niedziela, 27 czerwca 2021

Spreparowane

 O wojnie mówiło się dużo, ale właściwie nikt jej nie doświadczał i na oczy nie widział pola bitwy. Co jakiś czas zjawiał się też pseudo świadek, który zdawał wszystkim relacje z frontu. Przedstawiano ją obywatelom na specjalnie wybranym kanale. Wiadomość o nowej emisji przekazywano sobie telepatycznie. Wizory dostrajano na odpowiednią częstotliwość i zwykle pokazywano przestraszonego, i smutnego człowieka. Zgromadzeni nie znali tych uczuć - strachu i smutku. Emisje wojenne już im trochę spowszedniały, ale byli zobowiązani, tak jak, to już dawno wyjaśnił im Przewodnik, wysłuchać udręczonego i wyciągnąć odpowiednie wnioski. Ich świat jak od dziecka im wpajano był w końcu spokojną utopią. Obywatele zgromadzili się przed Wizorami i wysłuchali uważnie dość zakłopotanego młodzieńca, który bardzo wahał się przy każdym wypowiedzianym słowie.
- Pościg za wrogiem zaczął się od wschodu... nie, co ja mówię, od zachodu - zaczął mówić skrępowany młodzieniec. - Pościg za wrogiem zaczął się od zachodu. Straciliśmy dwadzieścia... nie, co ja znowu mówię, pięć - ciągle się wahał. - Straciliśmy siedem naszych maszyn obronnych, a poległo dwudziestu pięciu naszych żołnierzy. Tak w końcu mówią wszystkie symulowane kalkulacje i statystyki.
Wizor na te słowa wyłączył się. Połączenie telepatyczne z występującym było też niemożliwe. W świecie Kardesu zaległa wielka cisza. Telepatycznie do obywateli doszła wiadomość, że nasz dzielny współobywatel oddał właśnie ducha. Zaraz po tym komunikacie padło standardowe pytanie, czy warto opłacać wojnę? Obywatele  orzekli większością głosów, a większość głosów oznaczała jednomyślność. Ktoś się jednak wyłamał i orzekł, że nie i kilku innych nie było zdecydowanych. Prawo wymagało jedności w decyzji. Brak takiej jedności zdarzył się po raz pierwszy. Wszyscy dotąd jednogłośnie uważali wojnę za cel słuszny, ale nie tym razem. Po eterze rozniósł się wielki szum. Jak to nie ma jedności? Co rusz padało pytanie. Kto ważył się wyłamać? Kto mógł być niezdecydowany? Przecież to taka prosta i oczywista sprawa. Niektórzy z politowaniem kiwali głowami. Lecz zaraz, co to jest politowanie? Przecież wszyscy mamy jasno określoną gamę uczuć. Coś zaczęło się w nich zmieniać. Wizor włączył się ponownie na paśmie przeznaczonym na specjalne komunikaty. Tym razem do wszystkich zebranych przemówił Patron - człowiek w masce. Jedyny pośród obywateli, który miał taki przywilej zakrywania twarzy. 
- Spokojnie - usłyszeli donośny głos - spokojnie już całą sprawę badamy. Niezgodny był obywatel pierwszy, który ma teraz głos. 
- Wypowiedź wojownika była niespójna i niejasna. Ja sam tworzę różne statystyki i prognozy sprzedażowe naszej oferty marketingowej, żeby nasz zbyt stał się mocniejszy - mówi obywatel pierwszy. - Na czym była opata statystyka i prognoza naszego wojownika? Na symulacjach?
- Na wytycznych Białego Biura - przez moment na ekranie Wizora widać postać młodzieńca, wojennego wojownika. 
- Czy on aby nie oddał ducha? - w eterze znów uniósł się burzliwy szum. 
- Spokojnie, spokojnie - ekran Wizora znów ukazał człowieka w masce.
- To oni też prowadzą fałszywe bilanse i dane? - pierwszy obywatel całkiem się załamał. Prawda, która w nim się zrodziła była tak oczywista. 
- Ale zaraz - zapytała druga obywatelka, bo wszyscy współobywatele na moment odczuli jego stan. - Czym jest załamanie? Czym? I co z tą nową informacją zrobić? - Z wrażenia zemdlała. Mieszkańcy Kardesu byli połączeni subtelną nicią empatii. 
- Szybko, szybko - woła człowiek w masce. - Sprowadźcie do niej medyka. Ale nie zapomnijcie o spokoju, tylko spokój. Powrót do jednomyślności nam posłuży. 
- Niezdecydowani po krótkiej debacie orzekli, że są na nie - powiadomił trzeci obywatel, jeden z grona niezdecydowanych, jako ich przedstawiciel.
- A co z pierwszym Przykazem - przypomniał Patron - że słuszna jest tylko jedna droga - przy tym kiwał groźnie palcem.
- Ale czym jest groźba? - w eterze znowu zaszumiało.
- Słuszna droga - odezwał się pierwszy obywatel, który właśnie wyszedł z załamania - może właśnie droga na nie jest słuszna.
- Czym jest nie? - eter coraz bardziej szumiał - Czym?
- Tylko spokojnie, tylko spokojnie - głos człowieka w masce zaginął w tłumi, a Wizor rozstroił się. 

