wtorek, 31 sierpnia 2021

Serce

Dziś przestało bić twoje serce. Dookoła wszyscy płaczą. Ktoś przywiózł trumnę i zapakował tam twoje ciało. Nagle pojawił się cmentarz i głęboki dół dla umarłych, wszyscy zaczęli się modlić. Wszystko dział0 się bardzo szybko, choć stałam w miejscu. Nie mogłam nawet na chwilę odejść od twego łóżka, przecież ktoś w końcu musiał czuwać, zamierzałaś w końcu wrócić. 
- Ale nie tak - usłyszałam twój cichy szept.
- Jesteś tu! Jak się cieszę! - zawołałam i podskakując klasnęłam w dłonie. 
- Cicho kochanie, bądź spokojna - powiedziała mama.
- Oni mnie nie widzą - dodałaś gdy szliśmy z cmentarza - tylko ty możesz mnie zobaczyć. 
- Oni wszyscy mówią, że umarłaś - odparłam.
- Umarło tylko moje ciało materialne, teraz jestem wolnym duchem - uśmiechnęłaś się. 
- To super! - zachichotałam. - Powiedz proszę czy już nic nie boli? 
- Nic manie nie boli, nic nie przeszkadza, ale mogę z tobą pozostać jedynie na chwilę - podałaś mi rękę.
- To mnie cieszy. A co z twoim powrotem? Już wszystkim powiedziałam, że muszę zaczekać przy twoim łóżku.
- I co?
- Oczywiście odmówili - wyszeptałam wsiadając do samochodu - teraz cisza, aż dojedziemy do domu.
- Ci, cichutko - położyłaś palec na ustach.
Droga do domu nie była daleka. Po zaparkowaniu auta szybko wysiadłam, żeby biec do pokoju, ale zatrzymała mnie mama.
- Anna choć do kuchni po lekarstwa - zawołała. 
Obróciłam się na pięcie na schodach i zeszłam.
- Jestem - powiedziałam, jeszcze nie zdążyłam zdjąć płaszcza. - Ale czy ja na pewno muszę to łykać? 
- Anno jesteś chora i musisz łykać lekarstwa - orzekł tata.
- Ale ja czuję, że to nie jest dobre dla mojego ciała - chciałam się wymigać od kolejnych mdłości i wymiotów.
- Dziecko, ale co ty mówisz. Przecież lekarz zalecił ci to lekarstwo - zatroskała się mama.
- Dobrze, dobrze - zamruczałam i połknęłam żółte pigułki, po czym szybko pobiegłam do swojego pokoju, a ty siedziałaś przy biurku.
- Kiedy znowu jedziesz do szpitala? - zapytałaś.
- Chyba w przyszłym tygodniu. Miałam teraz trochę przerwy, choć w domu muszę łykać te niedobre pigułki. To wszystko, co ja dostaję zabiło twoje ciało, a teraz powoli zabija moje. Może już niedługo obie spotkamy się bez ciał.
- Jeszcze nie - powiedziałaś. - Znalazłam mój list do ciebie.
-Tak, czytałam go rano i zostało jeszcze trochę piasku - uśmiechnęłam się. - Byłaś wtedy z rodzicami nad morzem. Mówisz, że jeszcze nie spotkamy się obie bez ciał, więc będzie jeszcze bolało. Już mi właściwie niedobrze po tych tabletkach. - Pobiegłam do łazienki a ty za mną. - Dobrze, że chociaż ty nie musisz już wymiotować.
Po powrocie do pokoju położyłam się na łóżku. 
- Jestem przy tobie - powiedziałaś i otuliłaś mnie ciepłą aurą.
- To miłe, a kiedy wracasz? - odwróciłam się do ciebie. - Mogę czuwać w moim łóżku jak nie pozwolą przy twoim.
- To nie jest potrzebne.
- Co?
- Czuwanie przy łóżku. Nie ma jeszcze jasności, co do mojej przyszłej inkarnacji.
- Nie ma jeszcze jasności, co do twojej przyszłej inkarnacji - powtórzyłam i usiadałam na łóżku. - To jak ich pocieszyć? Jak wytłumaczyć, że jesteś żywa, nic cię nie boli, skoro jak sama mówisz dla ich oczu jesteś niewidoczna? 
- Nie można tego dla nich zrobić. Dla ich wzroku jest jeszcze za wcześnie, żeby tam sięgnąć. Ale ty jedna z tego powodu nie płacz. 
- Nie płaczę, jeśli mnie nie boli po tym, co nazywają lekami, to nie płaczę. Wiesz dobrze te wszystkie igły, ręce i chemia w żyłach. 
- Wiem, ale ty jesteś wstanie to przeżyć, jesteś silna - mocno ścisnęłaś mą dłoń. - Moi opiekunowie szepczą, że niedługo będę musiała odejść.
- Proszę zostań chociaż do rana.
- To zrobić mogę.
- Hura! - aż podskoczyłam na łóżku z radości. - Czy to są twoi duchowi przewodnicy, nasi bracia?
- Tak.
- Ale ich nie widzę, tylko ciebie.
- Są od nas oddaleni, ale mam z nimi energetyczne połączenie.
- Będziesz szła w stronę światła?
- Jestem światłem, więc światło mnie przyciągnie. Jest taka bariera, którą muszę przekroczyć.
- Jak bariera?
- Nazywają ją  murem światła.
- A... tak... - zastanowiłam się przez chwilę.
- Wewnątrz postanowiłaś żyć jeszcze w ciele - wskazałaś na mnie eterycznym palcem.
- Postanowiłam... Ale nie jestem pewna czy zdołam.
- Jeśli wewnątrz utrzymasz to postanowienie, to tak będzie i powiem ci jeszcze w sekrecie, że nie tylko jak nad tobą czuwam.
- Cieszę się - razem zaczęłyśmy się śmiać i resztę czasu spędziłyśmy na zabawie. Wieczorem nadszedł czas kolacji i kąpieli. Znowu musiałam połknąć pigułki. Ty mocno przez ten czas trzymałaś za mnie kciuki.
Rano gdy wzeszło słońce ledwo mogłam podnieść się z łóżka. Poczułam lekki dotyk twojej eterycznej dłoni na głowie.
- Do zobaczenia Dagmaro - cicho wyszeptałam. W tym momencie odeszłaś. 

