Są dni kiedy bezsilność doprowadza mnie do szału. Są bezsenne noce gdy rozpacz sięga dna. Wyciągam ręce w górę, w modlitewnej prośbie. Chcę odsłonić ciemne chmury, które od dawna zasłaniają nam słonice. Czy ono jeszcze istnieje? - w duchu od nowa pytam siebie. Żal i smutek na nowo wypełnia moje serce, a po policzku spływa krwawa łza. Dziś nie mogę utulić cię do snu. Dziś nie uśpią ciebie słowa nuconej przeze mnie kołysanki. Dziś słychać wciąż na nowo syreny, a z góry zlatują na nas bomby.
- Czy Bóg o nas zapomniał? - zapytałeś kiedyś.
- Nie kochanie, to ludzie zapomnieli o nim. Stali się źli i nieczuli, zaczęli walczyć ze sobą? - pocałowałam cię w policzek i ostatni raz usłyszałam jak się śmiejesz.
Poszedłeś z ojcem na spacer i znowu zawyły syreny. Wybiegłam z domu pośpiesznie, żeby was odszukać, pomyślałam, że kierujecie się do schronu. Zobaczyłam was gdy wybiegłam zza rogu. Ojciec niosąc cię na rękach biegł z drugiej strony ulicy. W swoich małych rączkach kurczowo trzymałeś pluszowego misia. Nagle zabrzmiał wielki huk, a na przechodniów zawaliła się kamienica. Zdążyłam tylko krzyknąć - Nie! - ale było już za późno. Spod gruzów wystawały liczne ręce. W powietrzu unosił się kurz i pył, zewsząd napływał coraz głośniejszy krzyk i lament.
Dobiegłam, chciałam odgarnąć gruz, ale ktoś manie zatrzymał - Do schronu, proszę tędy, do schronu! - ledwo w tym szoku usłyszałam. Nad naszymi głowami przeleciały kolejne samoloty. Chyba zemdlałam, bo gdy się ocknęłam byłam już w schronie.
- Gdzie jest mój mąż i syn? - zaczęłam pytać obecnych, ale nikt nie potrafił mi odpowiedzieć, zaczęłam cicho płakać.
Po bombardowaniu usunięto gruz, pod nim znajdowały się wasze ciała, które rozpoznałam. Przyjętym zwyczajem zabrano je do krematorium i spalono.
Zostałam całkiem sama w pustym mieszkaniu. Przez wiele nocy tuliłam do siebie misia, którego zabrałam, był poplamiony waszą krwią. Wewnątrz wiedziałam, że Bóg o nas nie zapomniał, że pomimo braku ciał byliście żywi, byliście nadal żywymi duchami, ale zabrakło mi waszej cielesnej obecności. Moje serce przepełnił smutek na wiele dni.
- Wstań! - usłyszałam doniosły ton - Wstań!
- Zostaw - ledwo wyszeptałam otrącając jego rękę.
- Spójrz nam mnie! - jego ton brzmiał niczym rozkaz. - Spójrz na mnie!
- Zostaw! - wykrzyknęłam przez łzy.
- Potrzebujemy ciebie - jego ton nieco złagodniał. Przysiadł na skraju łóżka i przytulił mnie.
- Czuję się bezsilna - mój głos się łamał - Czuję pustkę, której nie mogę wypełnić.
- Tylko miłość może ją wypełnić, oni zawsze pozostaną w twoim sercu.
Miał rację, na zawsze postaliście w moim sercu. Pomógł mi dojść do siebie. Zaczęłam pracować w szpitalu, opatrywać rannych, ale uczucie bezsilności wracało.
- Jak długo tak można? - ciągle pytałam w myślach samą siebie i jego. - Jak długo?
- Tak długo, jak długo będą trwały podziały nie ważne w jakie sferze naszego wspólnego życia
- Ale to bliźni występuje przeciw bliźniemu - wciąż powtarzałam. - Czy oni naprawdę zapomnieli, że są braćmi i siostrami?
