Umierałeś przy manie cicho, nie mówiąc prawie nic. Twoje wątłe ciało co chwilę odmawiało ci posłuszeństwa. Każdy krok wymagał ogromnego wysiłku. Każdy oddech wymagał pokonania ciężkiej bariery bezdechu. Każdy łyk wody nie był już taki prosty i oczywisty. Gdy gładziłam twoje włosy wzdychałeś tylko cicho, to przynosiło ci ulgę, a moje drobne palce chciały ci podarować o wiele więcej. Któregoś dnia otworzyłeś oczy i prawie szeptem zapytałeś.
- Czy świeci jeszcze słońce?
- Tak kochanie - podeszłam do okna i odsłoniłam rolety - właśnie rozpoczyna się letni poranek. Napij się, proszę, wody. - Podałam ci kubek ze słomką. Ta czynność nie jest łatwa dla ciebie, ale dla zaschniętego gardła jest to wielka ulga. Spokojnie przespałeś całą noc, jedną z niewielu ostatnio.
- Chciałbym wstać - twój głos wydał się nieco mocniejszy. Przyjęłam z radością w sercu twoją wyciągnięto rękę i pomogłam ci powoli wstać. Mogłeś ustać zaledwie chwilę na nogach, po czym musiałeś usiąść na wózku. Okryłam cię szlafrokiem, a na nogi położyłam koc.
- Czy chciałbyś spędzić czas w ogrodzie? - zapytałam uśmiechając się do ciebie, nie pozwalałam smutkowi psuć tych pięknych a jakże ulotnych chwil.
- Tak kochanie - w twoich oczach pojawił się dawny blask.
Otworzyłam drzwi na taras i już w kolejnej chwili naszym oczom prezentowała się soczysta zieleń ogrodu. Zatrzymała twój wózek przy stoliku na tarasie.
- Powinnaś zjeść śniadanie - twój głos jakby nabierał dawnej siły.
- Powinnam - uśmiechnęłam się choć do oczu cisnęły się łzy i niewypowiedziana ludzka prośba "Proszę nie umieraj". - Teraz pójdę do kuchni i przygotuję coś do jedzenia, a ty tutaj wypoczywaj.
Poszłam szybkim krokiem do kuchni, gdy byłam sam pozwalałam by łzy płynęły. Czułam lekki głód i robiłam do dla ciebie, dla ciebie musiałam być silna. Z lodówki wyjęłam dwa jajka i wstawiłam wodę na gazie, w miedzy czasie zaczęłam przygotowywać sałatkę i zaparzyłam jaśminową herbatę. Wszystko co przygotowałam zaniosłam na taras. Najpierw podeszłam do twojego wózka. Lekko dotknęłam twojej dłoni i pochyliłam się nad tobą wyczuwając płytki oddech.
- Zajedz kochanie, a po śniadaniu porozmawiamy - pogładził moją dłoń i uśmiechnął się.
- Już jem - odpowiedziałam i usiadłam przy stoliku. Po skończonym śniadaniu umyłam naczynia w kuchni i wróciłam do ciebie.
- Ptaki pięknie śpiewają, a kwiaty w koło pachną - powiedział i spojrzała na mnie.
- Tak - uśmiechnęłam się i zaczęłam gładzić twoje włosy. - To dziś prawda?
- Dziś.
- Czy ta chwila musi nadejść?
- Czy chciała byś żyć wiecznie w ciele?
- Nie.
- Ja też nie.
- Marcel - zawahałam się - ludzka część mnie protestuje, nie zgadza się na to, pragnie cię zatrzymać, wciąż krzyczy Zostań! Zostań ze maną nie odchodź!
- Mario to naturalne dla człowieka. Przecież wiem, że płaczesz jak odchodzisz ode mnie na chwilę. Dziś przed śniadaniem też płakałaś.
- Płakałam i miałam dla ciebie uśmiech przez łzy.
- Pamiętasz naszą pierwszą rozmowę, gdy doszła do nas ta diagnoza, że życie nie kończy się?
- Pamiętam. I pamiętam nasze postanowienie - mówiąc to patrzę ci prosto w oczy.
- Więc niech ta duchowa świadomość przeważy dzisiaj w tobie i niech tak już zostanie.
- Nie mam tej pewności w sobie, że cię potem znowu spotkam.
- Spotkasz - ożywiłeś się na chwilę. - Ja na pewno cię znajdę i rozpoznam.
- To będzie zupełnie nowe życie - westchnęłam i przytuliła cię.
Poszłam wziąć krótki prysznic. Było jeszcze wcześnie. Byłam trochę zmęczona, kolejną noc w końcu czuwałam przy twoim łóżku, a ciało to odczuwa. Ubrałam się w letnią białą sukienkę i wróciłam do ciebie, ale ciebie już nie było, została tylko cielesna powłoka. Odszedłeś jak inni przed tobą odchodzili. "Jak stąd długo idzie się do nieba?" pomyślałam i po mimo całej świadomość po policzkach spływały mi łzy.
niedziela, 11 lipca 2021
Pożegnanie
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz