli zasypiam - ziewnęłam i zasnęłam kołysana w objęciach niebieskiego gołębia. 

Oczy mężczyzny

Otworzyłam oczy. Wciąż znajdowałam się w tym samym pokoju i siedziałam w skórzanym, brązowym fotelu. Przede mną na stoliku stał imbryk z jaśminową herbatą, którą przelałam do filiżanki i miseczka ciepłej owsianki, a w kominku płoną przyjemny ogień, który ogrzewał pokój. W tej chwili byłam sama. Nie był przymnie ani białego kota, ani niebieskiego gołębia. Ze smakiem zjadłam owsiankę i delektowałam się smakiem jaśminowej herbaty. 
Na stoliku przede mną leżało jeszcze kilka fotografii. Wzięłam do ręki pierwszą z nich i ujrzałam ukrzyżowanego człowieka. Moje serce przeszył ogromny ból, a w stopie poczułam wbity gwóźdź. Na następnym zdjęciu ujrzałam kobietę, która płakała, bo ów mężczyzna konający na krzyżu z pierwszej fotografii był jej ukochanym mężem. Za to, że ukradł jedzenie dla głodującej rodziny został skazany na taką śmierć, oprócz niego ukrzyżowano jeszcze dwóch innych mężczyzn. Jako empatka czułam jego i jej ból. Wcześniej kobieta i mężczyzna na pustyni podążali za nauczycielem. Na końcu była ona prowadzona przez rzymskiego żołnierza i zakończyła życie na arenie wielkiego Koloseum. Wstrząsnęła mną burza lęku, bólu, rozpaczy i głośnego krzyku.
- Już cicho - dobiegł mnie spokojny głos. - Już dobrze, wróć teraz proszę do mnie. poczułam na swej dłoni ciepły dotyk. 
Spojrzałam w czułe oczy mężczyzny, który trzymał mą dłoń i siedział na kanapie obok fotela. 
- Gdzie byłaś? - z troską w głosie zapytał.
- Przeżyłam ukrzyżowanie - odpowiedziałam wciąż patrząc na niego - byłam jedną z uczennic Chrystusa, którą pojmali rzymscy żołnierze. 
- To wszystko jest już za tobą Julio - powiedział - teraz tutaj jesteś już bezpieczna, jesteś ze mną.
- Tak Marku - rozpoznałam go - jestem z tobą. Tamto wszystko odczuwałam jakby działo się teraz tutaj; tą śmierć na krzyżu mojego męża i swoją.
- To było przeszłe życie - otarł moje łzy, które jeszcze ciągle spływały po policzku. - Pozostań już proszę tutaj ze mną.
- Zostanę - uśmiechnęłam się do niego. W jego spojrzeniu było tyle miłości, a w dotyku tyle ciepła i czułości. We mnie pojawił się kolejny obraz pamięci ukochanego mężczyzny. W tej krótkiej chwili moje serce zabiło miłością. Wstała z fotela, podeszłam i przytuliłam się do niego.
- Dziękuję ci Julio za miłość twojego serca - powiedział. - Czy zostajesz już ze mną - zapytał patrząc mi w oczy.
- Zostaję - odpowiedziałam cicho. - Zostaję - powtórzyła nieco głośnie i pocałowałam go w policzek. Poczułam wewnętrzny spokój. Wszystko wróciło na swoje miejsce. Na stole nie było już żadnej fotografii i wszystko było jasne. Oczy Marka rozpromieniły się. 
- Kocham cię Julio - powiedział i pocałował mnie.
- Kocham cię Marku - odpowiedziałam. - To wszystko jest we mnie żywe, ale pozostaję z to tobą tutaj, w naszej pięknej 
teraźniejszości - dodałam gładząc jego włosy.
- Chodź pójdziemy na spacer. Jest piękny zimowy dzień - powiedział Marek i ujął moje dłonie. Wyszliśmy z domu i zamknęliśmy za sobą drzwi do przeszłości. Weszliśmy razem w nowe tu i teraz. Otulił nas przyjemny zimowy chłód oraz promienie porannego słońca. Pod stopami lekko pośród śniegu skrzypiał mróz.