Rozpętała się gorąca dyskusja. Powstała dość liczna opozycja. Posypał się grad argumentów za i kontra. Każdy z obywateli odczuł samodzielne myślenie i odkrył własny rozum pośród jedności kolektywu. Na jaw wypłynęły wszystkie systemowe kłamstwa. Obalono Wielką Księgę i zdemaskowano złoczyńcę, co tylko podsycał jałowe wypowiedzi. Po różnych polemikach i dyskusjach wszyscy zgodnie zasiedli przy okrągłym stole. Zakończył się czas wzmożonej spowiedzi i wybaczenia. Wszyscy poznali nie tylko gniew i żal, ale też prawdziwą radość, bezinteresowną miłość i inne nieznane dotąd uczucia. 
- Tak to prawda wzajemne braterstwo i bezinteresowna miłość nas wyzwoli - powiedział winowajca i nawrócił się na ścieżkę prawdy i pokory. Wszyscy w szczerości zgodni, jednogłośnie pozbyli się Wielkiej Księgi. Poznali to, co znaczy początek wojny i wspólnymi siłami zażegnali wewnętrzny konflikt. 
- Statystyki i prognozy już leżą w koszu, tuż obok fałszywych wytycznych i bilansu - powiedział obywatel pierwszy - moim przewodnikiem jest wewnętrzna prawda.
- Tylko spokój, tylko spokój - ekrany Wizora raz jeszcze ukazały człowieka w masce. Ostatni obraz starego zakłamanego świata. 

sobota, 26 czerwca 2021

Papierowe żurawie

 



Pytania, których nie było

W kluczu zamknięte żurawie, a w rękach dzień rozpostarty. Pewne ciche wspomnienie twego uśmiechu. Ile to sekund, minut, godzin i dni tergo oddechu?
- Te dni ciągną się jak miesiące - powiedziałaś gdy siedziałam przy twoim łóżku. 
- Czy znowu trzeba jechać do szpitala? - zapytałam patrząc na twą wątłą postać. - Stajesz się coraz słabsza - dodałam. 
- Wszyscy mówią, że tak trzeba - odpowiedziałaś. - Lekarze i rodzice są tego samego zdania, są zgodni i są tego pewni. Podają pomimo wszystko chemię w zastrzykach, tabelkach i 
kroplówkach. Po nich długo nie mogę wstać z łóżka, ale lekarze ostatni stwierdzili, że jest lekka poprawa. 
- Czy możesz dobrze oddychać? - zapytałam.
- Teraz mogę - odpowiedziałaś. - Ale czasami po tych kroplówkach jest bardzo trudno oddychać, już nieraz podawano mi tlen przez takie śmieszne rurki do nosa - uśmiechnęłaś się, a ja przytuliłam cię.
- Czy to na pewno jest leczenie? - zapytałam prawie szeptem. - Ciągle mam co do tego wątpliwości - ze smutkiem dodałam.
- Wszyscy mówią, że tak - odpowiedziałaś. - I na dodatek twierdzą, że nie ma nic lepszego, a nawet, że nie ma nic innego.
- Ale to kat bardzo boli. Czy czujesz to? Czy czujesz? - znowu zadałam pytanie. 
- Czuję. Te wszystkie igły, które przeszywają moje ciało, te wszystkie wszystkie chemiczne związki, które w nie wnikają, te wszystkie zimne dłonie, które je dotykają i badają. Niekończące się konwulsje, które nim targają. O zobacz - odsłoniłaś chusteczkę na głowie - już nie mam włosów. 
- Widzę - powiedziała i pogłaskałam cię po głowie. - Moich też już brak - dodałam. 
- Weź proszę z biurka kartki papieru i książkę - wskazałaś na blat - Jak zrobimy tysiąc papierowych żurawi, spełni się jedno nasze marzenie. A jak połączymy nasze siły to będzie szybciej. 
Usiadłyśmy obie na łóżku a z naszych rąk co chwila frunął pod sufit jeden żuraw. Nasz wyobraźnia zawsze dobrze działała. 
Każda z nas miała tylko jedno marzenie, bardzo chciała, żeby ta druga mogła już szczęśliwie żyć bez chemii.

