wtorek, 24 grudnia 2013

Skrawki dnia




Wyuczyli nas miłości, pamiętasz? Wyuczyli nas miłości. Przedrukowali ją przez papier, obsmarowali bilbordami. W swej ckliwości tak bardzo zawistnej, zazdrosnej, w cielesności zamkniętej aktem własności. Pamiętasz? Pamiętasz, gdy byłam dla ciebie tylko lalką, żywą marionetką, przez chwilę nagą, chwilową nagą kochanką. Pamiętasz?! Pamiętasz?!
Nie słyszał gdy płakała, pił jej zdrowie z kieliszka, chciał utonąć. Dzieliła ich szklana szyba monitora, bezduszna.

Ta chwila tak upojna, wino wyciekło z kieliszka. Czas w ciemności nocy zamarł, w przejrzystości nieba migotały gwiazdy. Jak miło było poczuć się postacią z filmu, to tak łechtało ego. 
Ona ujrzała swoją miłość z dzieciństwa, chwilowego kochanka. On ujrzał dawny obiekt pożądania, dziecięcą narzeczoną. 

Wyuczyli nas miłości, pamiętasz, pamiętasz? Wyuczyli. Jej droga biegła do ołtarza, lecz on jest brudną, zatęchłą atrapą. Popatrz, proszę popatrz! Puste w ustach ich słowa, martwa przysięga, bo zapomnieli o sercach. Słuchaj, posłuchaj. Cisza drzemie w naszych sercach, prawda kochania.
Nie słyszał, nie chciał słuchać. Zgasł pośród nocy jeden i drugi monitor.


***
Czy jesteśmy naprawdę szczęśliwi zakładając maski? Grając w miłosną grę? Czy jesteśmy szczęśliwsi stapiając się z tłumem, szarą codzienną rzeczywistością? Zahipnotyzowani filmową reklamą, tak bardzo nierealną realnością. Powtarzając w kółko hasła o wolności, lecz brnąc przy tym w okrucieństwo walki. Czyjej walki? W czyje patriotyczne imię? 
Matki z błogosławieństwem wysyłające dzieci na front, później lamentujące nad ich grobami. Czy nie z ich własnej głupoty ten łzawy ból? Bo wyszli w imię Boga, lecz jakiego Boga? 
Czy ojciec, który kocha swoje dzieci, namawia ich do walki, gwałtu i cierpienia?
Czy jesteśmy bardziej szczęśliwi w skrytości nienawidząc samych siebie?



***
Chciałoby się być optymistą. Wesołym w życiu człowiekiem. Uśmiechniętym od uch do ucha.
A tu banał rysuje się na tapecie, ani myśli przejść przez igielne ucho, przestać okupować wideotekę - w końcu dorosłego człowieka.  Banał stał się powszedniością. Drukowaną gazetą, przyklejonym bilbordem, ckliwą, tragiczną telenowelą... Głos wewnętrzny z ludzkiego wnętrza mówi:
- Przestań się ogłupiać człowiecze! Powiedz jak brzmi w uszach, dźwięk jednej klaszczącej dłoni?
Człowieku, czy prawdy w sobie posłuchasz? 

***
Obudziłam się wczoraj chora. Moje ciało całkiem bezwładne nie chciało wstać z łóżka. W koło rozgorzała panika, wezwano pogotowie. Moje ciało przeszyły liczne igły, sfotografowały prześwietlenia. Nieomylny lekarz wydał wyrok - białaczka.  Postawili mnie pod ścianą. Niemal rozstrzelali chemio- i radioterapią.  W swojej nieomylnej ignorancji nie dostrzegli, że w mym ciele znaleźli drogiego mi przyjaciela, który ukazał mą wewnętrzną, duchową dysharmonię.  Czy oni mają prawo naciągać na siebie maskę boskiej wyroczni? Wciągnęli mnie w walkę, jeszcze bardziej z samą sobą. Czy nie powinni mnie uspokoić?
Jeszcze chwilę byłam martwa w ich chemicznych kajdanach i panicznym bólu, bo myśleli, że mogą mnie zabić. 
Teraz uwolniłam swe dłonie, weszłam do wnętrza, ujrzałam Boga...   

***
Biegnę do ciebie rozpościerając ramiona. Jeszcze chwilę pobędę na Ziemi. Posłucham śpiewu słowika, może skowronka, rechotu żab, powitania żurawi. Jeszcze chwilę zapatrzę się w niebo,  poszukam bajek w chmurach. Jeszcze chwilę powącham kwiaty. Czy gdzieś nam się śpieszy? Twój roześmiany uśmiech jest bezcenny. Gdy podajesz mi filiżankę kawy, kostkę czekolady z orzechami. Gdyby miłość miała formę, mogłaby być kolorowym latawcem, tak śmiesznym naszym śmiechem, wzlatującym ku słońcu. 
Biegnę do ciebie boso po zielonej trawie. Jeszcze chwilę otulę się deszczem. Poszepczę cicho z wiatrem, pójdę na spacer z psem. Jeszcze chwilę posmakuję słodkie pomarańcze, zielony agrest, czarne porzeczki. Jeszcze chwilę... Gdzie jest nasz dom?
Twój spokojny krok po pokojach, ciche bicie serca, ciepłe słowa, tak miło dźwięczą w uszach. Gdyby radość miała formę, była by tęczową iskrą, która w sercu rozgrzewa płomień, wzbija się w górę ku słońcu. 
Czym jest obecna chwila życia?



niedziela, 1 września 2013

Od przyjaciela



Publikuję zamieszczone poniżej świadectwo
za przyzwoleniem mojego przyjaciela - B.C.
  
