sobota, 28 listopada 2015

Rozpoznanie

Człowiek: Nie milknij, nie milknij. Ach, powiedz, wyszeptaj. Tak szeptem mów do mnie, mów do mnie, mów do mnie...
Głos: Ach, zamilcz. Zamilcz. W tym galopie, potoku... Nic nie słuchasz, nie słuchasz...
Człowiek: Szeptem do mnie mów. Nie! Mów głośno. Głośno mów! Czy pięknie dziś wyglądam? Nic nie słyszę... Głośno mów, szeptem mów, no mów coś...
Głos: Ach, cicho, cicho już... Nie słuchasz, wcale nie słuchasz. Cóż ci rzec, cóż kiedy ciągle mówisz? Nie słuchasz, zupełnie nie słuchasz. 
Człowiek: Mów do mnie, ach mów. Wyciągnij korek z butelki. Wzniesiemy toast. Szanowne Panie, Panowie... A czyje wypijemy zdrowie? No mów, mów, mów do mnie.
Głos: Cicho, cicho już... Ciągle bla bla bla i znowu bla bla bla... jak długo tak możesz, jak długo? Och, ciszo w tej głowie, jak błogo, jak błogo...
Człowiek: To nie ja pamiętaj, to nie ja. Mów do mnie, mów. Szeptaj, krzycz, krzycz do mnie, rycz! Ach, ekspresjo kochana, ekstazo! Mów moim zmysłom, mów... Czekam, wciąż głucho czekam i nic, i nic... Ach, ty, ach ty p...(podły) 
Głos: Cicho, cichosza, sza, ci-sza, cisza. Na ulicach, na chodnikach - sza. Mówię, nie słuchasz. Szepczę, nie słuchasz. Gadu- gadu, krzyku-krzyku, ryku-ryku... Na co, po co? Marny pył, dzień sam wstaje ku słońcu.
Człowiek: Mów nocą - baju, baju... Mów dniem - gadu, gadu... Mów gdy słońce zamienia się w księżyc, ach mów. Piękna woń tych stokrotek, jak rosną, jak rosną. Krzycz, gdy orzeł uleciał ku ziemi, jak pisklę jeszcze całkiem nieopierzone wypadło z gniazda. To przykre, mów proszę, mów niczym wieszcz z bajki ukradzionej, niczym bajarz z zadumaną fajką. Mów, mów w końcu do mnie!
Głos: Ale mówię, na każdą prośbę i rozkaz, mówię cierpliwie. Lecz nie słuchasz, zupełnie nie słuchasz siebie. Po co ten bełkot. Porzuć bajanie, wieszczenie, porzuć to całe ględzenie. Przywołuję siebie do porządku! Jeszcze raz przywołuję siebie do porządku! Milczenie, milczenie, w dyscyplinie duchowej nakazuję sobie milczenie!
Człowiek: Coś słyszę, coś słyszę... Czy jesteś wiatrem w polu za oknem? Ach, powiedz, czy to ty? Nie karz mnie milczeniem, nie karz. Proszę, och, proszę... A może tym motylem na parapecie tuż za oknem? Czy to ty? Nie odfruwaj, nie odfruwaj... Zaraz wybiegnę na drogę, poczekaj na mnie już biegnę, tylko buty na nogi ubiorę.
Głos: Nie biegnij! Za czym chce wciąż gonić? Siedź i słuchaj! Mówię przecież do ciebie, do siebie. Tu jestem, ja jestem, ty jesteś...
Człowiek: Gdzie jesteś? Kim jesteś? Co mówisz? Ach mów, mów jeszcze... Ja jestem. Ja jestem życiem. Ja jestem życiem, wiecznie płynącym światłem. Mów, mów, mów do mnie. To jest piękne takie piękne. Ja jestem życiem wiecznie płynącym światłem.
Głos: Ach słuchasz, słuchasz, cudownie! Słuchasz, słucham, ja słucham. Ja jestem życiem, wiecznie płynącym światłem, wiecznym duchem życia. Słucham cudownie, ach cudownie!
Człowiek: Ja słucham, ach ja słucham, cudownie. To rzeczywiście cud. Ja jestem duchem wiecznego życia, cudownie!
Człowiek i Głos (w jedności): Ja jestem życiem, wiecznie płynącym światłem, wiecznym duchem życia i boskiej bezinteresownej miłości w akcji.