Znowu pojechałaś do szpital. Nie mogłam ci towarzyszyć. Ostatnie co pamiętam, to twój uśmiech, gdy udało się unieść w locie pod sufitem tysiąc żurawi. Tak wiele było przy tym wspólnej radości, że spełni się jedno twoje marzenie, a nasza wspólna droga wiodła do kolejnego. Naszą pracę przerwał twój wyjazd. Wiem, że tuż przed nim sprawdziłaś każdy zakamarek domu, jakbyś chciała się z nim pożegnać. Nie dokończyłam jednak mojej pracy. Gdy twój wątły oddech ustała nie było już cierpienia, ani igieł, ani zimnych rąk. Odeszłaś taki jaki i inni przed tobą odchodzili. Wszyscy wciąż powtarzali, że nie jesteś już żywa, że umarłaś. Ale co to znaczy umarła? A gdzie jest życie wieczne? Co z naszym nie materialnym ciałem? Przecież zdążyłaś jeszcze powiedzieć bez fizycznego ciała, że jest ci dobrze, jesteś bezpieczna i już nic cię nie boli. Lekkim dotykiem eterycznej dłoni pożegnałaś się ze mną. Cieszyłaś się bo twoje marzenie o tysiącu skrzydłach papierowych żurawi miało się wkrótce spełnić. Dziękuję ci za to życzenie zdrowia. 
Powoli dokończyłam naszą pracę i zawiesiłem pod sufitem tysiąc papierowych żurawi. Teraz mają one w swojej opiece moje marzenie. 


II 
Zobojętnienie

To wszystko gdy nie było nas tu. Pośród mgieł porannego świtu - obojętne postać. 
- Czy ten człowiek nigdy nie kochał? - pytasz.
- Kochał - odpowiadam. - Lecz zbyt zbyt wielu kamiennych i lodowatych ludzi spotkał na swojej drodze. W zgryzocie posiwiał.
- Kamiennych ludzi? - pytasz. - Nie rozumiem - dodajesz.
- Zawziętych, zapalczywych, po trupach idących przez życie do celu. Widzisz - wskazuję na jego rękę. Ten dym, w którym spaliła się jego rodzina wyrył się numerem na jego ręce. Tak została zapieczętowana miłość w jego sercu.
- Czy tą pieczęć można złamać? - patrzysz na mnie pytająco. 
- To nie takie proste - odpowiadam. - w jego uszach wciąż dźwięczy błaganie ciężarnej ukochanej, która prosi o kromkę chleba i kubek wody dla nienarodzonego jeszcze dziecka. On wciąż przed sobą widzi jej zapłakaną twarz, gdy w obozie rozdzielają ich. Wciąż na nowo czuje bicie jej serca, które czule tulił do snu w zabrudzony wagonie, w drodze do "sam tylko dobry Bóg wie gdzie" - wciąż w myślach powtarza sobie nadal żyjąc przeszłością i zapominając o teraźniejszości i nie widząc w ogóle przyszłości.
- Co można dal niego zrobić? - pytasz. - Czy można podarować mu życzliwość?
- Można podarować mu życzliwość, uśmiech i o wiele więcej, bo całe serce. Tylko trzeba zostawić za sobą oczekiwania zmiany i odwzajemnienia. On potrzebuje bezinteresownego serca, bezinteresownej miłości - odpowiadam patrząc ciągle na niego. - On nie potrafi już zaufać życiu. W kontaktach z ludźmi jest szorstki. Nie daje szansy w życiu szczęśliwej miłości. Ciągle trzyma się na dystans i żyje przeszłym dniem, rozpamiętując to co było. Ciągle wini siebie, że nie potrafił obronić ukochanej żony i nienarodzonego dziecka. On nawet wini siebie o przeżycie. Życie nieraz po tym wszystkim pokazywało mu dobroć i szczere serce wielu ludzi, ale on nie potrafił tego w pełni zobaczyć i przyjąć. Drogę do tego zagradza mu obojętność. Stał się on obojętny w stosunku sam do siebie, przestało mu zależeć na tym co będzie się z nim działo. Zobojętniał na życie, którym sam był i nie spodziewał się po nim niczego dobrego. Jego kotwicą bezpieczeństwa stała się praca. Był dobrym księgowym i chłodno kalkulował liczby, a z czasem i samo życie. Pod pewnym względem upodobnił się do swoich oprawców.
- To co można dla niego zrobić? - pytasz ponownie. 
- Cierpliwie towarzyszyć mu w jego codziennej drodze niczym anioł stróż. Tu potrzebna jest anielska cierpliwość. On potrzebuje, aby wskazać mu dobro, które tkwi w nim samym oraz ludziach, którzy go otaczają.
- Jestem przy nim, mówię, ale on nie słucha - mówisz. - Co zrobić dalej?
- Trwać i być albo odejść - odpowiadam patrząc na nią.
- Ale ja go kocham - rzekła żona.
- Więc pozostań tą wierną miłością - radzę. 
Przez otwarte okno do pokoju wpadło pasmo jasnego światła. Żona uchyliła lekko drzwi do gabinetu. Starszy mężczyzna siedzący przy biurku przeglądał dokumenty. 
- Kochanie nakryłam właśnie do stołu - powiedziała ona.
- Tak kochanie - w jego sercu nagle coś drgnęło. Szybko poderwał się od biurka i podszedł do niej.
- Tomasz - popatrzyła na niego zdziwiona.
- Klaro - popatrzyła prosto wiej oczy. - Dziś byłby urodziny Filipa - przytulił ją i dodał. - Kocham cię. 
Oboje zaczęli płakać Pozostawali wciąż jak dwa ptaki o złamanych skrzydłach. Czy będą jeszcze potrafić latać? 