 Tak było..... – (1943)

…. uduśmy – uduśmy go  matuniu, bo jeśli zacznie płakać znajdą naszą kryjówkę tutaj  i wymordują nas wszystkich - szeptała bladymi ustami do karmiącej mnie piersią mamy, drżąca i sparaliżowana  potwornym  strachem moja pięcioletnia siostrzyczka Lizia. Przed momentem przez piwniczne wąskie podłużne otwory naszej kryjówki, usytuowanej poziomo tuż nad  powierzchnią ziemi, częściowo  przysłonięte rozrzuconym w nieładzie  sprzętem rolniczym, zarośniętym kępami trawy, widziała z odległości zaledwie  niewielu  metrów, jak jeden z  wieloosobowej grupy ukraińskich bandytów dopadł wybiegającą z domu dziewczynkę. Przewrócił  ją kopnięciem filcowego buciora, a następnie  trzymając za nóżki przerażone dziecko, zamachnął nią w powietrzu i roztrzaskał jej maleńką główkę o żelazny dyszel pługa, stojącego nieopodal szopy, pod którą w piwnicy  byliśmy ukryci. Drgające konwulsyjnie ciało dziecka, oprawca rzucił pod ścianę tak, iż przysłoniło z zewnętrznej strony szczelinę, przy której patrząc na podwórko wsparta na palcach, przed chwilą stała maleńka Lizia, podtrzymywana przez, naszą ukrywającą się od dwóch lat u cioci Hanusi siostrzyczkę dwunastoletnią żydóweczkę, Ester.
Krzyki mordowanych na podwórzu polskich osadników, nieszczęśników, którym nie udało się schronić przed szalejącymi siepaczami, wypełniały straszliwym echem ciemne, wilgotne wnętrze niskiej piwnicy, w której wraz z dużą grupą kobiet i dzieci znaleźliśmy nasze schronienie.

Wiele z nich – klęcząc, zastygłe z przerażenia, zbite w kilkuosobowe  grupki modliły  się bezgłośnie. One także były niemymi świadkami tej nieludzkiej zbrodni, która rozgrywała się w zasięgu ich wzroku.
***********
Urodziłem się 31 Lipca 1943, we Włodzimierzu na Wołyniu. 
Opisany tu dramat  miał  miejsce w połowie miesiąca sierpnia 1943 roku we wsi Wodzinek w pobliżu Włodzimierza Wołyńskiego.
W czasie największej fali terroru – bestialskich rzezi dokonywanych przez  ziejących nienawiścią bandziorów ukraińskich - wykolejeńców takich zbrodniczych organizacji jak - UPA - OUN, mordujących bezbronną ludność Polską i wszystkie nie ukraińskie mniejszości tam zamieszkujące – ich hasło wtedy – PANOW LAHIV BUDYM REZATY .

Mój Anioł Stróż po raz pierwszy w moim krótkim życiu osłonił mnie swym skrzydłem.

 *****

środa, 21 sierpnia 2013

Nie-Pokój


Nie wierzcie tym mocarnym głowom, co mówią dziś o pokoju na progu dwudziestego pierwszego stulecia. Nie wierzcie! Kto dał głodnemu człowiekowi pistole zamiast soczystego jabłka? Kto dał!?  Kto uzbroił jeszcze biedą piszczący, obdarty brudem pośród pustyni leżący, wciąż prymitywem agresji zamroczony kraj w bombę atomową? Kto uzbroił!? Zamiast nauczyć pokoju!
Kto wciąż tak krzyczy o walce z terroryzmem w amoku, a sam porywa samoloty i pośród płomieni szklanych wież własnych morduje obywateli, do walki podjudza przeciwników? 
Kto wciąż, niczym mściwy demon, ściga po świecie niewygodnych sobie ludzi, którzy poznali niemiłą o nim prawdę, każe ich zabić? Kto cichcem w ukryciu ustala nowe prawa by całkiem skrępować, podporządkować sobie życie ludzkie, zezwala na genetyczne mutacje, pozbywa się pewnych genów? Ktoooooo? Ktoooo?
Nie wierzcie panom w eleganckich garniturach, którzy dziś w świetle jupiterów mówią o pokoju. Nie wierzcie! Już dawno dławią się oni zgniłą mamoną, wymiotują luksusem, ich ludzkie ciała zatęchłe są pychą od środka butwieją. 

Usiądźcie wygodnie w fotelach, pójdźcie na spacer, rozłóżcie się z odprężeniem w zielonej trawie. Nie słuchajcie tych dźwięków, co pochodzą z zewnątrz. Zajrzyjcie w wewnętrzny spokój, otwórzcie w sobie pokój. Niebo to stan świadomości, którego nie mącą myśli umysłu, wyciszcie więc umysł. Odnajdźcie Boski pierwiastek w sobie, swoją duchową tożsamość, kochającą duszę, prawdę. Słuchajcie swego wewnętrznego głosu. Pójdźcie śladem Chrystusa i stwórzcie cielesną dematerializację. 

Nie wierzcie tym czarnym kościelnym sukniom, habitom. Bóg nie zamknął się w murach z kamienia, nie rozłożył na ołtarzach, nie przemienił w opłatek i wino. On jest miłością, a nie kanibalem. 
Nie walczcie, to nie niesie nic dobrego. Wojnę trzeba zdelegalizować! To nie jest narzędzie pokoju! Po co płacić za produkcję broni, skoro ludzie wciąż umierają z pragnienia, czy głodu. 

Piszę to teraz, nim zamkną wirtualne okno, bo za naszymi plecami wciąż padają drzewa i rosną tony papieru o utajonym prawie. Gdyż żyjąc w "państwach prawa" nie można się nie zgadzać, a cisi prawodawcy nic mówić nam nie muszą. 

Nie wierzcie gdy karzą wam strzelać! Ten człowiek na przeciw to też żywa, światłoczuła istota.  Bo czemu ciebie nazywają "zbędnym zjadaczem chleba"?

środa, 14 sierpnia 2013

Postać z lustra


- Jeśli chcesz bawić się słowami pisz wiersze. Jeśli na usta cisną ci się uczucia, mów o nich wprost. Jeśli za kimś tęsknisz, poproś o spotkanie.
- Poprosiłam - trochę smutna spojrzała w lustro - poprosiłam, ale nie dostałam odpowiedzi.
- Czasem potrzeba do siebie samego cierpliwości. Odpowiedź w odpowiednim przyjdzie momencie.

Mówią, że Bóg stworzył świat z niczego. Zapominają jednak dodać, że Bóg jako żywa energia dał życie innym istotom. 
Mówią, że Szatan jest zbuntowanym aniołem, który wystąpił przeciw Bogu. Zapominają jednak dodać, że jest on istotą obdarowaną życiem przez Boga. Tkwi, więc w nim czysta boska energia - żeńskiego pierwiastka - w którym powstały pewne turbulencje, to boski negatyw. "Wszystko zawarte jest we wszystkim" - tworzy  więc tym samym jedność.
Zazdrość - czy to nie cecha upadłych aniołów, powstała w czasie upadku boskiego stworzenia? Tak bardzo przecież ludzka, czy ludzkie istoty zatem nie są aniołami?
Mówią, że Bóg zbudował Ziemię w siedem dni. Najpierw z ciemności wyłonił światło. Zapomnieli jednak dodać, że to zgęszczona energia upadłego stworzenia. Tym światłem są dusze ubrane w ludzkie ciała. Czy to nie było siedem eonów materialnego zagęszczenia istnienia?
Światło może przeniknąć mrok, lecz mrok nie może przeniknąć światła. 
Strach - narzędzie do obniżenia wibracji energii, by nie podniosła się z upadku i nadal była niewolnikiem cielesnego egoizmu.  Lecz czego się obawiać, skoro dusza żyje wiecznie, a owo życie, to jego świadomość.