sobota, 27 czerwca 2015

Zbyt długo

Może zbyt długo byłam nieobecna, lękając się swego ciała. Czy myślałeś kiedyś ile igieł może je przeszyć? Ile zimnych rąk je dotyka? 
Może zbyt długo unikałam czułości, obawiając się ludzkiej, dwulicowej przedmiotowości. Czy czułeś kiedyś, że zdejmują cię z pułki, podają z rąk do rąk w zachwycie, z czasem się nudzą? Czy czułeś się kiedyś atrybutem, jak dobrze w świetle reflektorów się z tobą pokazać, o bożyszcze?!
Może zbyt długo zamykałam oczy, lękając się rzeczywiście iluzyjnych obrazów. Czy widziałeś kiedyś jak miło głaszczą kózkę, czy świnkę, a po chwili z zimną krwią podrzynają jej gardło, ćwiartują, smażą i z rozkoszą w ustach pożerają. Czy widziałeś kiedyś jak błogosławią swoje dzieci ku czci boga wojny, topią je w morzu nienawistnej, ognistej krwi, a później skomlą we łzach swej obłędnej męki?
Może zbyt długo zatykałam uszy, obawiając się nieustających skowytów i jęków udręczonej duszy świata. Czy słyszałeś kiedyś jak martwe dziecko płacze, jak głośny jest żal obnażonej z nagości kobiety? Czy  słyszałeś kiedyś jak smutno prosi polny mak byś nie deptał go, jak olbrzymi dąb krzyczy byś nie ścinał go, jak błaga mały świetlik byś nie okaleczał go.
Może zbyt długo milczałam, lękając się gradu głuchych słów. Czy mówiłeś kiedyś o niczym zbyt wiele, gdy chwaliłeś się wyćwiczonymi muskułami, gdy chełpiłeś się pustym dogmatem, że jako domorosły uczony masz nieograniczoną wiedzę, i że to czego nie można zobaczyć i dotknąć nie istniej? Czy mówiłeś kiedyś o czymś istotnym, że w twym ciele żyje boski duch, że idzie on w stronę światła i boskiej świętości, że Bóg w świątynnych murach wcale nie mieszka. 

Zobaczyłeś, że niebo jest blisko i tak łatwo zapomniałeś. Twoje przyzwyczajenia są tak smaczne, zmysły ciała tak łatwo można wabić. W ustach twoich tak słodko, kawa nozdrza łechta, wzrok okrągły kształt przyciąga, gładka skór pod palcami, o ziemska rozkoszy!
Usłyszałeś głos duszy i tak łatwo zatkałeś uszy. Czy to na pewno Bóg? Skąd te wieczne zwątpienia, że to ty? Słuchawki szybko wtykasz, na maksa podkręcasz dźwięk, niech głośno dudni, niech jak najgłośniej muzyczny łomot gra.  Ta da dam, ta da dam, ta da da dam...! Wśród ulic i tak roznosi się warkot samochodów, czasem pies zaszczeka, ptak siedzący na gałęzi drzewa zaćwierka. Na cóż ten wewnętrzny głos duszy? Czy Bogiem może być któryś pośród nas? Czy Bogiem możemy być my wszyscy? 
Zobaczyłeś swoje wnętrze i tak szybko zamknąłeś oko wewnętrzne. Patrząc codziennie w lustro, wciąż powtarzasz sobie, że jesteś zbyt gruby, niebyt przystojny, wręcz wstrętny i brzydki. Odrzuciłeś wszystkie kolory, choć mieniłeś się różem, bo z miłością patrzyłeś na czerwone tulipany, choć mieniłeś się zielenią, bo wysłałeś myśl uzdrowienia do siostry, choć wybrałeś odcień niebieski, gdy twoje usta przepełniała boska prawda.

Jak długo jeszcze chcesz myśleć, że jesteś tylko samotną, mikro plamą na ścianie? Jak długo jeszcze nie będziesz chciał czuć, że jesteś ogromną, wodną kroplą w jedności oceanu?