- Oni postrzegają siebie jako wrogów. Jedni i drudzy wierzą, że po wygranej walce ich dowódcy będą rządzić światem, że są do tego wybrani jako nadludzie.
- A miłość, współczucie, chęć czynienia dobra?
- Te uczucia są im obce. Owładnęła nimi bezduszna logika i propagandowa iluzja - popatrzył na mnie czule i przytulił.
Mijały kolejne niepewne dani. Przeminęła jesień za nią zima i wiosna. Powoli nadeszło lato i robiło się coraz cieplej. Przez te wszystkie tygodnie i miesiące działania wojenne wcale nie malały. Gdzieś z daleka dobiegał głos o pokoju, ale to był jedynie słaby głos, pośród armat wojennych wystrzałów i bombardowań. W szpitalu przybywało rannych, kalek. Ludzie jeśli nie tracili życia, tracili nogi i ręce. Po salach i korytarzach można było słyszeć o naszym rychłym zwycięstwie, bo ponoć przesłuchania jeńców szły coraz lepiej i udało się złamać tajemny kod zaszyfrowanych rozkazów. Przechwycono w końcu liczne listy i depesze, a podsłuch rozmów wroga też działał bez zarzutu.
Moje dłonie codziennie pokrywały się krwią, a serca dotykał niekończący się ból. Czy mogłam przynieść choć odrobinę ulgi rannym i okaleczonym? Zastanawiałam się na nowo w duchu.
- Dużo pracy dzisiaj - poczułam przyjacielską dłoń na ramieniu.
- Tak - westchnęłam głośnio i głęboko odwracając się do niego. - Dziś przywieźli trzy rodziny z małymi dziećmi oprócz rannych żołnierzy. Rok już minął, a ja wcale nie czuję się mniej bezsilna niż wtedy, gdy patrzyłam na tamten gruz. Kiedy to się w końcu skończy?
- Kiedy ludzie dojrzeją do wspólnej jedności, przestaną się wywyższać i zaczną kochać bezinteresownie - popatrzył na mnie smutno.
- A co my możemy?
- Nieść w sobie pokój i pocieszenie.
- Poproszono mnie do opieki nad jeńcami - mój głos się załamał. - To jest nie ludzki obraz. - Zacisnęłam dłonie w pięści.
- Nasi dowódcy potrzebują tajnych informacji - mówiąc złapał mnie za rękę i przyciągnął do siebie.
- Ale to też są ludzie, tacy sami jak ja i ty - zaczęłam płakać. - Czy tak to ma wyglądać, że ludzie ludziom... - nie mogłam dokończyć.
- Jesteśmy w centrum piekła i żyjemy pośród piekielników...
- A co stało się z niebem - nie dałam mu dokończyć.
- Właściwie chyba nikt o nim nie pamięta oprócz ciebie, nikt nie zna tego stanu świadomości - delikatnie otarł moje łzy płynące po policzkach.
- Ja i ty, my oboje ten stan świadomości znamy, ale cała reszta jakby o tym zapomniała. Czy jest szansa, żeby sobie o tym przypomnieli?
- Jest szansa - powiedział gładząc moje włosy.
Po chwili wezwano go do kolejnego pacjenta, ja też wróciłam do potrzebujących. Dochodząca do siebie matka tuliła czule chłopca, przypomniało mi to chwile spędzone z tobą.
- Wiesz mamo - powiedziałeś kiedyś. - Odwiedziłem wczoraj niebo.
- Niebo? - popatrzyłam na ciebie pytająco
- Tak - uśmiechnąłeś się. - Byłem z tatą u państwa Goldsteinów. Przygarnęli oni do siebie jednego bezdomnego chłopca. Wszyscy usiedli zgodnie przy jednym stole i podzielili dwa jabłka, które mieli do jedzenia i wznieśli za to dziękczynną modlitwę.
Na to wspomnienie ciepło napłynęło do mojego serca. Nastawiłam się na wewnętrzny pokój. Podarowałam matce i chłopcu twojego misia.