środa, 29 września 2021

w nie-mowie

 pomilczę jeszcze chwilę
nim uciszysz wszystkie troski
nim zbudzisz dzień na tarczy zegara
tik tak tik tak dochodzi południe 

pomilczę choć wiele można powiedzieć
gdy z rana pośród traw budzą się krople rosy
gdy wiatr w dal unosi krzyk żurawia
ten takt ten takt do walca zaprasza

milczę choć krzątanina zbiera się w głowie
niczym rwąca wartka rzeka
niczym na śnieżnym stoku lawina
ten hałas ten hałas wołanie pewnego człowieka 

milczę bo taki został wydany rozkaz
gdy z tarcz zbierali wszystkie naboje
pif paf pif paf znów naładowali karabiny
donośmy głos otworzył się krwawych ran

w nie-mowie ucichły wszystkie piski
tych piskląt wyklutych przed chwilą ze skorupy
tych westchnień i uniesień tuż przed wielką sceną
och ach och ach spełniło się czyjeś marzenie

w nie-mowie czule całuję twoje usta
dotykam zgrabnych piersi i bioder
twoje skóra jest tak przyjemnie miękka
nic nie mówię ale ciągle czuwam 

jak nazwać milczenie twoich powiek
jak nazwać drganie twoich ust
gdy z lekka rozwarte chcą chwycić dźwięk
tej ciszy pomiędzy nami za dnia i w nocy
tej z serca wyjętej modlitwy by wydarzył się cud

wtorek, 21 września 2021

Strategia walki

 - Czemy odeszłaś? - w jej głosie słychać było wyrzut. 
- Moje ciało nie miało już sił - odpowiedziała smutno.
- Ale przecież wszyscy mówili, że trzeba walczyć. Przecież jak sami twierdzili wybrali najlepszą opcję walki, najlepszą strategię. Czemu nie walczyłaś? - powtórzyła pytanie.
- Walczyłam zgodnie z nakazami i przyjętymi procedurami. Zaciskałam zęby kiedy mówili, żeby nie płakać, podnosiłam się kiedy mówili, że należy wstać, ale w końcu ciało odmówiło posłuszeństwa. Czy ty ciągle jesteś w stanie oblężenia tak jak na wojnie? - przez jej głos przemawiała troska.
- Jak na wojnie?! Czy tu jest miejsce na wojnę? Przy tym ciągłym leżeniu gdy nie można nawet wstać z łóżka. Czy tu jest miejsce na wojnę? Ponoć obrali najlepszą strategię, najlepszy program. Czemu nazywają to walką? Czy nie należy kochać? Kocham moje ciało. Dlaczego miałbym walczyć sama ze sobą? - ze wzburzeniem poruszyła się na łóżku.
- Nie wiem. Nie widziałam przy tym udziału wojska, tylko igły, strzykawki, skalpele, szwy, wenflony, plastry i małe krople z kroplówki gdy spadały. Należy kochać, inaczej człowiek oddala się od Boga, od boskiej czaski samego siebie. Każda walka przeczy miłości bliźniego. To boli prawda? - zatroskała się.
- Boli. Twoje ciało też tak leżało, a do żył kap, kap, kap. Czy to była dobrze uzbrojona armia? Może nam w ciele teraz jakiegoś mikro żołnierza, który wewnątrz buduje zasieki i okopy, prawdziwe pole bitwy? - jej głos ożywił się. 
- Nie, nie masz, to tyko czysta chemia, co jak jad ciało powoli, ale statecznie 
zatruwa - gestem dłoni starała ją się uspokoić. 
- To czemu, czemu ciągle mówią o walce? Jakby była jakaś wojna? - wciąż pytała.
- Twierdzą uparcie, że walka toczy się o życie - odpowiedziała gładząc ją po głowie.
- To fajnie! Wygrałaś ze śmiercią! Choć twoje ciało nie żyje - ucieszyła się na chwilę.
- Bo śmierci nie ma, to przestarzały wymysł religii. 
- Ale oni wszyscy w to wierzą. 
- Wierzą, bo nie poznali prawdziwego życia.
- Chyba zapomnieli o miłości. Czemu ludzie lubią dręczyć innych i samych siebie? Choć gdyby pozwolili mi wybrać to dawno bym to wszystko odłączyła i wyszłam cieszyć się letnim słońcem, ale nie wolno mi decydować, bo jestem tylko dzieckiem.
- Mnie też tego odmówili, bo jak stwierdzili w tym świecie moje ciało było nieletnie więc nie mogło podjąć właściwej decyzji.
- Czym jest dla nich miłosierdzie? Czy doświadcza się go w walce? Czy raczej odwołuje się wyznaczoną egzekucję i oszczędza się ściętą głowę?
- Oni nie czują miłosierdzia. Zastygli przy białym 
fartuchu, oddzieliły ich od tego protokoły i procedury, odgórne farmaceutyczne wytyczne i papierkowa robota. Myślą od lat, że cała moc uzdrowienia jest zamoknięta w chemicznym zastrzyku, kroplówce i pigułce. Farmakologia to ich wielki "BÓG".
- Tylko chemia i zawsze chemia, to jakby żyć na wysypisku śmieci, w zatęchłym bagnie. Bo czym się staje krew w żyłach jak nie zatrutą rzeką? Czy nie tak piłkarz na boisku strzela samobója? 
- To jest spalony skok w dal, bo ciało nie nadąża z detoksykacją i brak mu wsparcia z zewnątrz.
- Czy oni wiedzą co nam czynią?
- Niewydajne mi się by wiedzieli
- Potrzebna im nasza miłość?
- Potrzebna. 
- Już nic nie boli mogę wstać - stanęła obok krzesła.
- Weź mnie za rękę, teraz mamy prostą drogę do nieba - poszły a w szpitalnym łóżku zostało tylko małe, wątłe, nieżywe ciało.