 




sobota, 17 kwietnia 2021

Pod drzewem jabłoni

Wiele słów dałabym za miłość prawdziwą. Ile jeszcze mamy dni by ją przeżyć? Ile jeszcze mamy szans na to szczęśliwe, ponowne spotkanie? Wiele bym dała słów za twą opiekę i troskę oraz wspólną beztroskę. Ile wspólnych dróg przemierzyliśmy razem? Ile osobnych szlaków zostało za nami? Wiele bym dała za szczery uśmiech i tą pokorną ufność, że jutro będzie nowe dzień dobry. Ile było serdecznych uścisków na twoje ponowne powitanie? Ile było westchnień tęsknoty, gdy cię nie było na wyciągnięcie ręki? Wiele bym dała za tą chwilę cierpliwości, która na nowo może nas złączyć. Czy umiesz zaczekać aż wrócimy z tej długiej podróży? Czy ja umiem zaczekać na twój powrotny rejs? Aż twój i mój okręt zawinie to portu naszych serc? Dałabym wiele za tą cierpliwość drzemiącą w nas cicho, która nie pyta o powód milczenia i nieobecności, ale wciąż czuwa i słucha nawet tego, co nie zostało jeszcze wypowiedziane, wciąż drzemie i dojrzewa w naszych wnętrzach. Wiem dobrze, że dziś mnie nie ma obok ciebie, może nie wrócę nawet jutro, może nie będzie mnie też przy tobie pojutrze, ale gdzieś w ogrodzie rośnie krzak czerwonej róży. Czy kiedyś jeszcze razem zobaczymy jak pięknie latem rozkwita. Czy oczaruje nas swym pięknem i otuli przecudnym zapachem, który przypomni chwile radości i uniesień? Może tylko ty znasz odpowiedzi na te pytania, bo może tylko ty jesteś dobrym ogrodnikiem, który wie jak pielęgnować róże, by mogły w pełni swym blaskiem i czarem rozkwitnąć. Wiele słów bym dała, wiele... ale czy one wystarczą? Czy choć jedno z nich zastąpi obecność i czuły prosty gest? Czy choć jedno z nich, choć jedno z nich wystarczy? Chciałoby się rzec: wybacz, proszę wybacz przepraszam za każdą jedną łzę, za każdą chwilę bólu, bólu który dosięgł dogłębnie serca. Chciałoby się rzec: wybaczam, droga dalej wiedzie prosto, widzisz, przytul mnie. 

Dziś mnie nie ma przy tobie. Siedzę samotnie pod drzewem kwitnącej jabłoni. patrzę na kolejny zachód słońca. Czy ty też spoglądasz na to samo słońce, które w jednej chwili z soczystej pomarańczy tuż nad horyzontem przemienia się w żywą czerwień. Czy pamiętasz, że ten kolor różu pomieszany z czerwienią zwiastuje jutrzejszy wietrzny dzień? Moje bose stopy dotykają zieleni traw. Wiatr lekko rozwiewa moje włosy i porusza gałęzie drzew, strącając różowo-białe płatki z wolna przekwitających kwiatów. Czy kochasz jeszcze ten wiosenny śnieg? Te drobne płatki kwiatów, które spadają również na moją głowę i ramiona, przypominając mi twój szczery śmiech. "Widzisz, widzisz w locie znów zniżają się jaskółki, już niedługo spadnie deszcz" - pośród szumu wiatru jakby unosił się twój głos. Czy to jeszcze pamiętasz, że jaskółki w niskim locie niosą za sobą deszcz? Czy pamiętasz? 
W duchu niosę cząstek ciebie, w duchu jesteś ciągle blisko, nie dzieli nas przestrzeń i czas tylko wciąż na nowo łączy wewnętrzna jedność; wciąż na nowo każde z nas jest blisko, tak po prostu bezcieleśnie. Czy myślałeś kiedyś o tej prostocie życia? Czy cieszyłeś się nią będąc beze mnie tej cielesnej powłoce? Poranne promienie słońca gdy ze snu budzi nas nowe istnienie, istnienie nowego dnia, samego siebie, gdy powoli otwierasz zaspane oczy, gdy powoli przeciągasz się w łóżku. Rozciągasz ręce i nogi, wszystkie mięśnie pleców, leniwie przewracając się z boku na bok. Właśnie zdecydowałeś, że już najwyższy czas wstać, powoli podnosisz się i wkładasz stopy w miękkie kapcie. Wstajesz i zmierzasz prosto do kuchni, by nastawić wodę na poranną kawę, sama myśl o niej wywołuje w tobie pozytywne doznania, a jej zapach przywołuje miłe wspomnienia. Cieszy cię widok domowego jagodowego dżemu jaki i zapach domowej drożdżówki. Jest ciepło więc można wyjść i zjeść śniadanie na tarasie za domem, do twoich uszu dochodzi śpiew ptaków, twoje oczy cieszy piękno kwiatów rosnących w ogrodzie; te wszystkie zmysłowe doznania składają się na obraz twojego poranku, w końcu nigdy nie byłeś śpiochem. Poranku, który jest wypełniony zapachami, kolorami, dźwiękami i samkami. Dnia który zaczyna się od ciepła porannych, złotych promieni słońca, w który lekka gorycz czarnej kawy przełamana zostaje słodyczą jagodowego dżemu, gdzie fiolet, róż i żółć kwiatów mieni się w ogrodzie przed twoimi oczami a słowiczy śpiew łamany jest nutą trzmielich skrzydeł, a wiatr lekko swym powiewem rozwiewa twoje włosy Czy cieszy cię ta prostota życia? Czy w ogóle ją czujesz i widzisz? Zatrzymaj się.