sobota, 24 lipca 2021

Ludzkie smutki

 ludzkie smutki rozsiadły się na schodach
każdy jeden w swej szarości malutki
lecz razem zebrane niczym burzowe chmury
jedne brzemienne deszczem drugie gradem

i podszedł do mnie pierwszy
smutek z krokodylimi łzami
i rzekł że on wcale nie chce żyć
tylko pomiędzy wierszami

potem z cienia wyłonił się drugi
trochę niepotrzebnie naburmuszony
bo przecież jemu się nie należy
to ciągle czekanie u progu domu

i przyszedł jeszcze smutek trzeci
i dość niepewnie stawiał swoje kroki
i bardzo cicho pytał czy ci ludzie
czy ci ludzie na pewno są przyjaciółmi i
i mają bezpieczne dłonie

ten czwarty z kolei który dość
dość głośno lamentował co krok
wspominał o nagłej śmierci
bo jak długo idzie się do nieba
i czy na pewno spotka Pana Boga
tak zwykli go zwać ludzie na ziemi

piąty w mundurku dobrze ułożony
nie zdał dobrze egzaminu
siedział razem z szóstym który choć nie chciał
a musiał powtarzać rok szkolny

siódmy potrzebował więcej pieniędzy
a ósmy urody
dziewiąty nie chciał uczęszczać na katechezę
w parze z dziesiątym który nie
nie chciał być gościem w kościele

jedenasty był rozczarowany deszczowymi wakacjami
a dwunasty w kącie schował swoją twarz
nie chciał być rozpoznany

tych smutków było bez liku i 
i każdy jeden z nich zapomniał 
jak piękne jest życie
jak cieszyć mogą poranne promienie słońca
i zapach wonnych kwiatów
jak cudowny jest dźwięk ptasiego śpiewu 
i dziecięcego śmiechu

Gdy kurtyna smutku zapadła wszystko inne
przestało się liczyć.

Pamiętaj by odsłonić ją i ujrzeć słońce. 