- Jeśli czujesz się skrępowana, rozluźnij się. Życie płynie swoim torem, nie musisz na każdym kroku go kontrolować. Odpuść i pozwól życiu w tobie poprowadzić się. Jeśli czujesz się zdenerwowana uspokój się. Nigdy nie musisz dźwigać więcej niż jesteś w stanie. Nic sobie nie dokładaj. Wprowadź wewnętrzną dyscyplinę. Czuj się co dzień dobrze bez niepotrzebnych turbulencji.
- Wdech i wydech - zamknęła oczy - droga do wewnątrz, medytacja, cisza, spokój, miłość... Ach, to ja! Ja jestem życiem wiecznie płynącym światłem.
- To prawda, jestem życiem wiecznie płynącym światłem.

Mówią, że ludzkość, to jedyne życie wszechświata, zdobywcy i odkrywcy. Ukrywają jednak swoje działania, przygotowania na najazd z kosmosu na Ziemię, przejęcie nad nią kontroli. 
Mówią, że niektórzy ludzie zwariowali. Nie ma przecież żadnych UFO, NOLI, energii, częstotliwości... Ukrywają jednak program HAARP - manipulacje pogodą - anteny, telefony komórkowe, mikrofalówki..., które oplatają Ziemię pajęczą siecią częstotliwości szkodliwych dla życia ziemskiego, korzystnych dla przybyszy. To dzieje się teraz na ludzkich oczach i nie jest kolejną historią science fiction!
Agresja - doskonałe narzędzie walki. Łatwo ją wzbudzić i podsycić w człowieku. To miecz obusieczny przeciw życiu.  
Tak zwane "zło"  w końcu zamorduje się samo!
Zwątpienie, wątpliwość - to mydlenie oczu. Coś co nie da się udowodnić naukowo, nie jest prawdziwe, nie ma prawa istnieć i jest szkodliwe. Człowiek zaślepiony nie ufa swoim osądom, jest tylko laleczką w cudzych rękach, nic nie znaczącą marionetką.  
Co wolisz, holograficzną reklamę, czy żywą pachnącą stokrotkę?

- Jeśli czujesz mętlik myśli w głowie, zapytaj czego chcą i skąd przychodzą. Nie wszystkie z nich muszą należeć do ciebie. To ty jesteś ich panią, one są jedynie twoim narzędziem. Jeśli czujesz się zmęczona połóż się i odpocznij. Czas tak naprawdę nie istnieje, ale twój zegar biologiczny doskonale wie, kiedy jest pora pracy, a kiedy odpoczynku. 
- Tak - z uśmiechem spojrzała w lustro - Kim jestem?
- Jestem życiem, wiecznie płynącym światłem - usłyszała odpowiedź wewnętrznego głosu. 


Pomocne lektury: 

1. Grażyna Fosar i Franz Buldorf
 * "Czarodziejski Śpiew"
*  "Dziedzictwo Avalonu"
2.  William Branley
* "Bogowie Edenu"
3. Marcel Messing
* "WWW: Czy się przebudzimy?" 
4. Roman Nacht
* "Podwójna spirala"
* "Czy ktoś z Państwa pragnie ze mną porozmawiać"
5. David R. Hawkins 
* "Siła czy Moc"
 



czwartek, 25 lipca 2013

List

Fenomen życia - droga ku sobie. 

Pisząc list do nieba, wewnątrz widzę świetlistą postać. 

Drogi Aniołku,

siedząc na schodach przed domem tego lata, wypatruję gwiazdy, tej która wciąż żywym światłem świeci. Z perspektywy ciała jestem niczym, niewolniczym, genetycznym eksperymentem. Z punktu widzenia ducha jestem wszystkim, boskim twórcą życia.
Już nie płaczę cicho po kątach, to tylko pamięć iluzji w obrazach. Wciąż osłania i rani umysł na nowo. Uśmiecham się sercem w nieistniejącej przestrzeni. Tak bardzo beton schodów jest namacalny, a jednak nie istnieje. Jak spojrzeć poprzez tą materię?
Przeszedł koło mnie wczoraj człowiek i choć lekko mienił się fioletem, gadał o głupotach. Za nim  z wolna szła kobieta, a za nią ciągnęła się smuga czarna jak smoła.
Jak najłatwiej pogrążyć w ciemnym chaosie ludzi? "Wystarczy wmówić im - powiesz - że są wybranym przez Najwyższego narodem. Mają żyć według ustalonych przez niego praw i walczyć z niewiernymi, bo tylko on jeden jest prawdziwym bogiem i dlatego za nieposłuszeństwo ma prawo srogo ich karać." 
A ile w tym świecie żyje religii? Ile z nich działa pod hasłem: "Zabijać niewiernych w imię Pana! My jesteśmy przez Niego wybrani do rządzenia światem!"
Dziś cicho cywilizacja Zachodu wymiera, jej miejsce ukradkiem zajmują muzułmanie, mając zezwolenie tamtejszych władz. Czy to koniec religijnej walki?

Żyję w świecie zbudowanym podstępnie. Jest to świat tzw. "Szatana". Lecz kim jest owa zbuntowana istota - Satana - która teraz naprawia swoje błędy?
Słuchając życia, które płynie we mnie, otwieram swoje serce. Jestem duchem, który ożywia ciało. Nie zbyt udany twór genetyczny.  Co oprócz uwięzienia w nim boga, chcieli osiągnąć jego twórcy? Ewoluującego życia nie da się zatrzymać, można jedynie trochę jego rozwój spowolnić. Gdy szprychy bezinteresownej miłości wypadną z tego ziemskiego koła, szybko w dół ze zgrzytem ono się stoczy.
A koło jako wynalazek już spowolniło rozwój ludzkości...

