sobota, 17 kwietnia 2021

Pod drzewem jabłoni

Wiele słów dałabym za miłość prawdziwą. Ile jeszcze mamy dni by ją przeżyć? Ile jeszcze mamy szans na to szczęśliwe, ponowne spotkanie? Wiele bym dała słów za twą opiekę i troskę oraz wspólną beztroskę. Ile wspólnych dróg przemierzyliśmy razem? Ile osobnych szlaków zostało za nami? Wiele bym dała za szczery uśmiech i tą pokorną ufność, że jutro będzie nowe dzień dobry. Ile było serdecznych uścisków na twoje ponowne powitanie? Ile było westchnień tęsknoty, gdy cię nie było na wyciągnięcie ręki? Wiele bym dała za tą chwilę cierpliwości, która na nowo może nas złączyć. Czy umiesz zaczekać aż wrócimy z tej długiej podróży? Czy ja umiem zaczekać na twój powrotny rejs? Aż twój i mój okręt zawinie to portu naszych serc? Dałabym wiele za tą cierpliwość drzemiącą w nas cicho, która nie pyta o powód milczenia i nieobecności, ale wciąż czuwa i słucha nawet tego, co nie zostało jeszcze wypowiedziane, wciąż drzemie i dojrzewa w naszych wnętrzach. Wiem dobrze, że dziś mnie nie ma obok ciebie, może nie wrócę nawet jutro, może nie będzie mnie też przy tobie pojutrze, ale gdzieś w ogrodzie rośnie krzak czerwonej róży. Czy kiedyś jeszcze razem zobaczymy jak pięknie latem rozkwita. Czy oczaruje nas swym pięknem i otuli przecudnym zapachem, który przypomni chwile radości i uniesień? Może tylko ty znasz odpowiedzi na te pytania, bo może tylko ty jesteś dobrym ogrodnikiem, który wie jak pielęgnować róże, by mogły w pełni swym blaskiem i czarem rozkwitnąć. Wiele słów bym dała, wiele... ale czy one wystarczą? Czy choć jedno z nich zastąpi obecność i czuły prosty gest? Czy choć jedno z nich, choć jedno z nich wystarczy? Chciałoby się rzec: wybacz, proszę wybacz przepraszam za każdą jedną łzę, za każdą chwilę bólu, bólu który dosięgł dogłębnie serca. Chciałoby się rzec: wybaczam, droga dalej wiedzie prosto, widzisz, przytul mnie. 

Dziś mnie nie ma przy tobie. Siedzę samotnie pod drzewem kwitnącej jabłoni. patrzę na kolejny zachód słońca. Czy ty też spoglądasz na to samo słońce, które w jednej chwili z soczystej pomarańczy tuż nad horyzontem przemienia się w żywą czerwień. Czy pamiętasz, że ten kolor różu pomieszany z czerwienią zwiastuje jutrzejszy wietrzny dzień? Moje bose stopy dotykają zieleni traw. Wiatr lekko rozwiewa moje włosy i porusza gałęzie drzew, strącając różowo-białe płatki z wolna przekwitających kwiatów. Czy kochasz jeszcze ten wiosenny śnieg? Te drobne płatki kwiatów, które spadają również na moją głowę i ramiona, przypominając mi twój szczery śmiech. "Widzisz, widzisz w locie znów zniżają się jaskółki, już niedługo spadnie deszcz" - pośród szumu wiatru jakby unosił się twój głos. Czy to jeszcze pamiętasz, że jaskółki w niskim locie niosą za sobą deszcz? Czy pamiętasz? 
W duchu niosę cząstek ciebie, w duchu jesteś ciągle blisko, nie dzieli nas przestrzeń i czas tylko wciąż na nowo łączy wewnętrzna jedność; wciąż na nowo każde z nas jest blisko, tak po prostu bezcieleśnie. Czy myślałeś kiedyś o tej prostocie życia? Czy cieszyłeś się nią będąc beze mnie tej cielesnej powłoce? Poranne promienie słońca gdy ze snu budzi nas nowe istnienie, istnienie nowego dnia, samego siebie, gdy powoli otwierasz zaspane oczy, gdy powoli przeciągasz się w łóżku. Rozciągasz ręce i nogi, wszystkie mięśnie pleców, leniwie przewracając się z boku na bok. Właśnie zdecydowałeś, że już najwyższy czas wstać, powoli podnosisz się i wkładasz stopy w miękkie kapcie. Wstajesz i zmierzasz prosto do kuchni, by nastawić wodę na poranną kawę, sama myśl o niej wywołuje w tobie pozytywne doznania, a jej zapach przywołuje miłe wspomnienia. Cieszy cię widok domowego jagodowego dżemu jaki i zapach domowej drożdżówki. Jest ciepło więc można wyjść i zjeść śniadanie na tarasie za domem, do twoich uszu dochodzi śpiew ptaków, twoje oczy cieszy piękno kwiatów rosnących w ogrodzie; te wszystkie zmysłowe doznania składają się na obraz twojego poranku, w końcu nigdy nie byłeś śpiochem. Poranku, który jest wypełniony zapachami, kolorami, dźwiękami i samkami. Dnia który zaczyna się od ciepła porannych, złotych promieni słońca, w który lekka gorycz czarnej kawy przełamana zostaje słodyczą jagodowego dżemu, gdzie fiolet, róż i żółć kwiatów mieni się w ogrodzie przed twoimi oczami a słowiczy śpiew łamany jest nutą trzmielich skrzydeł, a wiatr lekko swym powiewem rozwiewa twoje włosy Czy cieszy cię ta prostota życia? Czy w ogóle ją czujesz i widzisz? Zatrzymaj się.


