niedziela, 27 czerwca 2021

Spreparowane

 O wojnie mówiło się dużo, ale właściwie nikt jej nie doświadczał i na oczy nie widział pola bitwy. Co jakiś czas zjawiał się też pseudo świadek, który zdawał wszystkim relacje z frontu. Przedstawiano ją obywatelom na specjalnie wybranym kanale. Wiadomość o nowej emisji przekazywano sobie telepatycznie. Wizory dostrajano na odpowiednią częstotliwość i zwykle pokazywano przestraszonego, i smutnego człowieka. Zgromadzeni nie znali tych uczuć - strachu i smutku. Emisje wojenne już im trochę spowszedniały, ale byli zobowiązani, tak jak, to już dawno wyjaśnił im Przewodnik, wysłuchać udręczonego i wyciągnąć odpowiednie wnioski. Ich świat jak od dziecka im wpajano był w końcu spokojną utopią. Obywatele zgromadzili się przed Wizorami i wysłuchali uważnie dość zakłopotanego młodzieńca, który bardzo wahał się przy każdym wypowiedzianym słowie.
- Pościg za wrogiem zaczął się od wschodu... nie, co ja mówię, od zachodu - zaczął mówić skrępowany młodzieniec. - Pościg za wrogiem zaczął się od zachodu. Straciliśmy dwadzieścia... nie, co ja znowu mówię, pięć - ciągle się wahał. - Straciliśmy siedem naszych maszyn obronnych, a poległo dwudziestu pięciu naszych żołnierzy. Tak w końcu mówią wszystkie symulowane kalkulacje i statystyki.
Wizor na te słowa wyłączył się. Połączenie telepatyczne z występującym było też niemożliwe. W świecie Kardesu zaległa wielka cisza. Telepatycznie do obywateli doszła wiadomość, że nasz dzielny współobywatel oddał właśnie ducha. Zaraz po tym komunikacie padło standardowe pytanie, czy warto opłacać wojnę? Obywatele  orzekli większością głosów, a większość głosów oznaczała jednomyślność. Ktoś się jednak wyłamał i orzekł, że nie i kilku innych nie było zdecydowanych. Prawo wymagało jedności w decyzji. Brak takiej jedności zdarzył się po raz pierwszy. Wszyscy dotąd jednogłośnie uważali wojnę za cel słuszny, ale nie tym razem. Po eterze rozniósł się wielki szum. Jak to nie ma jedności? Co rusz padało pytanie. Kto ważył się wyłamać? Kto mógł być niezdecydowany? Przecież to taka prosta i oczywista sprawa. Niektórzy z politowaniem kiwali głowami. Lecz zaraz, co to jest politowanie? Przecież wszyscy mamy jasno określoną gamę uczuć. Coś zaczęło się w nich zmieniać. Wizor włączył się ponownie na paśmie przeznaczonym na specjalne komunikaty. Tym razem do wszystkich zebranych przemówił Patron - człowiek w masce. Jedyny pośród obywateli, który miał taki przywilej zakrywania twarzy. 
- Spokojnie - usłyszeli donośny głos - spokojnie już całą sprawę badamy. Niezgodny był obywatel pierwszy, który ma teraz głos. 
- Wypowiedź wojownika była niespójna i niejasna. Ja sam tworzę różne statystyki i prognozy sprzedażowe naszej oferty marketingowej, żeby nasz zbyt stał się mocniejszy - mówi obywatel pierwszy. - Na czym była opata statystyka i prognoza naszego wojownika? Na symulacjach?
- Na wytycznych Białego Biura - przez moment na ekranie Wizora widać postać młodzieńca, wojennego wojownika. 
- Czy on aby nie oddał ducha? - w eterze znów uniósł się burzliwy szum. 
- Spokojnie, spokojnie - ekran Wizora znów ukazał człowieka w masce.
- To oni też prowadzą fałszywe bilanse i dane? - pierwszy obywatel całkiem się załamał. Prawda, która w nim się zrodziła była tak oczywista. 
- Ale zaraz - zapytała druga obywatelka, bo wszyscy współobywatele na moment odczuli jego stan. - Czym jest załamanie? Czym? I co z tą nową informacją zrobić? - Z wrażenia zemdlała. Mieszkańcy Kardesu byli połączeni subtelną nicią empatii. 
- Szybko, szybko - woła człowiek w masce. - Sprowadźcie do niej medyka. Ale nie zapomnijcie o spokoju, tylko spokój. Powrót do jednomyślności nam posłuży. 
- Niezdecydowani po krótkiej debacie orzekli, że są na nie - powiadomił trzeci obywatel, jeden z grona niezdecydowanych, jako ich przedstawiciel.
- A co z pierwszym Przykazem - przypomniał Patron - że słuszna jest tylko jedna droga - przy tym kiwał groźnie palcem.
- Ale czym jest groźba? - w eterze znowu zaszumiało.
- Słuszna droga - odezwał się pierwszy obywatel, który właśnie wyszedł z załamania - może właśnie droga na nie jest słuszna.
- Czym jest nie? - eter coraz bardziej szumiał - Czym?
- Tylko spokojnie, tylko spokojnie - głos człowieka w masce zaginął w tłumi, a Wizor rozstroił się. 