Moje stopy dotykają zielonych źdźbeł wiosennej trawy i czują lekki chłód ziemi. Plecy opierają się o chropowaty pień sędziwego drzewa. Moja głowa i ramiona odczuwają delikatność spadających różowo-białych płatków kwiatów. Nadszedł czas przemiany i już niedługo na gałęziach pojawią się jabłka. Wokół roznosi się przecudna i subtelna woń kwiatów jabłoni. Do moich uszu dobiega znajome brzęczenie, to pszczoły i trzmiele zbierają ostatni pyłek i nektar tej wiosny z tego drzewa - cykl odwiecznej przemiany trwa. Czy myślałeś kiedyś o tym, że w tym małym ziarenku, które nie raz miałeś w swojej dłoni jest zapis informacji odnośnie wyglądu i wzrostu całego drzewa? Jako dobry ogrodnik wiedziałeś w jakiej glebie najlepiej je zasadzić, jak często je podlewać, osłaniać od nadmiernego wiatru. Cieszyłeś się każdą chwilą gdy wzrastało otoczone twoją miłością. Gdy osiągnęło już odpowiedni wiek i wzrost wiedziałeś jak je zaszczepić, by stało się przepiękną jabłonią i owocowało. Gdy wydało pierwsze polny twoje serce radowało się, dojrzałymi, soczystymi jabłkami częstowałeś rodzinę i przyjaciół. Każdy przyjął twój poczęstunek z wdzięcznością, podał ci dłoń na powitanie, uścisnął i pochwalił twoją pracę i dobre plony. Wydawałoby się, że to tak niewiele - jeden ogrodnik, jedna jabłoń otoczona jego sercem, jabłka, słowa serdeczne, uściski dłoni, przytulenie, radosny śmiech dziecka. Jednak czy każda z tych chwil nie była bezcenna. Czy radość dziecka w słowach: "Jakie to smaczne" nie była największym podziękowaniem? Prostota i piękno życia, czy zawierają się w tych słowach?  

Czy twój gest nie był dziś prosty? Przeczytałeś ogłoszenie i na wszelki wypadek spisałeś numer telefonu - coś cię tknęło wewnątrz, może intuicja. Komuś zaginął kot. Poszedłeś na spacer do parku. Jak zawsze przechadzałeś się tą samą alejką i znajomym ludziom przekazywałeś "Dzień dobry", bo przecież dobre życzenia są twoją specjalnością. Miau, miau, miau... nagle przystanąłeś i nasłuchiwałeś, miau, miau, miau... nadstawiłeś ucha i skierowałeś się we właściwą stronę, za krzewem jaśminu zobaczyłeś niewielką istotę, to był biały kot z ogłoszenia. Z dobrocią wyciągnąłeś dłoń, gdy kot podszedł, wziąłeś go na ręce i usiadłeś na pobliskiej ławce. Wyjąłeś telefon z kieszeni spodni i zadzwoniłeś, okazało się, że właściciele kociaka byli niedaleko, opisałeś im gdzie się znajdujesz i poczekałeś. Nie chciałeś przyjąć znaleźnego wystarczyło, że wszyscy się cieszyli - Puszek wrócił szczęśliwie do domu. Poszedłeś dalej swoją drogą i znalazłeś się w odpowiednim miejscu i czasie. Pomogłeś starszej kobiecie z zakupami, trochę zboczyłeś ze swojej drogi, ale to nic nie szkodzi. Grzecznie odmówiłeś poczęstunku i zszedłeś z szóstego piętra schodami. Pod kinem już czekali na ciebie przyjaciele? Czy to był dobry film? Ponoć jeden obraz znaczy więcej niż tysiąc słów. Choć bez słów nie byłby obrazów, bo to słowa są kluczami do królestwa wyobraźni. 

Wiele bym dała słów by nasz obraz stał się realny, by otoczył nas zapach kwiatu jabłoni. Gdy jabłka znów staną się dojrzałe żebyśmy razem je smakowali. A wszystkie chwile prostoty życia dzielili byśmy już razem. Jestem dla ciebie i czekam pod drzewem jabłoni.