Czy nie lepiej odejść od stołu ciągłych debat i stać się jednością w działaniu? Popatrz człowieku, jak trzymają cię przed kratami pałacu, gdy czekasz ma narodziny nowego księcia. Nie podziękują ci za twoją troskę, za serdeczność, nie zaproszą nawet na filiżankę ciepłej herbaty. Pobrudził byś im pałacowe posadzki, zresztą wyglądasz niczym małpa w zoo, więzień w celi, za owymi kratami. Nie wiesz biedne zwierzątko, że nic nie znaczysz,  że "luksusy" za twoimi plecami niszczą żywność na świecie, zabraniają karmić głodnych, zamierzają sprywatyzować wodę, bo jesteś przecież zbędnym zjadaczem chleba i twoje zdanie i wola nie ma w tym świecie znaczenia. 

Co powiedzieć drogi Aniołku, gdy beton wokół twardnieje? Wciąż wysyłane są do nas manipulujące fale ELF i wiele informacji podprogowo. Tak dobrze manipuluje im się pogodą: - "Haracz dobrym jest pieniądzem, jak nie zapłacicie będzie kolejne tsunami!" - jeden z nich powie.
Ale mamy w sobie siłę jedności i możemy powiedzieć im; "STOP! JUŻ WYSTARCZY TEJ ZŁOŚLIWEJ ZABAWY! MY I WY, TO BRACIA I SIOSTRY!" Poprośmy więc o wsparcie bezinteresownej miłość w nas i wokół, bo czuwa ona nieustannie nad nami, tylko na zaproszenie czeka, gdyż niczego nie wymusza. 
Na koniec jeszcze piosenka: "Znowu zwykły dzień..." Dobranoc...

http://www.youtube.com/watch?v=I8Y053_VdMA 

P.S. Każdy dzień jest jak kromką chleba, jeśli spożyta z uśmiechem, to smakuje słodyczą.
        Słońce zawsze wychodzi zza chmur, a światło świeci w mroku. 



     Idąc poprzez siebie wracam do domu. 

"Dźwięk istnienia brzmi bez ustanku. Pytanie: czy jesteśmy jako instrument tak nastrojeni, że dźwięk ten odbija się w nas, a my możemy go w sobie usłyszeć?" 
Karlfried, hrabia Durkheim


piątek, 19 lipca 2013

Woda nośnik życiodajnych informacji

 

"Poeci - powiedział - wskazują drogę. Poeci mówią nie tylko o tym, że rzeka płynie. Oni mówią także o tym, że ona, że strumień niesie przesłanie; przesłanie dla nas wszystkich, dla całego świata. Poeci mówią, że strumień mruczy. Dopuście do siebie choćby na chwilę myśl o tym, że strumień - prastary brat na tej planecie, faktycznie ma Wam coś do powiedzenia. Co on mówi? Co on wie, czego Wy nie wiecie?"



"Znamienne jest tu prawo setnej małpy, które odkryli badacze zachowań zwierząt. Zaobserwowali bowiem jak małpy na pewnej wyspie zaczęły myć ziemniaki przed jedzeniem. Pierwsza małpa wpadła na to być może przypadkowo, pozostałe wzięły z niej przykład i doszły do wniosku, że opłukane ziemniaki smakują o wiele lepiej, niż nieumyte. W końcu już grupa stu małp na tej wyspie opłukiwała przed jedzeniem swoje ziemniaki. I nagle stało się coś fenomenalnego - grupy małp na innych wyspach też zaczęły myć przed jedzeniem swoje ziemniaki i co najdziwniejsze, nie jak na pierwszej wyspie, gdzie zaczęło się to od jednej małpy i stopniowo ich liczba rosła, lecz wszystkie równocześnie - jak gdyby małpy z sąsiedniej wyspy wydały sąsiadom rozkaz mycia ziemniaków przed spożyciem. A jednak małpy z różnych wysp, nie kontaktowały się ze sobą. Dzięki teorii pola morfogenetycznego można ten fenomen wyjaśnić. Z powodu zachowań pierwszej grupy utworzyło się pole drgań zawierających informację: "opłukane ziemniak smakują lepiej". Dochodząc do pewnej masy krytycznej (setna małpa) pole to nabiera intensywności, która umożliwia teraz innym korzystanie z tej informacji.
Tak samo jak dla działań, również dla słów istnieje pole morfogenetyczne, w którym każda słowo ma swój udział. Możemy sobie to wyobrazić jako hologram, w którym każda poszczególna cząstka oddaje całość obrazu." 


Masaru Emoto  Jurgen Fliege 
"Uzdrawiając siła wody"  


niedziela, 26 maja 2013

Sen



Dziś zrozumiała, że nie zapytał by o zgodę. Zbyt mocno chciał wejść w słodycz jej nagiego ciała, niewinny tkliwy dotyk, pocałunki zakochania. W swych objęciach pragnął ją tęczą otulić. Jednak nie spostrzegł, gdy pośród bezdźwięcznych krzyków, popłynęły łzy niemego łabędzia „Bo nie jesteś prawdziwy!” W oknie znów uniosła firankę, nieobecnym wzrokiem wciąż wypatrywała niewidzialnego gościa. Nie przyszedł przedwczoraj, gdy tak głaskała szybę. Nie zjawiał się wczoraj gdy liczyła płatki śniegu - „Znowu mamy styczeń.”- myślała. Nie słychać jego kroków nawet dziś na pustym chodniku, gdy tak tuli i tuli swoje ciało na białym parapecie.

- To nic – w cichym chlipaniu opowiedziała do siebie – to nic, przecież mam samą siebie.

Dziś zrozumiała, że sercu trzeba w końcu wybaczyć. W głęboki zapadła sen.

- Cicho – delikatnie palcem nakrył jej usta – popatrzmy dzisiaj na księżyc, jak nowym sierpem wschodzi w nowiu.
- A wiesz – wyrwała mu się z objęcia – że jak on wschodzi na południu, o tak jak teraz, to ciepło będzie przez następny miesiąc.
- Tak, moja bystra główko – z czułością ujął ją za rękę.
- I popatrz – wysunęła swą dłoń z jego dłoni lekko i wskazała na księżyc – jego rogi kierują się do góry i nie ma żadnej mgiełki, kapturka, więc miesiąc będzie suchy.
- To kiedy będzie padać? – tylko cicho zapytał, nie szukają ponownie jej dotyku.
- Gdy rogi będą skierowane w dół, to przyjdzie mokry miesiąc. Jeżeli w dowolnej fazie księżyca, wieczorem otuli go chmura, mgiełka, na następny dzień będzie padać. - Coraz bardziej się od niego oddala – a jeśli w nowiu pokaże się na północy, przyprowadzi zimny miesiąc. Na każdą księżycową prognozę, patrz pod kątem pory roku i danego miesiąca, bo ciepało w grudniu, czy czerwcu znacznie się od siebie różni.
- To taki z tego księżyca żartowniś!– próbuje z uśmiechem żartować. - Ale moja mądra główka... – głos mu nagle smutnieje. - Gdzie ty znowu uciekasz?
- Tam gdzie ciebie wciąż usiłuję spotkać – tę samą znów słyszy odpowiedź.