Rozpętała się gorąca dyskusja. Powstała dość liczna opozycja. Posypał się grad argumentów za i kontra. Każdy z obywateli odczuł samodzielne myślenie i odkrył własny rozum pośród jedności kolektywu. Na jaw wypłynęły wszystkie systemowe kłamstwa. Obalono Wielką Księgę i zdemaskowano złoczyńcę, co tylko podsycał jałowe wypowiedzi. Po różnych polemikach i dyskusjach wszyscy zgodnie zasiedli przy okrągłym stole. Zakończył się czas wzmożonej spowiedzi i wybaczenia. Wszyscy poznali nie tylko gniew i żal, ale też prawdziwą radość, bezinteresowną miłość i inne nieznane dotąd uczucia. 
- Tak to prawda wzajemne braterstwo i bezinteresowna miłość nas wyzwoli - powiedział winowajca i nawrócił się na ścieżkę prawdy i pokory. Wszyscy w szczerości zgodni, jednogłośnie pozbyli się Wielkiej Księgi. Poznali to, co znaczy początek wojny i wspólnymi siłami zażegnali wewnętrzny konflikt. 
- Statystyki i prognozy już leżą w koszu, tuż obok fałszywych wytycznych i bilansu - powiedział obywatel pierwszy - moim przewodnikiem jest wewnętrzna prawda.
- Tylko spokój, tylko spokój - ekrany Wizora raz jeszcze ukazały człowieka w masce. Ostatni obraz starego zakłamanego świata. 

sobota, 26 czerwca 2021

Papierowe żurawie

 



Pytania, których nie było

W kluczu zamknięte żurawie, a w rękach dzień rozpostarty. Pewne ciche wspomnienie twego uśmiechu. Ile to sekund, minut, godzin i dni tergo oddechu?
- Te dni ciągną się jak miesiące - powiedziałaś gdy siedziałam przy twoim łóżku. 
- Czy znowu trzeba jechać do szpitala? - zapytałam patrząc na twą wątłą postać. - Stajesz się coraz słabsza - dodałam. 
- Wszyscy mówią, że tak trzeba - odpowiedziałaś. - Lekarze i rodzice są tego samego zdania, są zgodni i są tego pewni. Podają pomimo wszystko chemię w zastrzykach, tabelkach i 
kroplówkach. Po nich długo nie mogę wstać z łóżka, ale lekarze ostatni stwierdzili, że jest lekka poprawa. 
- Czy możesz dobrze oddychać? - zapytałam.
- Teraz mogę - odpowiedziałaś. - Ale czasami po tych kroplówkach jest bardzo trudno oddychać, już nieraz podawano mi tlen przez takie śmieszne rurki do nosa - uśmiechnęłaś się, a ja przytuliłam cię.
- Czy to na pewno jest leczenie? - zapytałam prawie szeptem. - Ciągle mam co do tego wątpliwości - ze smutkiem dodałam.
- Wszyscy mówią, że tak - odpowiedziałaś. - I na dodatek twierdzą, że nie ma nic lepszego, a nawet, że nie ma nic innego.
- Ale to kat bardzo boli. Czy czujesz to? Czy czujesz? - znowu zadałam pytanie. 
- Czuję. Te wszystkie igły, które przeszywają moje ciało, te wszystkie wszystkie chemiczne związki, które w nie wnikają, te wszystkie zimne dłonie, które je dotykają i badają. Niekończące się konwulsje, które nim targają. O zobacz - odsłoniłaś chusteczkę na głowie - już nie mam włosów. 
- Widzę - powiedziała i pogłaskałam cię po głowie. - Moich też już brak - dodałam. 
- Weź proszę z biurka kartki papieru i książkę - wskazałaś na blat - Jak zrobimy tysiąc papierowych żurawi, spełni się jedno nasze marzenie. A jak połączymy nasze siły to będzie szybciej. 
Usiadłyśmy obie na łóżku a z naszych rąk co chwila frunął pod sufit jeden żuraw. Nasz wyobraźnia zawsze dobrze działała. 
Każda z nas miała tylko jedno marzenie, bardzo chciała, żeby ta druga mogła już szczęśliwie żyć bez chemii.

Znowu pojechałaś do szpital. Nie mogłam ci towarzyszyć. Ostatnie co pamiętam, to twój uśmiech, gdy udało się unieść w locie pod sufitem tysiąc żurawi. Tak wiele było przy tym wspólnej radości, że spełni się jedno twoje marzenie, a nasza wspólna droga wiodła do kolejnego. Naszą pracę przerwał twój wyjazd. Wiem, że tuż przed nim sprawdziłaś każdy zakamarek domu, jakbyś chciała się z nim pożegnać. Nie dokończyłam jednak mojej pracy. Gdy twój wątły oddech ustała nie było już cierpienia, ani igieł, ani zimnych rąk. Odeszłaś taki jaki i inni przed tobą odchodzili. Wszyscy wciąż powtarzali, że nie jesteś już żywa, że umarłaś. Ale co to znaczy umarła? A gdzie jest życie wieczne? Co z naszym nie materialnym ciałem? Przecież zdążyłaś jeszcze powiedzieć bez fizycznego ciała, że jest ci dobrze, jesteś bezpieczna i już nic cię nie boli. Lekkim dotykiem eterycznej dłoni pożegnałaś się ze mną. Cieszyłaś się bo twoje marzenie o tysiącu skrzydłach papierowych żurawi miało się wkrótce spełnić. Dziękuję ci za to życzenie zdrowia. 
Powoli dokończyłam naszą pracę i zawiesiłem pod sufitem tysiąc papierowych żurawi. Teraz mają one w swojej opiece moje marzenie. 


