niedziela, 9 stycznia 2022

Dylemat

Czy czekasz na mnie jeszcze w oddali? Psy nie szczekają już tak głośno i umilkły syreny. Ktoś przez radio ogłosił koniec wojny, ponoć jesteśmy wygrani. Wszyscy w około głośno się radują i nawołują do świętowania. 

- Wiwat! Zwycięstwo! Wiwat! - ktoś głośno krzyknął obok mnie, gdy opatrywałam ramię rannego żołnierza. Kobiety nie kryły łez szczęścia, było też słychać wiele westchnień ulgi. W myślach pojawiało się powątpiewanie czy to aby na pewno już koniec? Z frontu zaczęli powracać żołnierze. Większość z nich to kaleki, nie tylko ci bez rąk i nóg, ale przede wszystkim ci z duchowym brzemieniem. Pomagam im co dzień w szpitalu i pytam też każdego z nich czy coś o tobie słyszał. Choć minęło tyle dni i nocy od zakończenia walk zaginął słuch o tobie. Twoja dywizja prawie w całości przetrwała, a twojemu dowódcy wiadomo, że brałeś udział w przegrupowaniach.

- Czy umiałbyś zabijać ludzi? - zadałam ci pytanie po pierwszym ogłoszeniu wybuchu wojny. 
- Jeśli byliby naszymi wrogami to, tak! - odpowiedziałeś tak po prostu bez większego zastanowienia z pełnym przekonaniem. 
- A jeśli powiem ci, że nie mamy wrogów, że to też są nasi bracia? - patrzyłam ci przy tym prosto w oczy i trzymałam za ręce.
- To nonsens! Czy tak zachowują się bracia? Przecież słyszałaś sam nasz kraj został wczoraj napadnięty. Tak zachowuje się obcy najeźdźca, który zagraża naszemu życiu, a nie brat - odwróciłeś się ode mnie gwałtownie.
- Oni tylko błądzą postępując w ten sposób, żyją w ogromnym zaślepieniu. Ktoś w ich własnym domu przedstawił nas jako złych wrogów. Ten sam ktoś rości sobie prawa do władania nami po podboju i wysługuje się w tym celu rękami tych ludzi. Ale pomyśl, czy my na pewno jesteśmy wrogami tamtych ludzi, choć tak właśnie przedstawiła nas tamtejsza propaganda? - położyłam ręce na twoich ramionach i przytuliłam się. 
- Tak nie jest, ani ty, ani ja nie jesteśmy wrogo do nikogo nastawieni, ale oni przekroczyli tą niewidzialną nić pomiędzy tym co można nazwać braterstwem, a tym co nie można nim nazwać - tu też nie miałeś wątpliwości.
- To może warto ich zawrócić z tej drogi bez rozlewu krwi - mój głos nieco się złamał, a po policzkach spłynęły łzy.
- Krew już została rozlana! Koło zostało puszczone w ruch i nie wiem, czy da się je  tak po prostu zatrzymać. Oni wierzą, że należy napadać i zabijać, a my będziemy działać przeświadczeni o racji samoobrony i wyzwolenia. Tego się nie da uniknąć, walki już się zaczęły - objąłeś mnie i przytuliłeś. 
- To prawda - powiedziałam już nieco spokojniej. - Ale nie powinniśmy zapomnieć o pokoju wewnątrz nas samych i tego co możemy zrobić, żeby zagościł w sercach bliźnich. 
- Tak kochanie, my oboje pamiętamy, ale za innych nie ręczę. 
- W tej chwili czuję, że cię tracę.
- Tak łatwo się nie poddam.

Po południu byliśmy już w sztabie dowództwa, twój ojciec był jednym z generałów. Nie chciał nawet słyszeć o wdrożeniu pokojowych działań i rozmów. Odesłano mnie razem z tobą, bo przy bazie lotnictwa był szpital wojskowy. Byłam w końcu lekarzem. Nie raz widziałam jak startujesz samolotem. Cieszyłam się bardzo, że możemy być blisko gdy powracasz. Wiedział jak bardzo ci ciężko, między sobą mówiliśmy, że to bliźni, ale tam w górze kierowały tobą rozkazy. Nadszedł w końcu ten dzień, który z dawna wyczuwałam. Dzień, w którym nie wróciłeś. Wasza eskadra została rozbita. Ból we mnie coraz bardziej narastał. Twój ojciec jak skała nie przystawał na moją prośbę, w końcu przestał mnie w ogóle przyjmować. Dla niego jako generała liczyła się tylko walka, dla niego stałeś się jeńcem wojennym. Po zwycięstwie miał przyjść czas, gdy znów zostaniesz wolnym człowiekiem. 
Tym czasem minęło już pół roku od zwycięstwa i choć nie uznano cię nadal za poległego, nie znalazłeś jeszcze powrotnej drogi do domu. 
Czy wybrałeś prawdziwe życie? Czy wybrałeś wewnętrzną drogę serca i miłości bliźniego? Te i podobne pytania rozbrzmiewają w moim wnętrzu na nowo. Niezmiennie kocham.  