Jeszcze pośród zaspanego świtu przebudziła się, ptak za oknem już dźwięcznie śpiewał, a w sercu usłyszała swą senną odpowiedź „Tam gdzie ciebie wciąż usiłuję spotkać.” Wolno zaczęła otwierać zaspane oczy, lekko się przeciągać.
- To nic – cicho wyszeptała – to nic – tak jakby mówiła do kogoś obok – to naprawdę nic, spokojnie, ptak za oknem tak pięknie szczebiocze. Dzień dobry, już pora na śniadanie.
Powoli wstała, rozsunęła zasłony w oknie. Przez zamarzniętą szybę wpadł do pokoju snop białego światła oświetlając krawędź pustego łóżka. Z radością klasnęła w dłonie na widok zmarzniętych malowideł, „Taki piękny tulipan, malowany mrozem” - pomyślała. Otworzyła okno i wysypała ziarna słonecznika dla znajomego ptaka. Poszła wziąć poranny prysznic. Z czułością dotykała swego ciała, jakby chciała się go nauczyć na pamięć. Wyczuć każdy mięsień, każdą mikroskopijną komórkę. „Bo czy to do końca jestem ja” - pytała samą siebie.
W kuchni wstawiła wodę w czajniku i zaparzyła świeżo zmieloną kawę. W powietrzu uniosła się cudowna woń zapachu jej dzieciństwa, tak dobrze zapamiętanego. Uśmiechnęła się do niego czule smarując masłem świeżą drożdżówkę. Z każdym kolejnym kęsem coraz bardziej rozstawała się ze swoim snem. „To nic” - myślała - „Ale gdzie ty znowu odchodzisz? - jego pytanie, ale po co on je wciąż powtarza?”.  Dzwonek telefonu wyrywał ją z zamyślenia.

- Dzień dobry Aronie – pierwsza się przywitała .
- Cześć, mogłabyś się zjawić w gabinecie pół godziny wcześniej? – zapytał Aron – Przepraszam, że tak cię ponaglam z rana, ale mam specjalną niespodziankę, która nie może czekać.
- Niespodziankę – zaśmiała się w słuchawkę – A...
- Nie myśl, że sobie żartuję – nie daje jej skończyć – jeszcze dostanę za to od ciebie całusa.
- Całusa, no nie wiem, ale zaraz wychodzę, także do miłego zobaczenia – rozłączyła się.

Wciągnęła brązowe kozaki na nogi, założyła puchową, beżową kurtkę i wełnianą czapkę na głowę. Szczelnie otuliła się szalikiem i wyszła z mieszkania. Naciągnęła na dłonie rękawiczki. W powietrzu unosił się lekki mróz. Do gabinetu miał kilka przecznic do przejścia. Po drodze wstąpiła do piekarni i kupiła świeże rogaliki z rodzynkami na drugie śniadanie. "Zrobimy sobie kakao  - pomyślała naciskając klamkę - i zjemy te rogaliki."  

- Dzień dobry - od progu przywitała ją ciepły głos Arona.
- Dzień dobry - odpowiedziała - kupiłam świeże rogaliki. Zrób proszę kakao, zjemy je razem.
- Już robię - uśmiecha się Aron - ile na dziś mamy zapisanych osób?
- Przyjdą trzy panie - stanęła w progu kuchni - na masaż limfatyczny piersi i twoich czterech pacjentów na sesje holopatycze. Od piętnastej będziemy już wolni - dodała. - A co to za niespodzianka, o której wspominałaś przez telefon?
- Chodź, usiądź tu - poprosił. - Zapraszam cię wieczorem na koncert i kolację, ale szczegóły są niespodzianką. - uśmiechnął się tajemniczo - Proszę twoje kakao - dodał. 
- Dobrze i dziękuję, a to twój rogalik .
- Dziękuję, od której zaczynamy? 
- Za pół godziny. A o której mogę się ciebie spodziewać później?
- O osiemnastej droga pani - ukłonił się jej.
Oboje się roześmiali.

Dzień minął spokojnie. O piętnastej zamknęli gabinet. W drodze do domu Sara wstąpiła jeszcze do sklepu i zrobiła drobne zakupy na obiad. "Zrobię dziś zupę pomidorową, więc ryż i pomidory się przydadzą" - pomyślała.
Po powrocie wstawiła szybko obiad i włączyła bojler, żeby woda później była ciepła. Wciągnęła kilka ubrań z szafy i rzuciła na łóżko. "Zaproponował koncert i kolację - myślała - zawsze jest taki kochany, że nie sposób mu odmówić." Po twarzy przebiegł jej cień minionej nocy.
- To nie jest ważne - wszeptała sama do siebie i poszła zjeść obiad do kuchni. Gdy skończyła jeść, pozmywała naczynia i wzięła prysznic. Ciepła woda spływająca po ciele, zawsze działała na nią odprężająco. 
Po wyjściu z łazienki stanęła nago przed lustrem w sypialni. Zegar wiszący na ścianie wskazywał siedemnastą. Miała jeszcze godzinkę czasu do przyjazdu Arona. 
- Ciało kobiety - powiedziała - jędrne piersi, wcięcie w talii, włosy spływające z ramion, zalotne spojrzenie, różowe usta, niewinna minka. Jaka kobieta jest słodka! I dla takiego ciała chcą wiecznie młodego życia. Ciągle pić i sikać - nuda!
Wzięła niebieską sukienkę z łóżka i ubrała się w nią. Włosy zostawiła rozpuszczone, ale wpięła w nie błękitny kwiatek.
- Piękna kobieta - uśmiechnęła się do odbicia w lustrze.
Chwilę później usłyszała dzwonek do drzwi. Przyjechał Aron.  