poniedziałek, 20 września 2021

Rozstanie

- Zmieniłeś się - powiedziała.
- Ja zmieniłem się? - zapytał. 
- Stanąłeś na przeciw mnie o twarzy mordercy - jej głos lekko drżał.
- Ty chyba nie poznałaś prawdziwego mężczyzny! - krzyknął.
- Poznałam - powiedziała - czułego i delikatnego, ale to nie jesteś ty.
- Czułego i delikatnego - powtórzył - ale to nie jestem ja? - popatrzył na nią groźnie.
- Nie jesteś - odpowiedziała - jesteś tyranem i dyktatorem, a na dodatek nie szanujesz ludzi.
- Jeszcze słowo a zrzucę cię z balkonu - złapał ją za rękę i pociągnął - a teraz wracaj do środka. 
- Nie potrzebnie się obciążysz - wszeptała idąc w stronę salonu, ich mieszkanie znajdowało się na ósmym piętrze. 
- Milcz bo zaraz połamie ci ręce. Chcesz usłyszeć dźwięk gruchotanych kości, chcesz? - zaczął jej grozić palcem i wpychać w głąb pokoju. 
- To też cię obciąży - nie mogła się już dalej cofnąć, dotarła pod samą ścianę. - Przecież dobrze znasz prawo karmy, przyczyna i skutek, negatywny, emocjonalny ładunek. Czy ty nie widzisz, że ja się od dłuższego czasu ciebie boję? - po policzku spłynęły jej łzy.
- Boisz się mnie - wysyczał przez zaciśnięte zęby odwracając się od niej. - Ona się mnie boi! - wykrzyknął i uderzył pięścią w stół. 
- Tak, Antoni - powiedziała już spokojnie - wywołałeś we mnie falę lęku, której nie umiem uciszyć.
- To rób, to co ci mówię, kochaj mnie czule i będzie wszystko w porządku - jego ton nieco złagodniał.
- Nie mogę - odparła - nie czuję już tego, lęk na razie we mnie przeważa.
- Raz, dwa, trzy - podszedł do niej - i nie ma już tego lęku.
- Nie potrafię tak, czuję... - nie mogła dokończyć bo zacisnął dłonie na jej 
szyi.