II 
Zobojętnienie

To wszystko gdy nie było nas tu. Pośród mgieł porannego świtu - obojętne postać. 
- Czy ten człowiek nigdy nie kochał? - pytasz.
- Kochał - odpowiadam. - Lecz zbyt zbyt wielu kamiennych i lodowatych ludzi spotkał na swojej drodze. W zgryzocie posiwiał.
- Kamiennych ludzi? - pytasz. - Nie rozumiem - dodajesz.
- Zawziętych, zapalczywych, po trupach idących przez życie do celu. Widzisz - wskazuję na jego rękę. Ten dym, w którym spaliła się jego rodzina wyrył się numerem na jego ręce. Tak została zapieczętowana miłość w jego sercu.
- Czy tą pieczęć można złamać? - patrzysz na mnie pytająco. 
- To nie takie proste - odpowiadam. - w jego uszach wciąż dźwięczy błaganie ciężarnej ukochanej, która prosi o kromkę chleba i kubek wody dla nienarodzonego jeszcze dziecka. On wciąż przed sobą widzi jej zapłakaną twarz, gdy w obozie rozdzielają ich. Wciąż na nowo czuje bicie jej serca, które czule tulił do snu w zabrudzony wagonie, w drodze do "sam tylko dobry Bóg wie gdzie" - wciąż w myślach powtarza sobie nadal żyjąc przeszłością i zapominając o teraźniejszości i nie widząc w ogóle przyszłości.
- Co można dal niego zrobić? - pytasz. - Czy można podarować mu życzliwość?
- Można podarować mu życzliwość, uśmiech i o wiele więcej, bo całe serce. Tylko trzeba zostawić za sobą oczekiwania zmiany i odwzajemnienia. On potrzebuje bezinteresownego serca, bezinteresownej miłości - odpowiadam patrząc ciągle na niego. - On nie potrafi już zaufać życiu. W kontaktach z ludźmi jest szorstki. Nie daje szansy w życiu szczęśliwej miłości. Ciągle trzyma się na dystans i żyje przeszłym dniem, rozpamiętując to co było. Ciągle wini siebie, że nie potrafił obronić ukochanej żony i nienarodzonego dziecka. On nawet wini siebie o przeżycie. Życie nieraz po tym wszystkim pokazywało mu dobroć i szczere serce wielu ludzi, ale on nie potrafił tego w pełni zobaczyć i przyjąć. Drogę do tego zagradza mu obojętność. Stał się on obojętny w stosunku sam do siebie, przestało mu zależeć na tym co będzie się z nim działo. Zobojętniał na życie, którym sam był i nie spodziewał się po nim niczego dobrego. Jego kotwicą bezpieczeństwa stała się praca. Był dobrym księgowym i chłodno kalkulował liczby, a z czasem i samo życie. Pod pewnym względem upodobnił się do swoich oprawców.
- To co można dla niego zrobić? - pytasz ponownie. 
- Cierpliwie towarzyszyć mu w jego codziennej drodze niczym anioł stróż. Tu potrzebna jest anielska cierpliwość. On potrzebuje, aby wskazać mu dobro, które tkwi w nim samym oraz ludziach, którzy go otaczają.
- Jestem przy nim, mówię, ale on nie słucha - mówisz. - Co zrobić dalej?
- Trwać i być albo odejść - odpowiadam patrząc na nią.
- Ale ja go kocham - rzekła żona.
- Więc pozostań tą wierną miłością - radzę. 
Przez otwarte okno do pokoju wpadło pasmo jasnego światła. Żona uchyliła lekko drzwi do gabinetu. Starszy mężczyzna siedzący przy biurku przeglądał dokumenty. 
- Kochanie nakryłam właśnie do stołu - powiedziała ona.
- Tak kochanie - w jego sercu nagle coś drgnęło. Szybko poderwał się od biurka i podszedł do niej.
- Tomasz - popatrzyła na niego zdziwiona.
- Klaro - popatrzyła prosto wiej oczy. - Dziś byłby urodziny Filipa - przytulił ją i dodał. - Kocham cię. 
Oboje zaczęli płakać Pozostawali wciąż jak dwa ptaki o złamanych skrzydłach. Czy będą jeszcze potrafić latać? 