niedziela, 11 lipca 2021

Pożegnanie

Umierałeś przy manie cicho, nie mówiąc prawie nic. Twoje wątłe ciało co chwilę odmawiało ci posłuszeństwa. Każdy krok wymagał ogromnego wysiłku. Każdy oddech wymagał pokonania ciężkiej bariery bezdechu. Każdy łyk wody nie był już taki prosty i oczywisty. Gdy gładziłam twoje włosy wzdychałeś tylko cicho, to przynosiło ci ulgę, a moje drobne palce chciały ci podarować o wiele więcej. Któregoś dnia otworzyłeś oczy i prawie szeptem zapytałeś.
- Czy świeci jeszcze słońce?
- Tak kochanie - podeszłam do okna i odsłoniłam rolety - właśnie rozpoczyna się letni poranek. Napij się, proszę, wody. - Podałam ci kubek ze słomką. Ta czynność nie jest łatwa dla ciebie, ale dla zaschniętego gardła jest to wielka ulga. Spokojnie przespałeś całą noc, jedną z niewielu ostatnio.
- Chciałbym wstać - twój głos wydał się nieco mocniejszy. Przyjęłam z radością w sercu twoją wyciągnięto rękę i pomogłam ci powoli wstać. Mogłeś ustać zaledwie chwilę na nogach, po czym musiałeś usiąść na 
wózku. Okryłam cię szlafrokiem, a na nogi położyłam koc.
- Czy chciałbyś spędzić czas w ogrodzie? - zapytałam uśmiechając się do ciebie, nie pozwalałam smutkowi psuć tych pięknych a jakże ulotnych chwil.
- Tak kochanie - w twoich oczach pojawił się dawny blask.
Otworzyłam drzwi na taras i już w kolejnej chwili naszym oczom prezentowała się soczysta zieleń ogrodu. Zatrzymała twój wózek przy stoliku na tarasie. 
- Powinnaś zjeść śniadanie - twój głos jakby nabierał dawnej siły.
- Powinnam - uśmiechnęłam się choć do oczu cisnęły się łzy i niewypowiedziana ludzka prośba "Proszę nie umieraj". -  Teraz pójdę do kuchni i przygotuję coś do jedzenia, a ty tutaj wypoczywaj. 
Poszłam szybkim krokiem do kuchni, gdy byłam sam pozwalałam by łzy płynęły. Czułam lekki głód i robiłam do dla ciebie, dla ciebie musiałam być silna. Z lodówki wyjęłam dwa jajka i wstawiłam wodę na gazie, w miedzy czasie zaczęłam przygotowywać sałatkę i zaparzyłam jaśminową herbatę. Wszystko co przygotowałam zaniosłam na taras. Najpierw podeszłam do twojego wózka. Lekko dotknęłam twojej dłoni i pochyliłam się nad tobą wyczuwając płytki oddech.
- Zajedz kochanie, a po śniadaniu porozmawiamy - pogładził moją dłoń i uśmiechnął się. 
- Już jem - odpowiedziałam i usiadłam przy stoliku. Po skończonym śniadaniu umyłam naczynia w kuchni i wróciłam do ciebie. 
- Ptaki pięknie śpiewają, a kwiaty w koło pachną - powiedział i spojrzała na mnie.
- Tak - uśmiechnęłam się i zaczęłam gładzić twoje włosy. - To dziś prawda?
- Dziś.
- Czy ta chwila musi nadejść?
- Czy chciała byś żyć wiecznie w ciele?
- Nie.
- Ja też nie.
- Marcel - zawahałam się - ludzka część mnie protestuje, nie zgadza się na to, pragnie cię zatrzymać, wciąż krzyczy Zostań! Zostań ze maną nie odchodź!
- Mario to naturalne dla człowieka. Przecież wiem, że płaczesz jak odchodzisz ode mnie na chwilę. Dziś przed śniadaniem też płakałaś. 
- Płakałam i miałam dla ciebie uśmiech przez łzy.
- Pamiętasz naszą pierwszą rozmowę, gdy doszła do nas ta diagnoza, że życie nie kończy się?
- Pamiętam. I pamiętam nasze postanowienie - mówiąc to patrzę ci prosto w oczy.
- Więc niech ta duchowa świadomość przeważy dzisiaj w tobie i niech tak już zostanie.
- Nie mam tej pewności w sobie, że cię potem znowu spotkam.
- Spotkasz - ożywiłeś się na chwilę. - Ja na pewno cię znajdę i rozpoznam.
- To będzie zupełnie nowe życie - westchnęłam i przytuliła cię. 
Poszłam wziąć krótki  prysznic. Było jeszcze wcześnie. Byłam trochę zmęczona, kolejną noc w końcu czuwałam przy twoim łóżku, a ciało to odczuwa. Ubrałam się w letnią białą sukienkę i wróciłam do ciebie, ale ciebie już nie było, została tylko cielesna powłoka. Odszedłeś jak inni przed tobą odchodzili. "Jak stąd długo idzie się do nieba?" pomyślałam i po mimo całej świadomość po policzkach spływały mi łzy.