- Teraz lepiej? - zapytał a w jego czach pojawiła się obłęd - myślisz, że uda ci się mnie zniszczyć, że będziesz mi tu mówić o karmie i o tym czarodzieju.
- Antoni, proszę - wyszeptała, kładąc swoje dłonie na jego rękach. - Czy ty naprawdę chcesz mnie udusić? 
Ocknął się trochę i rozluźnił uścisk. Powoli odsuną się od niej i odszedł na drugą stronę pokoju. Lana szybko złapała oddech gładząc swoją szyję.
- Robert nie jest czarodziejem, tylko świadomym człowiekiem...
- Ucisz się - Antoni stał się jeszcze bardziej wzburzony, podszedł do Lany i uderzył ją w twarz. - Ten wyjazd nic ci nie dał i tylko straciłaś pieniądze, a teraz zejdź mi z oczu - palcem wskazał jej drzwi. 
Lana wyszła pośpiesznie z salonu i szybkim krokiem weszła do ostatniego niewielkiego pokoju. Usiadła na łóżku i cicho zaczęła płakać. Usłyszała przez uchylone drzwi dźwięk gwałtownie otwieranej lodówki i brzdęk szkła. W ostatnich dniach Antoni coraz częściej zaglądał do kieliszka. Powoli zapadał zmrok w pokoju zrobiło się ciemno. Lana położyła się w łóżku i zamknęła oczy. Zaczęła myśleć o wszystkich minionych latach, które spędziła z Antonim. Moment kiedy go poznała nie będąc pewna dalszych losów swojego życia. Ten czas spędzony razem z nim, kiedy się do niego przywiązywała i szczerze pokochała, czas kiedy się nim opiekowała po trudnym wypadku i ostatnie trudne miesiące ich relacji.
- Przywiązanie, przywiązanie - wyszeptała i zatrzymała się na tym słowie, w jej głowie pojawiło się trafne przemyślenie.
- Przywiązaliśmy się do siebie za bardzo, ta więź stała się niewidzialnym sznurem, który nas teraz tutaj pęta - powiedziała szeptem do samej siebie - i ten sznur, sznur napięcia trzeba puścić zanim stanie się coś gorszego niż do tej pory.
Przewróciła się na drugi bok na łóżku i powoli zasnęła. 

Rano zbudziło ją szturchnięcie i nieco zachrypnięty głos Antoniego.
- Lana wstań, wstań natychmiast! - krzyknął.
- Która godzina? - zapytała przecierając zaspane oczy.
- Jest już ósma - odpowiedziała nieco ciszej. - Masz pięć minut na spakowanie potrzebnych rzeczy i wracasz do rodziców.
- Antoni, może zjemy najpierw śniadanie i porozmawiamy spokojnie - próbowała wziąć go za rękę, ale ją odtrącił.
- Pięć minut Lana, albo wychodzisz z stąd bez niczego - powiedziała podniesionym tonem - a jeśli mnie nie posłuchasz, to zrobię ci coś złego. Jeśli myśli, że mnie poznałaś to się grubo mylisz. 
- Dorze Antoni... - próbowała coś więcej dopowiedzieć ale ją uciszył. 
- Pakuj się! - krzyknął - minęła już pierwsza minuta.
Lana wstała i weszła pośpiesznie do środkowego pokoju. Spod biurka wyciągnęła walizkę i pośpiesznie zaczęła do niej wkładać potrzebne ubrania. W salonie znalazła torebkę i zapakowała jeszcze laptop. Gdy wyszła i stanęła przed windą, poszedł do niej Antoni i wręczył plik pieniędzy. 
- To na drogę i pamiętaj, żeby nikomu nic nie mówić - pogroził jej palcem - jeśli coś powiesz to się może źle dla ciebie skończyć.
Drzwi windy otworzyły się i Lana pośpiesznie do niej wsiadła. Strach znowu wziął górę w palecie jej uczuć. Na dole zadzwoniła po taksówkę. Akurat wypadał dzień targowy i było trochę więcej korków, a w powietrzu unosił się wilgotny zapach deszczowego jesiennego dnia. Taksówka przyjechała po piętnastu minutach. Lana zdążyła się już nieco uspokoić.
- Dworzec PKP poproszę - powiedziała po wejściu do taksówki.
- Bardzo proszę - powiedział taksówkarz i  zawiózł Lanę na dworzec.
Na miejscu Lana zakupiła potrzebna bilety i wsiadła do odpowiedniego pociągu. Przez chwilę pomyślała jeszcze o swojej przyjaciółce Darii, ale kierunek dom rodzinny wydawał się jej w tym momencie najwłaściwszy.