III 
Grusza 



To wszystko gdy nas nie było. Po środku zgliszczy martwego domu pogodna postać. Z jej szczodrych rąk złote ziarno wpadło do ziemi. Z radością dugi człowiek przyszedł je podlać. Chciał by szybko wykiełkowało. 
Przyszli inni ludzie i zaczęli oczyszczać pogorzelisko. Dołączyły do nich inne osoby i zaczęli on nowa stawiać fundamenty. Cegła za cegłą, zaprawa murarska i wnet postawiono ściany. Wstawiono nowe okna. 
- Potrzebne nam piętro a nawet dwa! - ktoś z grupy zakrzyknął. Wszyscy się z nim zgodzili i budowali dalej, aż w końcu położyli dach. Dwupiętrowy dom prezentował się wspaniale. Wnętrza urządzono bardzo gustownie. W końcu przyszedł czas by oddać klucze właścicielowi. 
- To dla mnie - lekko szpakowaty mężczyzna popatrzył na wszystkich zdziwiony. 
- Dla ciebie - zjawił się szczodry darczyńca złotego nasienia, z którego już wyrosło dorodne, młode drzewo. - Weź za rękę syna i się rozgośćcie - wskazał na chłopca stojącego na przeciw nich.
- Oleg - powiedział wzruszony mężczyzna - tylko my dwaj przeżyliśmy ten wojenny gwałt - mężczyzna płacząc przytulił do siebie najmłodszego, dziesięcioletniego syna. 
- Tak tato - odrzekł chłopiec spokojnie. - Reszta odleciała numerowanym dymem z komina. 
Szczodry mężczyzna poprowadził ich do domu. Tam po tylu niespokojnych nocach w końcu odpoczęli. Nazajutrz  rano zjawiły się kobiety. Zaczęły pielić grządki w ogrodzie za domem. Część rabatek zasadziły kwiatami: tulipanami, różami, fiołkami i niezapominajkami, w końcu wiosna już jakiś czas gościła w ogrodach. Resztę grządek przeznaczono na warzywa: pomidory, ogórki, rzodkiewkę, cebulę, czosnek, dynię cukinie i wiele innych. Posadzono również dwa zagonki truskawek. Mężczyźni przynieśli sadzonki drzew owocowych i krzewów: jabłonie, śliwy, agrest, czerwoną i czarną porzeczkę oraz maliny. Pani Zofia znalazła jeszcze zaciszny zakątek dla ziół: bazylii, mięty, melisy, kolendry i jeszcze wielu innych. 
Pan Alojz sam nie wiedział jak dziękować wszystkim sąsiadom. Mijały lata tym razem bardzo spokojne. Oleg wyrósł na mężnego człowieka, powoli przestał się też z ojcem bać, że do domu wtargną uzbrojeni zbóje. Ech dawnej wojennej walki już przebrzmiało. Ciągle jednak pamiętali zapach dławiącego dymu z komina i jakie wtedy nadani i numery, jak numery seryjne określonych produktów, nienadające się już do użytku. 
Oleg poznał Sarę, którą szczerze pokochał. Dwupiętrowy dom wypełnił się dziecięcym śmiechem i rodzinnym szczęściem. Pan Alojz nieco zawsze smutny, zaczął się częściej uśmiechać. Ze złotego ziarna wyrosła przepiękna grusza. Szczodry człowiek często odwiedzał pana Alojza. Toczyli oni mądre życiowe rozmowy w nowym świecie, w cieniu przepięknej gruszy.

IV
Teraz tutaj

W kluczu otwarte lecą żurawie. To wszystko gdy jesteśmy tu. W otwartych oknach zielenią się ogrody. 
Zbudziły ją poranne promienie słońca wpadające przez otwarte okno. W pokoju czuć było świeżość wiosennego powietrza. Obok w łóżku już go nie było. Przetarła zaspane oczy i powoli wstała. Oboje lubili spać nago, więc narzuciła na siebie jego niebieską koszulę i zeszła boso po chodach na dół. Poczuła przyjemny zapach świeżo parzonej kawy. Jak zwykle o tej porze roku zastała go siedzącego na tarasie i kontemplującego piękno ogrodu. Podeszła bardzo cicho i zasłoniła mu oczy.
- Zgadnij kto - wyszeptała mu do ucha. 
- Lena - odpowiedział radośnie. - Wstałaś kochanie, zaraz przygotuję śniadanie. poderwał się na nogi i wziął ją za ręce. 
- Romeo - roześmiała się - mój kochany Sebastianie przecież mogę ci pomóc - powiedziała jeszcze radośniej.
- To nie jest konieczne - wskazał jej krzesło. - Usiądź proszę i ciesz się wiosenną pogodą. Dziś jest wyjątkowo ciepło, a przygotowania w kuchni zajmą mi tylko chwilę.
- Przespaceruję się chwilę - odparła Lena i weszła boso na trawę, czuła jeszcze poranną rosę pod stopami. 
- Tylko zaraz wracaj - zawołał Sebastian idąc w stronę kuchni - zaraz podaję śniadanie. 
Oboje byli skoncentrowani na tu i teraz. Chłonęli życie wszystkimi zmysłami i cieszyli się każdą chwilą. Każdy wschód i zachód słońca był dla nich niezwykły. Wszystkie wiosenne kwiaty i ich woń sprawiały im przyjemność. Każdy nowy dzień niósł ze sobą niespodzianki, które sprawiały im przyjemność. 
- Lena, śniadanie zapraszam - zawołał podbiegając do niej. 
- Zatańczmy - poprosiła. - Zatańczmy, niech ta chwila wypełni się naszym tańcem. 
Objął ją i zaczęli tańczyć. Byli świadomi każdego kroku, byli każdym krokiem. jednoczyli w sobie ziemię z niebem. Byli częścią całości, byli jednością ze sobą nawzajem i ze wszystkim, co ich otaczało. Ich serca biły w jednym rytmie, ich oddechy były jednym. Emanowali aurą miłości.
Wziął ją na ręce i zaniósł na taras.
- Zapraszam - wyszeptał jej do ucha - śniadanie podano. 
Poszedł do kuchni i przyniósł ciepły omlet.
- Smacznego - powiedziała.
- Smacznego - odpowiedział.
- Jedność i miłość - powiedziała parząc my prosto w oczy.
- Jedność w miłości - odpowiedział jej z uśmiechem.
Jedli spokojnie śniadanie smakując i dokładnie przeżuwając każdy kęs. Ogrzewały ich ciepłe promienie porannego słońca. Śpiewały ptaki, kwitły kwiaty. Wszystko działo się teraz tutaj.
- To wszystko dziej się gdy jesteśmy tu - powiedzieli w uśmiechu oboje. 
Podarował jej jednego papierowego żurawia.