III 
Grusza 



To wszystko gdy nas nie było. Po środku zgliszczy martwego domu pogodna postać. Z jej szczodrych rąk złote ziarno wpadło do ziemi. Z radością dugi człowiek przyszedł je podlać. Chciał by szybko wykiełkowało. 
Przyszli inni ludzie i zaczęli oczyszczać pogorzelisko. Dołączyły do nich inne osoby i zaczęli on nowa stawiać fundamenty. Cegła za cegłą, zaprawa murarska i wnet postawiono ściany. Wstawiono nowe okna. 
- Potrzebne nam piętro a nawet dwa! - ktoś z grupy zakrzyknął. Wszyscy się z nim zgodzili i budowali dalej, aż w końcu położyli dach. Dwupiętrowy dom prezentował się wspaniale. Wnętrza urządzono bardzo gustownie. W końcu przyszedł czas by oddać klucze właścicielowi. 
- To dla mnie - lekko szpakowaty mężczyzna popatrzył na wszystkich zdziwiony. 
- Dla ciebie - zjawił się szczodry darczyńca złotego nasienia, z którego już wyrosło dorodne, młode drzewo. - Weź za rękę syna i się rozgośćcie - wskazał na chłopca stojącego na przeciw nich.
- Oleg - powiedział wzruszony mężczyzna - tylko my dwaj przeżyliśmy ten wojenny gwałt - mężczyzna płacząc przytulił do siebie najmłodszego, dziesięcioletniego syna. 
- Tak tato - odrzekł chłopiec spokojnie. - Reszta odleciała numerowanym dymem z komina. 
Szczodry mężczyzna poprowadził ich do domu. Tam po tylu niespokojnych nocach w końcu odpoczęli. Nazajutrz  rano zjawiły się kobiety. Zaczęły pielić grządki w ogrodzie za domem. Część rabatek zasadziły kwiatami: tulipanami, różami, fiołkami i niezapominajkami, w końcu wiosna już jakiś czas gościła w ogrodach. Resztę grządek przeznaczono na warzywa: pomidory, ogórki, rzodkiewkę, cebulę, czosnek, dynię cukinie i wiele innych. Posadzono również dwa zagonki truskawek. Mężczyźni przynieśli sadzonki drzew owocowych i krzewów: jabłonie, śliwy, agrest, czerwoną i czarną porzeczkę oraz maliny. Pani Zofia znalazła jeszcze zaciszny zakątek dla ziół: bazylii, mięty, melisy, kolendry i jeszcze wielu innych. 
Pan Alojz sam nie wiedział jak dziękować wszystkim sąsiadom. Mijały lata tym razem bardzo spokojne. Oleg wyrósł na mężnego człowieka, powoli przestał się też z ojcem bać, że do domu wtargną uzbrojeni zbóje. Ech dawnej wojennej walki już przebrzmiało. Ciągle jednak pamiętali zapach dławiącego dymu z komina i jakie wtedy nadani i numery, jak numery seryjne określonych produktów, nienadające się już do użytku. 
Oleg poznał Sarę, którą szczerze pokochał. Dwupiętrowy dom wypełnił się dziecięcym śmiechem i rodzinnym szczęściem. Pan Alojz nieco zawsze smutny, zaczął się częściej uśmiechać. Ze złotego ziarna wyrosła przepiękna grusza. Szczodry człowiek często odwiedzał pana Alojza. Toczyli oni mądre życiowe rozmowy w nowym świecie, w cieniu przepięknej gruszy.