Moje stopy dotykają zielonych źdźbeł wiosennej trawy i czują lekki chłód ziemi. Plecy opierają się o chropowaty pień sędziwego drzewa. Moja głowa i ramiona odczuwają delikatność spadających różowo-białych płatków kwiatów. Nadszedł czas przemiany i już niedługo na gałęziach pojawią się jabłka. Wokół roznosi się przecudna i subtelna woń kwiatów jabłoni. Do moich uszu dobiega znajome brzęczenie, to pszczoły i trzmiele zbierają ostatni pyłek i nektar tej wiosny z tego drzewa - cykl odwiecznej przemiany trwa. Czy myślałeś kiedyś o tym, że w tym małym ziarenku, które nie raz miałeś w swojej dłoni jest zapis informacji odnośnie wyglądu i wzrostu całego drzewa? Jako dobry ogrodnik wiedziałeś w jakiej glebie najlepiej je zasadzić, jak często je podlewać, osłaniać od nadmiernego wiatru. Cieszyłeś się każdą chwilą gdy wzrastało otoczone twoją miłością. Gdy osiągnęło już odpowiedni wiek i wzrost wiedziałeś jak je zaszczepić, by stało się przepiękną jabłonią i owocowało. Gdy wydało pierwsze polny twoje serce radowało się, dojrzałymi, soczystymi jabłkami częstowałeś rodzinę i przyjaciół. Każdy przyjął twój poczęstunek z wdzięcznością, podał ci dłoń na powitanie, uścisnął i pochwalił twoją pracę i dobre plony. Wydawałoby się, że to tak niewiele - jeden ogrodnik, jedna jabłoń otoczona jego sercem, jabłka, słowa serdeczne, uściski dłoni, przytulenie, radosny śmiech dziecka. Jednak czy każda z tych chwil nie była bezcenna. Czy radość dziecka w słowach: "Jakie to smaczne" nie była największym podziękowaniem? Prostota i piękno życia, czy zawierają się w tych słowach?  

Czy twój gest nie był dziś prosty? Przeczytałeś ogłoszenie i na wszelki wypadek spisałeś numer telefonu - coś cię tknęło wewnątrz, może intuicja. Komuś zaginął kot. Poszedłeś na spacer do parku. Jak zawsze przechadzałeś się tą samą alejką i znajomym ludziom przekazywałeś "Dzień dobry", bo przecież dobre życzenia są twoją specjalnością. Miau, miau, miau... nagle przystanąłeś i nasłuchiwałeś, miau, miau, miau... nadstawiłeś ucha i skierowałeś się we właściwą stronę, za krzewem jaśminu zobaczyłeś niewielką istotę, to był biały kot z ogłoszenia. Z dobrocią wyciągnąłeś dłoń, gdy kot podszedł, wziąłeś go na ręce i usiadłeś na pobliskiej ławce. Wyjąłeś telefon z kieszeni spodni i zadzwoniłeś, okazało się, że właściciele kociaka byli niedaleko, opisałeś im gdzie się znajdujesz i poczekałeś. Nie chciałeś przyjąć znaleźnego wystarczyło, że wszyscy się cieszyli - Puszek wrócił szczęśliwie do domu. Poszedłeś dalej swoją drogą i znalazłeś się w odpowiednim miejscu i czasie. Pomogłeś starszej kobiecie z zakupami, trochę zboczyłeś ze swojej drogi, ale to nic nie szkodzi. Grzecznie odmówiłeś poczęstunku i zszedłeś z szóstego piętra schodami. Pod kinem już czekali na ciebie przyjaciele? Czy to był dobry film? Ponoć jeden obraz znaczy więcej niż tysiąc słów. Choć bez słów nie byłby obrazów, bo to słowa są kluczami do królestwa wyobraźni. 

Wiele bym dała słów by nasz obraz stał się realny, by otoczył nas zapach kwiatu jabłoni. Gdy jabłka znów staną się dojrzałe żebyśmy razem je smakowali. A wszystkie chwile prostoty życia dzielili byśmy już razem. Jestem dla ciebie i czekam pod drzewem jabłoni.