sobota, 22 maja 2021

Droga do teraz

 Mewy 

Wylądowałam na przybrzeżnej skale, niczym rozbitek po sztormie u wybrzeży samotnej wyspy. W ręku trzymałam zdjęcia, niedokończone obrazy, niekompletne fotografie. Wokół nie latały mewy. Jedna z nich przysiadła obok mnie i zapytała.
- Co tu robisz sama? 
- Zbieram w sobie wewnętrzny spokój - cicho odpowiedziałam. 
- Wewnętrzny spokój? - powtórzyła zdziwiona. 
- Tak, za dużo zamieszkało we mnie chaosu - odpowiedziałam. 
- To rozwiń skrzydła i leć z nami. Pozwól by uniósł cię powietrzny prąd - powiedziała mewa.
- Nie mogę - trochę posmutniałam - przecież jestem człowiekiem, a ludzie nie maj skrzydeł i nie latają - odrzekłam. 
- A skrzydła wewnętrzne? -  zapytała mewa odlatując. 
- Skrzydła wewnętrzne? - powtórzyłam z lekkim zastanowieniem. - Nie odczuwam ich! - krzyknęłam do odlatującego ptaka. 

Zaczęłam przeglądać fotografie i powoli je układać, aż zaczął powstawać spójny obraz. Woda w około obijała się o skałę. Do moich uszu dochodził jej łagodny szum. Przyleciała do mnie druga mewa. 
- Co robisz? - zapytała przyglądając się mojej pracy.
- Staram się ułożyć zdjęcia w jednolity obraz. Chcę zobaczyć go w pełni i jasności - odpowiedziałam uśmiechając się do miłego gościa. 
- A co będzie przedstawiał ten obraz - mewa zadała kolejne pytanie.
- Są to pewne wydarzenia z przeszłości i bliskie mi osoby, których dokładnie nie pamiętam, ale te fotografie pozwolą na przypomnienie sobie wszystkiego - odrzekłam.
- A czy nie lepiej skupić się na teraźniejszości? Czy nie w niej znajdują się wszystkie odpowiedzi - zapytała mewa 
odlatując.
- Czy w teraźniejszości znajdują się w wszystkie odpowiedzi? - powtórzyłam pytanie zastanawiając się nad nim.
Przed odlotem mewa zostawiła jeszcze trochę jagód w prezencie i zdążyła wyjaśnić, że rosną one na sąsiedniej wyspie i są bardzo smaczne. Jedząc jagody oglądałam przepiękny zachód słońca. Gdy na bezchmurnym niebie pokazały się gwiazdy zasnęłam ze znużenia, w ręku wciąż trzymałam kilka fotografii.

Zbudziły mnie pierwsze promienie wschodzącego słońca i lekka morska bryza. Morskie wody były momentami dość niespokojne. Powietrze przeszywał chłód, który przez dłuższą chwilę trzymał mnie w swych objęciach. Powoli i spokojnie rozruszałam zziębnięte ciało. Rozejrzałam się nieco dokoła. Złociste promienie słońca oświetliły drobne kamienne schody wydrążone w skale. Zeszłam po niech w dół i zobaczyłam piaszczystą ścieżkę, którą szłam dalej, aż doszłam do plaży. Usiadałam na piasku i zaczęłam wpatrywać się w wschodzące słońce. Obok mnie przysiadła mewa. 
- Czy wiesz gdzie jest źródełko słodkiej wody? - zapytała.
- Nie, niestety nie wiem - odpowiedziałam zgodnie z prawdą.
- Mogę cię tam zaprowadzić - zaproponowała. 
- To bardzo miłe z twojej strony - ucieszyłam się. - Prowadź proszę, czuję poranne pragnienie.
- Choć za mną - mewa wskazała na dwie najbliżej rosnące palmy. - Polecę przed tobą, pomiędzy palmami jest ścieżka - ptak wzbił się do lotu.
- Dobrze - dopowiedziałam, wstałam z piasku i zaczęłam iść za lecącą mewą. 
Pomiędzy palmami kokosowymi rzeczywiście zaczynała się ścieżka. Mewa cały czas leciała przodem, aż doszłam do źródła z wodospadem. Pragnienie wzmogło się, więc zeszłam po kolejnych kamiennych schodach w dół i zaczerpnęłam wodę do picia. Woda w źródle była czysta i przejrzysta, nieco dalej od brzegu pływały ryby.
- Choć, choć do góry - usłyszałam nad sobą głos ptaka - choć, pokażę ci miejsce gdzie rosną świeże jagody.
- Idę - zawołałam czując lekki głód. Wspięłam się po schodach do góry i znowu poszłam za mewą. Tuż nieopodal źródła znajdowałam się zielona polana otoczona różnymi krzewami i drzewami owocowymi.
- Zobacz - wskazała skrzydłem mewa tuż po wylądowaniu. - Zobacz te czerwone jagody są jadalne, ale jeśli zobaczysz żółte, pamiętaj żeby ich nie jeść, są trujące - ostrzegła mnie. 
- Dziękuję, będę pamiętać - odpowiedziałam. - A te owoce na drzewie są jadalne? - zapytałam.
- Tak, to drzewko chlebowe, smacznego - mewa odpowiedziała i odleciała.
Zerwała jeden owoc i zjadłam, a po zjedzeniu wróciłam na skałę. Chciałam dokończyć układanie fotografii.
- Witaj, witaj - przyleciała kolejna mewa. 
- Witaj - przywitałam ją z uśmiechem. - Dziękuję za jagody, które wczoraj zostawiłaś. 
- Smakowały ci? - zapytała.
- Tak, bardzo - odrzekłam.
- To się cieszę - powiedziała. - Choć proszę ze mną, wskażę ci miejsce do zamieszkania. - Pofrunęła w górę.
- Zaczekaj - poprosiłam - muszę zabrać ze sobą fotografie. - Zebrałam je i podążyłam za mewą, która leciała w stronę źródła.
- Wejdź wyżej za wodospad - wskazała.
- Dobrze - odpowiedziałam i weszłam za wodospad. Moim oczom ukazała się białe, intensywne światło.