Koncert bardzo jej się podobał. Lubiła muzykę Mozarta. Kolacja w klimacie śródziemnomorskim bardzo jej smakowała. Nie zastąpione było towarzystwo Arona. Zawsze zabawny, odprężony mogła z nim swobodnie bez końca prowadzić najrozmaitsze rozmowy. Czuła, że wchodzi w pewien wymiar, w którym czas przestaje mieć jakąkolwiek rację bytu. Liczyło się tylko, że jest teraz i tu. Aron czuł, to samo co ona. 
Ciągle jednak nie pozwalała sobie na pełne zaufanie w stosunku do samej siebie, jak i do niego. Bliskość kojarzyła z bólem, a ból z bliskością.
Poprosiła żeby odwiózł ją do domu i pożegnała się z nim przed drzwiami mieszkania.
- Czego ty się tak ciągle boisz? - zapytała Aron.
- Dziękuję, dobranoc - tyle tylko odpowiedziała.
- Dobranoc.
Zamknęła za sobą drzwi i cicho wyszeptała:
- Kochania - po policzkach spłynęły jej łzy.
Przebrała się w piżamę i położyła spać. Po chwili zasnęła: 

- Wróciłaś - za plecami usłyszała znajomy głos.
- Wróciłam - odpowiedziała. W jego dłoniach ujrzała bukiecik konwalii.
- To dla ciebie - podał jej kwiaty.
- Dziękuję - uśmiechnęła się. -  Czy wiesz, że to ziele czarodziejek? - zapytała.
- Jesteś więc czarodziejką - ujął jej dłoń.
- Leczy ono ludzkie serce - dodała.
- Czy dzisiaj zostaniesz? - zapytał.
- Przecież jestem tutaj - czule na niego spojrzała. 
- Ale odchodzisz - jego głos posmutniała.
- Tylko tam gdzie ciebie znów mogę spotkać.
- Proszę, tu zostań.
Coś gwałtownie wyrwało ją ze snu. Usiadła na łóżku, lekko przecierając oczy. Za oknem wstawał blady świt.
- Jestem tu - wyszeptała. 

czwartek, 25 kwietnia 2013

Melodia

 

Znów przysiadłam na klawiszach fortepianu. 
Elfie - straciłam skrzydełka, gdy w objęcia materii wpadłam, prosto z płata kwiatu. Za dniem zatęskniłam, gdy kolejny złoty wóz odjechał, dziecięce pozbierał śmiechy. 
Czarne i białe naciskam klawisze, muzyki z nich wypuszczam czar. Nuty tuptusiają po pięciolinii: do, re, mi, sol, sol, mi, re, fa. 

Życie w biegu dudni niecierpliwymi krokami. Dzisiaj raptownie przeskoczyć chcę do jutra lub jeszcze nie zdążyłam odejść od wczoraj. Kiedy wędruję od tu do teraz, w dłoniach trzymam liść zeszłorocznej jesieni, wciąż zakrywając się jej zranieniem. 
Gdy sięgam z tego klawisza bez teraźniejszego głosu dźwięku, melodia staje się głuchoniema. 
Jeśli lekko unoszę i opuszczam palce bez bycia tutaj przy fortepianie, rozśpiewane nuty z nimi nie tańczą.

W tej chwili mnie nie ma. Przylgnęłam do skorupki laskowego orzecha, wczoraj siwy rozłupał go dziadek. W ręce pochwycił tęczowego motyla. Barwny pył ukradł z jego delikatnych skrzydełek. 
Z dzisiaj przeszłam do wczoraj. Tam białe konwalie w słońcu kwitną, papierowy w sercu ożywa ptak. Więc tu nie dostrzegam zieleni traw. Nie czuję w ustach słodyczy pomarańczy, choć kistka po kistce ją jem. Omija mnie blask gwiazd, bo z oczu mój wzrok umyka, w siną wybiega dal.

Przysiadłam na klawiszach fortepianu. W nocy z łóżka się wymknęłam, w gwiezdny rydwan snu wsiadłam. W znanej melodii zatańczyłam z cieniem walca. 
Teraz i tu otulił mnie sen. Nuty tuptusiają po pięciolinii: do, re, mi, sol, sol, mi, re, fa.
Elfie - znalazłam skrzydełka pośród płatków kwiatów. A rankiem, gdy sen umyka, życie tuli mnie w swych objęciach.






poniedziałek, 1 kwietnia 2013

Dziwny świat


- Ten świat stanął obok mnie, taki szary, taki bury. Nie! Nie! Nie lubię go - z niesmakiem stwierdziła. Przeżuła kilka razy ślinę i splunęła na podłogę. W ustach czuła nieprzyjemny, metaliczny smak. Im bardziej wyrywała się do życia, tym bardziej spadała w dół, jakby była przykuta jakimś niewidzialnym łańcuchem wprost do krawężnika.  
- Ten dziwny świat martwych ludzi przecież nie może być końcem - szeptała spacerując po pokoju - oni w końcu się obudzą. 

Mijały dni bezwolnie, tak bardzo bezwolnie. Noc ciche przykrywała chmury niemą nucąc kołysankę. W kącie pokoju nikt szklanych łez nie widział. Z wieczorem tańczyły czasem walca, gdy wieczorne żaluzje zielenią przysłoniła okna. A serce na poduszce szczerze szeptało:
- Wszystkich kocham, czerwone tulipany, stokrotki, bratki, niezapominajki. Wszystkich kocham. 
Przykryta senną kołderką spokojnie zasypiała.

Na parapecie okna przystanął Anioł, zastukał w szybę. Zobaczyła go stojąc pośrodku pokoju. Podeszła, otworzyła okno.
- Zapraszam do środka - z uśmiechem powiedziała, odganiając od siebie odrobinę smutku.
- Dostałem twoje listy - powiedział gość wchodząc - dostałem, czytałem i pisałem nawet. Czy wiesz kim jestem?
- Jesteś mną - bez wahania odparła - jesteś mną, mieszkanką tego ludzkiego ciała. Patrzącą przez zamarznięte okno, chociaż już wiosna i po polach spacerują żurawie. 
- Więc po co ci żal - zapytał Anioł - po co ci wina? Skoro wiesz kim jesteś. Przecież chciałaś żyć na Ziemi. Pokochać napotkanych ludzi. Wciąż piszesz "Drogi Aniołku", a ja jestem tuż obok, mieszkam w twoim ciele. Uśmiechnij się, proszę, przecież nikt mnie stąd nie wykradł.
- Przecież widzisz - dziewczyna odpowiada - przecież widzisz, bo patrzysz moimi oczyma na okrutną dziwność tego świata. Wciąż parada żelaznych tarczy, krzyków, a każda siebie nazywa gwiazdą.
- Ty świeć, niech ciebie nazywają gwiazdą - odparł Anioł - i nie depcz więcej swoich własnych kwiatów. Wiesz przecież, że to wszystko w światło się zmienia, każdy w nie wejdzie swoją własną drogą.
- Wiem, żyć będzie miłością. 