sobota, 1 stycznia 2022

Plaga

- Czy kiedyś będzie lepiej? - odwróciła się do niego zadając pytanie.
- Czy będzie lepiej? - powtórzył niepewnie.
- Tak - 
uśmiechnęła się. - Czy kiedy znowu otworzę zaspane oczy będzie lepiej? Czy poczuję się lepiej?
Przez chwilę milczał, nie wiedział co ma jej powiedzieć. To wszystko go bolało, gdy co dzień patrzył na nią i czuł jej nieobecność, wiedział, że błądzi gdzieś myślami.
- A teraz jak jest? - zbliżył swoją dłoń do jej dłoni.
- Jak teraz jest? - wstała pospiesznie z łóżka. - Mogłabym powiedzieć, że jest dobrze, ale gdzieś głęboko w środku czuję ciężar minionych dni. Czasem wydaje mi się, że to wszystko nie miało miejsca, a jednak tych wszystkich ludzi już nie ma, pozostały tylko we mnie żywe obrazy, ich oblicza - nagle skuliła się przysiadając na podłodze. 
- Jeszcze ciągle myślisz o tym jak zginęli? - podszedł do niej. - Wstań proszę - wyciągnął do niej ręce.
- Myślę o ich życiu, o ich życiu, które tracili powoli - wstała i przytuliła się do niego. - Przecież zawczasu zostali ostrzeżeni o niebezpieczeństwie, wiedzieli przecież co grozi ich wnukom i dzieciom. Powiedziono im, że będą musieli żyć w posłuszeństwie jeśli zawczasu nie zmienią kierunku swego życia - głos się jej załamał.
- Już dobrze - szepnął jej czule do ucha - już dobrze. Wiesz przecież, że nie wszyscy zrozumieli. Duża część społeczeństwa wolał słuchać głosu tyrana, nie chcieli prostej ścieżki, siłą dążyli do bogactwa, wierzyli w kłamstwa. Nie możesz się tym ciągle zadręczać.
- Wiem - wyszeptała. - Czy mogłam się lepiej przygotować na pobyt w takim świecie? Może powinnam stać się jednym z posągów, które zdobią muzea, nic nie czuć? - westchnęła.
- Nie, to nie tędy droga - odparł. - Współodczuwanie jest bezcennym darem, darem serca. Nie zamieniaj go na obojętność i na trwogę, umartwianie się. Oni przeszli dalej, może wcielą się ponownie i odrobią lekcje. 
- Co można jeszcze powiedzieć, żeby pozostali nie poszli ich drogą. Te kajdany na ich rękach - smutno popatrzyła na niego - tak bardzo nie widzialne, ale dla mnie nazbyt namacalne. Czy oni nie rozumieją, że lepiej dołączyć do nas? 
- Wiesz dobrze, że musimy być ostrożni. Ty chciałabyś otworzyć drzwi dla każdego, ale nie każdy jest na to gotowy. Musimy się też wystrzegać szpiegów, donosicieli. 
- Wiem - w jej oczach pojawiły się łzy. - Wiem też, że to wszystko zmierza ku światłu, a to światło prowadzi ku wolności.
- Wewnątrz nas żyje światło wolności - uśmiechnął się do niej. 
Ktoś zapukał do drzwi pokoju. Dawid podszedł i otworzył drzwi. 
- Jesteście gotowi? - Usłyszeli znajomy ciepły głos.
- Jesteśmy, witaj Adam - podeszła i uściskała go.
Wszyscy razem wyszli na zewnątrz. W powietrzu unosił się niemiły zapach palonych ciał. Zewsząd było słychać sygnał nadjeżdżających karetek. 
- Dziś znowu jeżdżą - mocniej chwyciła Dawida za rękę.
- Tak - powiedział Adam. - W miejskich hospicjach już prawie nie ma miejsc. Ale pamiętaj Klara, że nikt ich nie zmuszał, żeby zażyli ten cudowny lek. 
- To prawda - wyszeptała Klara.