Biały Kot

Przez chwilę oślepiło mnie mocne białe światło, po czym moim oczom przedstawiła się zupełnie biała przestrzeń.
- Przejdź dalej, zapraszam - usłyszałam ciepły głos - i rozgość się.
- Gdzie jesteś? - zapytałam - Nie widzę cię. 
Coś bardzo puszystego i delikatnego otarło się o moje nogi. Wszystkie zdjęcia wypadły mi z rąk i rozsypały się. Szybko sięgnęłam, żeby je pozbierać. 
- Zostaw to niech leży - powiedział ten sam głos. - Podejdź proszę i usiądź wygodnie w fotelu.
- Gdzie jesteś? - zapytałam raz jeszcze podnosząc się do góry. Na wysokości swojego wzroku zobaczyłam zielone, kocie oczy.
- Tak, jestem kotem. Podejdź proszę - powtórzył głos - i usiądź w fotelu.
- Czy jesteś kotem? - zapytała i podeszłam.
Kierowałam się w stronę zielonych oczu wyciągając ręce do przodu. W końcu dotknęłam czego, co przypominało fotel i usiadłam. 
- Pomyśl teraz proszę jak ma wyglądać podłoga - powiedział kot. - Zamknij oczy i wyobraź sobie ją oraz kolory ścian, jeżeli chcesz znaleźć się w pokoju. 
- Dobrze - opowiedziała i zamknęła oczy. Wyobraziłam sobie drewnianą podłogę w jasnym kolorze oraz żółto-pomarańczowe ściany.
- Otwórz oczy i zobacz - powiedział kot.
Otworzyłam oczy i zobaczyłam pod stopami podłogę z mojej wyobraźni oraz pomarańczowe i żółte ściany dookoła. Cała przestrzeń przede mną pozostawała pusta.
- Jak masz na imię? - zapytałam kota. 
- Marcel - odpowiedział - czy podoba ci się efekt twojej pracy? - zapytał.
- Efekt mojej pracy? - zdziwiłam się. 
- Tak, efekt twojej pracy - powtórzył Marcel. - Efekt kreacji, a narzędzia do tego to twoje myśli, wyobraźnie i wizualizacja. Wyobraziłaś sobie podłogę i kolor ścian. Chciałaś żeby ta przestrzeń wokół ciebie zaistniała. Teraz możesz wykreować resztę pokoi, łącznie z meblami. Wyobraź sobie fotel, w którym siedzisz - powiedział. Zamknęłam oczy i wyobraziłam sobie dość duży, skórzany, ciemnobrązowy, ale przytulny fotel i podnóżek do niego. Wyczułam w ręku coś twardego. Po otwarciu oczu zobaczyłam, że trzyma niezapisany zeszyt, o którym też pomyślałam. Przed fotelem stał szklany okrągły stolik, a przed nim znajdował się kominek, w którym płoną ogień. W pokoju zrobiło się przyjemnie ciepło. To też była część mojej wizualizacji. 
- Te wszystkie elementy wnętrza to siła twojej kreacji, które towarzyszą pozytywne uczucia. Stałaś się budowniczym twojego świta, twojego zewnętrznego otoczenia - powiedział kot.
- Siła kreacji - powtórzyłam i zerwałam się zaniepokojona z fotela. - Moje fotografie, gdzie są moje fotografie?! - zawołałam i zaczęłam zbierać je z podłogi. Uklęknęłam przed okrągłym, szklany stolikiem i zaczęłam je ponownie układać.
- Co robisz Julio? - zapytał Marcel. 
Był cały biały i miał niezwykle puszystą i śliniącą sierść. Leżał rozłożony na górny brzegu fotela.
- Co robisz Julio? - powtórzył pytanie.
- Znasz moje imię? - popatrzyłam na niego zdziwiona. - Układam zdjęcia - opowiedziałam - muszę dobrze dopasować każde z nich, aby uzyskać odpowiedni i kompletny obraz.
- A czy to jest konieczne? - zapytał. - Nie wystarczy ci teraz tutaj, teraźniejszość? Każda fotografia wiąże się z ulotną chwilą przeszło. Jest przeszłością - dodał ciepłym głosem.
- To jest ważne dla mojego serca - odpowiedziałam uważnie przyglądając się jednej z nich. Znajdowała się na niej uśmiechnięty oficer w galowy mundurze. Trzymał za rękę równie uśmiechniętą dziewczynę w przepięknej biało-różowej sukni. Ona też trzymała kogo z rękę, ale nie mogłam od razu znaleźć drugiej części fotografii do pary. 
- Czy poznajesz osoby ze zdjęcia - zapytał Marcel zeskakując z fotela i podchodząc d mnie.
- Czy rozpoznaję? - pytająco spojrzałam na kota. - Czy rozpoznaję? - powtórzyłam i poczułam lekki ucisk w krtani. Do oczu napłynęły mi łzy a serce dotknęło coś bardzo bliskie, ale i smutnego.
- Tak, czy rozpoznajesz - Marcel przytulił się do mnie.
- To jest - podniosłam kolejny fragment układanki. - To jest mój brat i  moja córka, a tu - pokazałam mu fotografię - mój syn, mąż i ja. Żyliśmy razem za czasów Ludwika XVI i Napoleona. Mój mąż - wskazałam na mężczyznę - zginął pod 
Lipskiem, a brat powrócił z pola bitwy poważnie okaleczony. Opiekowałam się bratem po wojnie. Mieszkaliśmy w pięknej posiadłości teścia wraz z moimi dziećmi. - Przytuliłam  obie fotografie do serca. 
- Pięknie promieniejesz - ucieszył się kot.
- Tęsknię z nimi - wyszeptałam.
- Za kim? - zapytał Marcel.
- Za bratem, coś ważnego sobie w tamtym czasie obiecaliśmy - powiedziałam. 
- Co sobie obiecaliście? - zapytał. 
- Że zawsze będziemy się wspierać - odpowiedziałam uśmiechając się do niego.
Nadszedł już wieczór. Słońce za oknem powoli chyliło się ku zachodowi. Zaczęłam ziewać, ogień z kominka przyjemnie mnie ogrzewał.
- Połóż się tu - Marcel wskazał dywan i poduszkę przed kominkiem. Położyłam się i szybko zasnęłam.