środa, 7 stycznia 2015

Spotkania

Spotkałam w mieście dobrego człowieka. Podzielił się z głodnym kawałkiem bułki. Szedł lekko kulejąc wybrukowanym chodnikiem. Wznosząc otwarte ramiona ku słońcu przesłał podziękowania niebu. Z jego spokojnych oczu patrzył na świat Bóg.
Uśmiechnęłam się w duchu. W obliczu ludzkiego nieszczęścia, tak trudno spotkać czującego człowieka. 

- Powiedz mi dzisiaj - poprosił patrząc na jej poszarzałą postać - kiedy umarłaś?
- Wiesz - wyszeptała cicho - chyba nigdy nie żyłam. Może trochę jako dziecko, ale za szybko przestałam. Miałam może sześć, siedem lat. Naprawdę nie pamiętam.
- A jak to się stało?
- Rodzice chcieli żebym robiła karierę. Została aktorką, modelką... Chcieli mnie sprzedać do filmu. Dostawałam mnóstwo prezentów, sukienek, butów... Byłam lalką barbie. Musiałam tańczyć wyuzdane tańce, czuć się nagą dorosłą kobietą - głos się jej łamie.
- To pamięć twojego płaczu - otula ją promieniem miłości - zaobserwuj ją teraz świadomie, ona nie jest tobą.
- Moja postać jaśnieje - odezwała się głośniej - ale nie żyłam zupełnie. Pozwoliłam pochłonąć się przez materię i zamroczone myślenie. 
- To wszystko można na powrót transformować - podpowiedział - bezinteresowna miłość jest w nas, jest nami. 



Spotkałam w okolicy hojnego człowieka. Co dzień pocieszał smutnych ludzi, sadził kwiatki w koło ich domów. Z czułością pielęgnował sad za swoim domem. Dzieciom z pobliskiej szkoły z uśmiechem przynosił dojrzałe jabłka. Głaszcząc zielone źdźbła traw dziękował za owoce urodzajnej ziemi, za dary z boskiego ogrodu życia.
Z uśmiechem powiedziałam mu dzień dobry. W obliczu ludzkiej chciwości, tak trudno spotkać wdzięcznego człowieka.

- Powiedz mi dzisiaj - poprosiła patrząc na jego poczerniałą postać - kiedy stałeś się biedny?
- Biedny? Kiedy stałem się biedny? - zachrypiał bardzo zdziwiony. Wciąż pamiętał, że w jego gardle tkwią brzęczące monety. - Nigdy nie byłem biedny! Zawsze miałem grube miliony! - ciężko zaszlochał.
- Mówisz, że miałeś grube miliony - przesyła mu promień miłości. - A na cóż ci teraz one?
- Żeby kupować, żeby kupować - dalej ciężko chlipie - ale nie mogę kupić za nie miłości.
- Ale przecież to ty jesteś miłością - odpowiada spokojnie.
- Jestem miłością - wciąż patrzy ślepy - jestem miłością? Więc całe życie żyję biedny, zamroczony... - powoli zaczyna otwierać oczy.
- To wszystko można rozpoznać - podpowiada - tylko całkiem otóż wewnętrzne oczy. Nie potykaj się więcej o prawdę. Światło zawsze w ciemności świeci.



Spotkałam nieopodal mądrego człowieka. Opowiadał ludziom o Bogu żyjącym w nich samych, o sile wewnętrznego uzdrowienia. Karmił ich serca miłością żywego słowa i wewnętrzną dobrocią. Gdy pytali podpowiadał jak odnaleźć drogę do wnętrza, do prawdziwego rozpoznania.
Podziękowałam mu uśmiechem. W obliczu ludzkiego zamroczenie, tak trudno spotkać prawdziwie przebudzonego człowieka.

- Powiedzcie nam dziś - poprosili patrząc na ich popielate postacie - kiedy straciliście swą mądrość?
- My nigdy nie byliśmy głupi - opowiedzieli chórem - Zawsze świetnie radziliśmy sobie w materii. Trochę za bardzo zaufaliśmy mamonie, żądzy i władzy.
- Czy to zaufanie rzeczywiście było mądre? - trochę inaczej zadali to samo pytanie.
- Nie! - krzyknęli wspólnie - Nie, ale co się stało, to się nie odstanie. Mamy płakać nad rozlanym mlekiem?
- Nie - opiekunowie odpowiedzieli - ale nie zaszkodzi trochę skruchy. Czas karencji dobiegł końca. Dla opornych i krnąbrnych pora wrócić do początków.