Mijały dni w spokoju gwałtowne, tak bardzo w spokoju gwałtowne. Dłoń ziemski puściła balon, w poznaną przestrzeń uleciał. Do ogrodów w postaci zeszło światło. Tych rozbudzonych całkiem z marzeń sennych obudziło, do prawdziwego domu poprowadziło. Resztę złocistym promieniem słońce przykryło. 

sobota, 16 marca 2013

Nie będę dla ciebie Heathcliffem



Kiedyś zapytała: 
- Czy znajdziesz mnie pośród gwiazd, gdy nagle niczym promień światła, ulecę o tam - wskazała dłonią na rozgwieżdżone niebo - z tego wątłego ciała
- O czym ty mówisz? - zapytał zdziwiony, nie mogąc jeszcze dobrze złapać tchu. - Taki szalony bieg i nagle takie pytanie, pozwól mi chociaż dobrze złapać oddech - poprosił - i nie myśl czasem sobie, że będę dla ciebie Heathcliffem.
Roześmiała się widząc jego zatroskaną twarz i ponownie zapytała:
- Czy znajdziesz mnie pośród gwiazd, gdy opuszczę ten świat materii...
- Ciiii... - nie pozwolił jej dokończyć - znów mówisz o śmierci, a przecież jest już dobrze i będzie jeszcze lepiej.
- Nie ma śmierci - odpowiadając spojrzała mu prosto w oczy - to tylko przejście w inny wymiar, a gwiazdy są pewną metaforą. Nie jestem Katarzyną więc nie potrzebuję Heathcliffa, to tylko blada papierowa iluzja, gdzieś na wrzosowiskach.
Obróciła się i wskoczyła do jeziora.
- Co ty robisz - krzyknął zdenerwowany - jeszcze się przeziębisz!
- Skacz popływamy - ze śmiechem w głosie zawołała - woda jest naprawdę ciepła. 
Skoczył i szybko podpłynął do niej. Od razu chwycił jej ciało w swoje objęcia.
- Spokojnie - pogłaskała go po głowie - spokojnie.
- Jak mam być spokojny, jak? - bezradnym głosem zapytał - kiedy ty umierasz, a to co mówisz nie mieści mi się w głowie.
Uciszyła go pocałunkiem. 

Dziś znowu stanął nad brzegiem jeziora, od tamtej chwili równo minęło dziesięć lat.
- Czy znajdziesz mnie pośród gwiazd? - pod nosem cicho powtórzył. - Nie myśl, że będę dla ciebie  Heathcliffem. Zawsze lubiłaś tą historię.
- Lubiłam - z oddali usłyszał cichy szept.
- Więc gdzie teraz jesteś? - zapytał, ale nie dostał żadnej odpowiedzi.
Wieczorem dojechał do miasta. Zaparkował przed kamienicą, wysiadł z samochodu i przez chwilę wpatrywał się w rozgwieżdżone niebo. Wszedł do budynku. Przed drzwiami mieszkania chwilę się zawahał, ale wszedł powoli do środka. Dawno tu nie był. 
W niedługim czasie po jej odejściu dostał ofertę pracy za granicą. Wyjechał niczego nie zmieniając w środku. Jedynie kwiaty, które pielęgnowała podarował sąsiadce, a psa zawiózł na wieś do jej siostry. 
Otworzył okno, żeby przewietrzyć. W mieszkaniu panował niemiły zaduch zmieszany zapachem kwiatów. Zdziwiło go to nieco, bo przed wyjazdem wyniósł wszystkie kwiatki i oddał sąsiadce, żeby nie uschły. Nagle ogarnęła go senność. Położył się na łóżku i od razu zasnął. 

- Musisz się poddać terapii - krzyknął wzburzony, rozbijając talerz o podłogę w kuchni - teraz mają lekki najnowszej generacji, mają mniej skutków ubocznych i na pewno ci pomogą! Ubieraj się zaraz pojedziemy do szpitala i powiesz lekarzowi, że zgadasz się na leczenie!
- Spokojnie - przytuliła się do niego - rozmawialiśmy już o tym, uważaj trzeba pozbierać szkło z podłogi, obiecałam sobie kiedyś, że podziękuję za to jeśli się powtórzy, a po za tym to tylko moje ziemskie ubranko.
Wyjęła zmiotkę z szufelką z szafki i zaczęła zamiatać. 
Cofnął się do drzwi i stanął w progu kuchni.
- Dlaczego, powiedz proszę - głos zaczął mu się łamać - dlaczego? Przecież ja cię kocham, czy ty tego nie widzisz? Tak prędko ci do tej trumny?
- Adam, widzę, wiem - łzy popłynęły jej po policzkach - ale to nie będzie koniec życia, tylko początek. Wolisz mnie przez tą chwilę, przez tą naszą chwilę tu razem, widzieć przykutą do szpitalnego łóżka, zarzyganą, zniewoloną i słabą, a nie wolną, rozśpiewaną, roztańczoną i uśmiechniętą w twoich objęciach? To nie są leki, to jest trucizna! Adam, kochany, wiem jak to wygląda. To nie jest nasz prawdziwy dom, to nie jest miejsce wiecznego życia. 
Chwyciła go za ręce.

Zbudził go śpiewy ptaków. Przetarł zaspane oczy. Przez otwarte okno do pokoju wpadał snop białego światła. Spojrzał na zegarek. Była siódma. Wstał z łóżka i ze zdziwieniem spojrzał na stół. Po jego blacie w tej i z powrotem spacerował i świergolił mały, szary ptaszek. Gdy spostrzegł Adama, wcale się nie przestraszył. Podskoczył parę kroczków w jego stronę, przekrzywił lekko swoją małą główkę w lewo, potem w prawo, po czym odwrócił się i wyfrunął prze otwarte okno.  Scena ta szczerze rozbawiła Adama. Po chwili namysłu poszedł do łazienki włączyć bojler, po czym udał się na zakupy, bo w kuchni nie było nic do jedzenia. Wsłuchiwał się w dudnienie swoich kroków po znajomym chodniku. Podniósł głowę do góry i spojrzał prosto w jaśniejące słońce, po chwili zamarł w bezruchu.