Niebieski Gołąb

- Gdzie jesteś? - zapytał głos.
- Pod drzewem kwitnącej wiśni - odpowiedziałam.
- Co robisz? - ponownie zapytał głos.
- Spaceruję wraz z mężem i synem w bambusowym gaju - zaczynam opowiadać. - jest piękny słoneczny dzień, a my oboje nie musimy już służyć w pałacu cesarza. Możemy cieszyć się pięknem otaczającej nas natury, sobą nawzajem i naszym dorastającym synem oraz kolejnym dzieckiem, które niedługo przyjdzie na świat. 
- Wróć do mnie - powiedział ten sam głos - raz, dwa, trzy. 
Otworzyłam oczy. Czułam się jakbym wróciła z bardzo długiej podróży.
- Proszę poczęstuj się owsianymi ciasteczkami i  jaśminową herbatą - powiedział niebieski gołąb spacerując po skórzanej kanapie. 
- Dziękuję - odpowiedziałam i wzięłam jedno ciastko i wypiłam ciepły łyk jaśminowej herbaty.
- Jak twoje dzisiejsze samopoczucie? - zapytał niebieski gołąb.
- Dobrze, tylko czuję jakbym wróciła z bardzo długiej podróży - odpowiedziałam. - Kim jesteś i gdzie jest Marcel? - zapytałam.
- Jestem Feliks - odpowiedział - Marcel wyleguje się na słońcu jak na kota przystało. Przeżyłaś regresję. Przeniosłaś się w przeszłość do poprzedniego wcielenia, a ja starałem się być twoim przewodnikiem w tej podróży. Jeśli zechcesz będę ci mógł zawsze towarzyszyć w takich wędrówkach. 
- Widziałam drzewa kwitnącej wiśni - powiedziałam - o takiej jak na tej fotografii, trzymałam za rękę szczęśliwego samuraja i śpiewałam piosnkę równie szczęśliwemu chłopcu. - W drugiej ręce miałam kolejne dwa zdjęcia. Po policzku spłynęły mi łzy, gdy tuliłam je do serca.
- Pięknie emanujesz energią - powiedział Feliks i przysiadł obok mnie.
- Jak mogę tam wrócić? - zapytałam płacząc. - Jak?
- Po co chcesz tam wracać? - zapytał Feliks.
- Bo było tam tyle czułości, radości, miłości i szczęścia - odparłam.
- A teraz tu? - spojrzał mi prosto w oczy. - Czy nie masz w sobie wystarczająco miłości, czy nie jesteś miłością?
- Mam - opowiedziałam. - Jestem - dodałam - ale ta tęsknota serca.
- Ta tęsknota serca łączy cię ze wszystkimi, który w nim są, kiedy myślisz, że zostałaś z nimi rozdzielona - powiedział Feliks.
- Ale gdzie oni są? - zaczęłam nerwowo przeglądać kolejne fragmenty układanki.
- Zostaw - niebieski gołąb położył swoje skrzydło na moich rękach. - Zostań proszę teraz tutaj ze mną, kochaj. Przeszły czas został za tobą, ale szczęście jest teraz tutaj tobą.
- Szczęście jest mną? - zapytałam zdziwiona. W ręku trzymałam fotografię przepięknej pary królewskiej.
- Tak pamiętam - przytuliłam ją do serca, a następnie kolejne. - To jest mój ukochany mąż Franciszek, a tu są nasze dzieci i cała moja rodzina.
- Tak jesteś szczęściem, a teraz tutaj nim promieniujesz - powiedział Feliks.
- To dlaczego płaczę? - zapytałam, a po policzkach znów płynęły mi łzy. Feliks otulił mnie swoimi ogromnymi, niebieskimi skrzydłami.
- Pamięć czasami niesie ze sobą łzy, tak jak szczęście. Przecież cieszą cię te wspomnienia.
- Tak Feliksie bardzo cieszą mnie te wspomnienia - odpowiedziała - ale tęsknota...
- Tęsknota pomaga czasem nie zapomnieć nam pięknych chwil dawnego życia i o naszych ukochanych towarzyszach - rzekł Feliks - ale nie zostawaj za długo w przeszłości, skup się na teraźniejszości.
- Tu i teraz jestem z tobą, tulę się w miękki puch twych piór i powoli zasypiam - ziewnęłam i zasnęłam kołysana w objęciach niebieskiego gołębia. 