IV
Teraz tutaj

W kluczu otwarte lecą żurawie. To wszystko gdy jesteśmy tu. W otwartych oknach zielenią się ogrody. 
Zbudziły ją poranne promienie słońca wpadające przez otwarte okno. W pokoju czuć było świeżość wiosennego powietrza. Obok w łóżku już go nie było. Przetarła zaspane oczy i powoli wstała. Oboje lubili spać nago, więc narzuciła na siebie jego niebieską koszulę i zeszła boso po chodach na dół. Poczuła przyjemny zapach świeżo parzonej kawy. Jak zwykle o tej porze roku zastała go siedzącego na tarasie i kontemplującego piękno ogrodu. Podeszła bardzo cicho i zasłoniła mu oczy.
- Zgadnij kto - wyszeptała mu do ucha. 
- Lena - odpowiedział radośnie. - Wstałaś kochanie, zaraz przygotuję śniadanie. poderwał się na nogi i wziął ją za ręce. 
- Romeo - roześmiała się - mój kochany Sebastianie przecież mogę ci pomóc - powiedziała jeszcze radośniej.
- To nie jest konieczne - wskazał jej krzesło. - Usiądź proszę i ciesz się wiosenną pogodą. Dziś jest wyjątkowo ciepło, a przygotowania w kuchni zajmą mi tylko chwilę.
- Przespaceruję się chwilę - odparła Lena i weszła boso na trawę, czuła jeszcze poranną rosę pod stopami. 
- Tylko zaraz wracaj - zawołał Sebastian idąc w stronę kuchni - zaraz podaję śniadanie. 
Oboje byli skoncentrowani na tu i teraz. Chłonęli życie wszystkimi zmysłami i cieszyli się każdą chwilą. Każdy wschód i zachód słońca był dla nich niezwykły. Wszystkie wiosenne kwiaty i ich woń sprawiały im przyjemność. Każdy nowy dzień niósł ze sobą niespodzianki, które sprawiały im przyjemność. 
- Lena, śniadanie zapraszam - zawołał podbiegając do niej. 
- Zatańczmy - poprosiła. - Zatańczmy, niech ta chwila wypełni się naszym tańcem. 
Objął ją i zaczęli tańczyć. Byli świadomi każdego kroku, byli każdym krokiem. jednoczyli w sobie ziemię z niebem. Byli częścią całości, byli jednością ze sobą nawzajem i ze wszystkim, co ich otaczało. Ich serca biły w jednym rytmie, ich oddechy były jednym. Emanowali aurą miłości.
Wziął ją na ręce i zaniósł na taras.
- Zapraszam - wyszeptał jej do ucha - śniadanie podano. 
Poszedł do kuchni i przyniósł ciepły omlet.
- Smacznego - powiedziała.
- Smacznego - odpowiedział.
- Jedność i miłość - powiedziała parząc my prosto w oczy.
- Jedność w miłości - odpowiedział jej z uśmiechem.
Jedli spokojnie śniadanie smakując i dokładnie przeżuwając każdy kęs. Ogrzewały ich ciepłe promienie porannego słońca. Śpiewały ptaki, kwitły kwiaty. Wszystko działo się teraz tutaj.
- To wszystko dziej się gdy jesteśmy tu - powiedzieli w uśmiechu oboje. 
Podarował jej jednego papierowego żurawia.