- Spróbuj choć raz odsłonić twarz i spojrzeć prosto w słońce - śpiewała uśmiechając się do niego - zachwycić się po prostu tak i wzruszyć jak najmocniej....
Przerwał jej pocałunkiem.
- Adam - zaczęła wyrwać się z jego objęć.
- Nie mogę się powstrzymać - odpowiedział - taka jesteś cudowna i tak bardzo ulotna, niczym nimfa. Chcę cię w tej chwili zatrzymać.
- Adam - powiedziała - zawsze będę przy tobie. Tu mamy pewną stację w bezczasie naszego życia. Pewne niepowtarzalne miejsce gdzie można poznać zapach chleba, słodycz pomarańczy, ciepło filiżanki kawy czy herbaty. Tu poznajesz swoje żądze manipulujące duszą i ciałem. Jedni biegają w pogoni za orgazmem, drudzy krzyczą: "Do mnie stołek najwyższej należy władzy"!, a trzeciego do ziemi swym ciężarem przyciska kieszeń wypchana pieniędzmi. Lecz przy tym nie pamięta nikt, że dana rzecz taką wartość nosi, jaką ktoś mu nada. W innych wymiarach tego nie ma. Korzystaj z dostępnych tu doświadczeń i nie daj się omamić iluzjom. 
- Nie rozumiem - popatrzył na nią smutny - ale kocham i ci wierzę.
- Czuj sercem i słuchaj wewnętrznego głosu, tam prawdy mieszka odpowiedź - wzięła go z rękę - Chemia nie może być lekiem, bo nie ma w niej życia, jest sztuczna. Lecz jabłko z jabłoni i róża w polu tak, bo ziemia żywi je swoimi sokami, a słońce ogrzewa życiodajnymi promieniami. Zatańczmy w tym deszczu - poprosiła.
Nie potrafił jej odmówić. Tańczyli w parku dopóki nie przestało padać. Mijali ich zdziwieni ludzie pod parasolami.

- Dobrze się pan czuje?
Z zamyślenia wytrącił go głos przechodzącego obok staruszka.
- Dobrze - odpowiedział - dziękuję.
Po chwili doszedł do piekarni i kupił pół orkiszowego chleba. Niedaleko znajdował się bazarek poszedł tam i kupił trochę warzyw i owoców. Po powrocie do mieszkania wziął prysznic. W kuchni przygotowała sałatkę. Wchodząc do pokoju ze śniadaniem, na stole znów zauważył porannego gościa. Całkiem zapomniał o otwartym oknie. Mały szary ptaszek znów wędrował po stole.
- Dzień dobry - przywitał Adam gościa.
Ptaszek zatrzymał się, popatrzył chwilę na niego. Stuknął trzy razy w drewniany blat dziobem i wyfrunął z powrotem na podwórko.
Adam roześmiał się w duchu. Usiadł przy stole i zjadł śniadanie. Wolnym krokiem wrócił do kuchni. Pozmywał naczynia i zaparzył sobie różaną herbatę. Z szuflady w pokoju wyciągnął album ze zdjęciami. Zaczął je przeglądać popijając ciepły napój.

- O uśmiech proszę - zawołała Aurora - o uśmiech mojego Heathcliffa poproszę. 
- Oj, nie myśl sobie - odparł Adam niosąc ją do ogrodu na rękach - nie myśl czasem sobie droga Katarzyno, że będę dla ciebie Heathcliffem. Poproszę ot ten aparat fotograficzny. Tak ślicznie wyglądasz na tle tej przyrody. 
-Dobrze tylko najpierw kochany, postaw mnie proszę na ziemi. 
Roześmiana stanęła na ziemi. Adam wyją z jej dłoni aparat i zaczął robić zdjęcia. Aurora stroiła różne miny i przybierała pozy, wiedziała, że sprawia to Adamowi ogromną przyjemność. 
- Jesteś piękna! - z radością krzyknął Adam.  
Aurorze zaczęło kręcić się w głowie. Po chwili straciła przytomność i upadła. Adam upuścił aparat i szybko do niej podbiegł.
- Auroro, Auroro, - zaczął ją cucić - Auroro, kochana, proszę otwórz oczy.
Po chwili ciało Aurory lekko drgnęło. Jej powieki podniosły się do góry, spojrzała prosto w oczy Adama. 
- Auroro...- głos lekko mu się załamał.
- Adam - zaczęła szeptem - Adam, to już. Przytul mnie. Za chwilę stanę obok ciebie poza ciałem.
- Auroro kocham ciebie, proszę zostań - łzy popłynęły mu po policzku.
- Adam - wyszeptała - Jestem życiem, będę zawsze. 
Jej powieki się zamknęły, ręka opadła na trawę bezwładnie. Ich ciała spowiły pasma białego światła. 
Adam gorzko zapłakał. Po chwili poczuł w sercu dotyk ciepłego spokoju. Wiedział - to była ona.

- To twoje ostatnie zdjęcia kochana - wyszeptał - taka byłaś piękna.
Gładził zdjęcia, tak jakby gładził jej twarz. Dopił herbatę, ubrał się i wyszedł z mieszkania. Wsiadł do samochodu i ruszył przed siebie. Po dwóch godzinach dotarł na miejsce. Zaparkował przed domem i wyszedł na podwórko. Na spotkanie wyszła mu Marysia.
- Witaj Adam - powiedziała zaskoczona jego widokiem - dawno cię u nas nie było.
- Witaj Marysiu - odpowiedział - przyjechałem przed wczoraj, a jutro wracam. Chciałem trochę u was pospacerować, mogę? Aurora tak kochała te drzewa.
- Możesz, bardzo proszę - popatrzyła na niego zdziwiona - Adam, ale wiesz, że jej już nie ma, żyj...
- Wiem - przerwał jej - wiem, że życie nie umiera, potrzebuję tam tylko trochę pobyć.
- Dobrze idź. 
Adam otworzył furtkę wiodącą na pole i poszedł. Niegdyś rosły tam maleńkie brzozy i sosny a teraz jego oczom przedstawiał się widok prawdziwego lasu.
- Dzień dobry - wyszeptał Adam. 
Doszedł do krzewu dzikiej róży i przystanął. 
- To kwiaty i owoce życia - powiedział - i tu zostawiłem prochy twojego ciała.
- Dusza jest wiecznym kwiatem życia - szept wiatru usłyszał.
Na gałązce krzewu dzikiej róży przysiadł mały szary ptaszek i zaczął świergolić swoim cichutkim, ale bardzo melodyjnym głosikiem.
- Dusza jest kwiatem wiecznego życia - z uśmiechem powtórzył Adam - już wiem kochana.