Oczy mężczyzny

Otworzyłam oczy. Wciąż znajdowałam się w tym samym pokoju i siedziałam w skórzanym, brązowym fotelu. Przede mną na stoliku stał imbryk z jaśminową herbatą, którą przelałam do filiżanki i miseczka ciepłej owsianki, a w kominku płoną przyjemny ogień, który ogrzewał pokój. W tej chwili byłam sama. Nie był przymnie ani białego kota, ani niebieskiego gołębia. Ze smakiem zjadłam owsiankę i delektowałam się smakiem jaśminowej herbaty. 
Na stoliku przede mną leżało jeszcze kilka fotografii. Wzięłam do ręki pierwszą z nich i ujrzałam ukrzyżowanego człowieka. Moje serce przeszył ogromny ból, a w stopie poczułam wbity gwóźdź. Na następnym zdjęciu ujrzałam kobietę, która płakała, bo ów mężczyzna konający na krzyżu z pierwszej fotografii był jej ukochanym mężem. Za to, że ukradł jedzenie dla głodującej rodziny został skazany na taką śmierć, oprócz niego ukrzyżowano jeszcze dwóch innych mężczyzn. Jako empatka czułam jego i jej ból. Wcześniej kobieta i mężczyzna na pustyni podążali za nauczycielem. Na końcu była ona prowadzona przez rzymskiego żołnierza i zakończyła życie na arenie wielkiego Koloseum. Wstrząsnęła mną burza lęku, bólu, rozpaczy i głośnego krzyku.
- Już cicho - dobiegł mnie spokojny głos. - Już dobrze, wróć teraz proszę do mnie. poczułam na swej dłoni ciepły dotyk. 
Spojrzałam w czułe oczy mężczyzny, który trzymał mą dłoń i siedział na kanapie obok fotela. 
- Gdzie byłaś? - z troską w głosie zapytał.
- Przeżyłam ukrzyżowanie - odpowiedziałam wciąż patrząc na niego - byłam jedną z uczennic Chrystusa, którą pojmali rzymscy żołnierze. 
- To wszystko jest już za tobą Julio - powiedział - teraz tutaj jesteś już bezpieczna, jesteś ze mną.
- Tak Marku - rozpoznałam go - jestem z tobą. Tamto wszystko odczuwałam jakby działo się teraz tutaj; tą śmierć na krzyżu mojego męża i swoją.
- To było przeszłe życie - otarł moje łzy, które jeszcze ciągle spływały po policzku. - Pozostań już proszę tutaj ze mną.
- Zostanę - uśmiechnęłam się do niego. W jego spojrzeniu było tyle miłości, a w dotyku tyle ciepła i czułości. We mnie pojawił się kolejny obraz pamięci ukochanego mężczyzny. W tej krótkiej chwili moje serce zabiło miłością. Wstała z fotela, podeszłam i przytuliłam się do niego.
- Dziękuję ci Julio za miłość twojego serca - powiedział. - Czy zostajesz już ze mną - zapytał patrząc mi w oczy.
- Zostaję - odpowiedziałam cicho. - Zostaję - powtórzyła nieco głośnie i pocałowałam go w policzek. Poczułam wewnętrzny spokój. Wszystko wróciło na swoje miejsce. Na stole nie było już żadnej fotografii i wszystko było jasne. Oczy Marka rozpromieniły się. 
- Kocham cię Julio - powiedział i pocałował mnie.
- Kocham cię Marku - odpowiedziałam. - To wszystko jest we mnie żywe, ale pozostaję z to tobą tutaj, w naszej pięknej 
teraźniejszości - dodałam gładząc jego włosy.
- Chodź pójdziemy na spacer. Jest piękny zimowy dzień - powiedział Marek i ujął moje dłonie. Wyszliśmy z domu i zamknęliśmy za sobą drzwi do przeszłości. Weszliśmy razem w nowe tu i teraz. Otulił nas przyjemny zimowy chłód oraz promienie porannego słońca. Pod stopami lekko pośród śniegu skrzypiał mróz.