czwartek, 25 kwietnia 2013

Melodia

 

Znów przysiadłam na klawiszach fortepianu. 
Elfie - straciłam skrzydełka, gdy w objęcia materii wpadłam, prosto z płata kwiatu. Za dniem zatęskniłam, gdy kolejny złoty wóz odjechał, dziecięce pozbierał śmiechy. 
Czarne i białe naciskam klawisze, muzyki z nich wypuszczam czar. Nuty tuptusiają po pięciolinii: do, re, mi, sol, sol, mi, re, fa. 

Życie w biegu dudni niecierpliwymi krokami. Dzisiaj raptownie przeskoczyć chcę do jutra lub jeszcze nie zdążyłam odejść od wczoraj. Kiedy wędruję od tu do teraz, w dłoniach trzymam liść zeszłorocznej jesieni, wciąż zakrywając się jej zranieniem. 
Gdy sięgam z tego klawisza bez teraźniejszego głosu dźwięku, melodia staje się głuchoniema. 
Jeśli lekko unoszę i opuszczam palce bez bycia tutaj przy fortepianie, rozśpiewane nuty z nimi nie tańczą.

W tej chwili mnie nie ma. Przylgnęłam do skorupki laskowego orzecha, wczoraj siwy rozłupał go dziadek. W ręce pochwycił tęczowego motyla. Barwny pył ukradł z jego delikatnych skrzydełek. 
Z dzisiaj przeszłam do wczoraj. Tam białe konwalie w słońcu kwitną, papierowy w sercu ożywa ptak. Więc tu nie dostrzegam zieleni traw. Nie czuję w ustach słodyczy pomarańczy, choć kistka po kistce ją jem. Omija mnie blask gwiazd, bo z oczu mój wzrok umyka, w siną wybiega dal.

Przysiadłam na klawiszach fortepianu. W nocy z łóżka się wymknęłam, w gwiezdny rydwan snu wsiadłam. W znanej melodii zatańczyłam z cieniem walca. 
Teraz i tu otulił mnie sen. Nuty tuptusiają po pięciolinii: do, re, mi, sol, sol, mi, re, fa.
Elfie - znalazłam skrzydełka pośród płatków kwiatów. A rankiem, gdy sen umyka, życie tuli mnie w swych objęciach.






poniedziałek, 1 kwietnia 2013

Dziwny świat


- Ten świat stanął obok mnie, taki szary, taki bury. Nie! Nie! Nie lubię go - z niesmakiem stwierdziła. Przeżuła kilka razy ślinę i splunęła na podłogę. W ustach czuła nieprzyjemny, metaliczny smak. Im bardziej wyrywała się do życia, tym bardziej spadała w dół, jakby była przykuta jakimś niewidzialnym łańcuchem wprost do krawężnika.  
- Ten dziwny świat martwych ludzi przecież nie może być końcem - szeptała spacerując po pokoju - oni w końcu się obudzą. 

Mijały dni bezwolnie, tak bardzo bezwolnie. Noc ciche przykrywała chmury niemą nucąc kołysankę. W kącie pokoju nikt szklanych łez nie widział. Z wieczorem tańczyły czasem walca, gdy wieczorne żaluzje zielenią przysłoniła okna. A serce na poduszce szczerze szeptało:
- Wszystkich kocham, czerwone tulipany, stokrotki, bratki, niezapominajki. Wszystkich kocham. 
Przykryta senną kołderką spokojnie zasypiała.

Na parapecie okna przystanął Anioł, zastukał w szybę. Zobaczyła go stojąc pośrodku pokoju. Podeszła, otworzyła okno.
- Zapraszam do środka - z uśmiechem powiedziała, odganiając od siebie odrobinę smutku.
- Dostałem twoje listy - powiedział gość wchodząc - dostałem, czytałem i pisałem nawet. Czy wiesz kim jestem?
- Jesteś mną - bez wahania odparła - jesteś mną, mieszkanką tego ludzkiego ciała. Patrzącą przez zamarznięte okno, chociaż już wiosna i po polach spacerują żurawie. 
- Więc po co ci żal - zapytał Anioł - po co ci wina? Skoro wiesz kim jesteś. Przecież chciałaś żyć na Ziemi. Pokochać napotkanych ludzi. Wciąż piszesz "Drogi Aniołku", a ja jestem tuż obok, mieszkam w twoim ciele. Uśmiechnij się, proszę, przecież nikt mnie stąd nie wykradł.
- Przecież widzisz - dziewczyna odpowiada - przecież widzisz, bo patrzysz moimi oczyma na okrutną dziwność tego świata. Wciąż parada żelaznych tarczy, krzyków, a każda siebie nazywa gwiazdą.
- Ty świeć, niech ciebie nazywają gwiazdą - odparł Anioł - i nie depcz więcej swoich własnych kwiatów. Wiesz przecież, że to wszystko w światło się zmienia, każdy w nie wejdzie swoją własną drogą.
- Wiem, żyć będzie miłością. 

Mijały dni w spokoju gwałtowne, tak bardzo w spokoju gwałtowne. Dłoń ziemski puściła balon, w poznaną przestrzeń uleciał. Do ogrodów w postaci zeszło światło. Tych rozbudzonych całkiem z marzeń sennych obudziło, do prawdziwego domu poprowadziło. Resztę złocistym promieniem słońce przykryło.