środa, 16 września 2020

Wspomnienia

Gdy babie lato uleciało sitowiem a kormorany lotem rozpostarły skrzydła, liść rdzawy pokrył parkowe alejki, kasztany pogubiły kolczaste czapeczki. 
Starszy mężczyzna przysiadł na parkowej ławce. Wzrok jego zatrzymał się na pobliskiej fontannie, a w uszach ożył dźwięk zapomnianego fletu. 
- Chodź, chodź - ktoś pociągnął go za rękaw niebieskiego swetra. - Chodź proszę - usłyszał dźwięczne ponaglanie. 
Przy jego boku stanęła piękna flecistka, nie umiał oderwać wzroku od jej szczerego uśmiechu i przez dłuższą chwilę nie potrafił wydobyć z siebie żadnego słowa. Po chwili przypomniał sobie, że w lewym ręku trzyma bukiecik fiołków.
- Proszę, to dla ciebie - prawie wyszeptał. 
- Dziękuję - usłyszał radosny głos i poczuł czuły pocałunek na policzku.
Brązowy kapelusz potoczył się po parkowej alejce.
- To chyba pana - powiedział spokojny głos. - Proszę pana spadł panu kapelusz - poczuł lekkie szturchnięcie. Przechodzień wyrwał go z zamyślenia. 
Mężczyzna wstał z ławki i podszedł do parkowego stawu. Szum fontanny w jego uszach odbijał się jak echo minionego czasu, czasu który podarował mu przepiękny kwiat życia.
- Zobacz, gdy gasną wszystkie uliczne latarnie można zobaczyć prawdziwe światło gwiazd - wskazała palcem na wielki wóz. Przytulił ją mocno do siebie. 
-  Co jeszcze mądrego powie mój śliczny geniusz? - Z czułością pogłaskał ją po głowie.
- Że ich świetlista energia życia jest naszym odzwierciedleniem, my otulamy je naszym wewnętrznym promieniowaniem i to światło do nas powraca. Chodźmy do domu - powiedziała i chwyciła jego ciepłą dłoń. 
W oddali rozległo się szczekanie psa, tuż obok usłyszał śmiech, młoda para minęła go w parkowej alejce. Słońce chyliło się ku zachodowi pąsowym uśmiechem.
- A pamiętasz - z oddali dobiegł go znajmy szept - ten pąs nieba zwiastuje jutrzejszy wietrzny dzień. - Powoli odwrócił się za siebie, ale nikogo już nie było w pobliżu. Cicho westchnął i wolnym krokiem wróciła do domu. 


Szła równy krokiem aleją miasta, w ręku trzymała papierową torbę z zakupami, w głowie przewijała się jej ostatnia rozmowa z Sandrą. Zatrzymała się przed sklepową witryną, jej wzrok przyciągnęła sukienka na wystawie, jakby wyblakłe zdjęcie wyjęte ze starego, przykurzonego albumu. 
- Czy mogę prosić cię do tańca? - usłyszała pytanie. Ktoś nie czekając na odpowiedź chwycił jej dłoń i poprowadził ją na parkiet. 
- Czy my się znamy? - z jej ust wydobyło się ciche oniemienie. - Czy my... - uciszyło ją czułe spojrzenie. Przetańczyła w jego objęciach nie jeden wieczór.
Wpadł na nią mały chłopiec i wytrącił z zamyślenia. Papierowa torba wypadła z jej rąk, a gruszki i jabłka potoczyły się po chodniku.
- Bardzo panią przepraszam! - wykrzykną chłopie i 
zaraz zaczął zbierać rozsypane owoce. 
- Nic nie szkodzi - odpowiedziała nieco zmieszana. - Weź proszę jeszcze na drogę, to bardzo smaczne gruszki i jabłka.
- Bardzo dziękuję - chłopiec pobiegł dalej, a ona ruszyła w swoją stronę. 
Przeszła jeszcze kilka przecznic i stanęła przed kamienicą. Kluczem otworzyła drzwi wejściowe, weszła po schodach na drugie piętro, otworzyła drzwi do mieszkania, zapaliła światło a w kuchni na stole postawiła torbę z owocami. W czajniku wstawiła wodę i zaparzyła jaśminową herbatę. W salonie zatrzymała się przy regale z książkami i wyciągnęłam jedną. Usiadła wygodnie w bujanym fotelu i przeczytała tytuł i dedykację "Poezje wybrane - Dla mojej ukochanej - Leon". Przewertowała kilka kartek i znalazła fotografię oraz zaschnięty fiołek. 
- Czy mnie jeszcze pamiętasz? - w oddali usłyszała pytanie. - Czy mnie jeszcze pamiętasz?
- Pamiętam, zawsze będę pamiętać - szybkim krokiem podeszła do niego. - Wiesz przecież, że to serce nie mogłoby zapomnieć o tobie - w jej oczach pojawiły się łzy. 
- Nie płacz moje kochanie - przytulił ją do siebie - Przecież powiedziałem, że do ciebie dojadę, masz wielki dar i talent, uśmiechnij się.
- Boję się, że cię jednak nie zobaczę - uśmiechem przełamała łzę. 
- Nic się nie martw. Na początek będziemy do siebie pisać, w końcu ta przestrzeń ma nas łączyć, a nie dzielić - czule ją pocałował.
Dzwonek do drzwi wyrwał ją z letargu. Wstała z fotela, podeszła i otworzyła drzwi. Sąsiadka przekazała jej przesyłkę, którą zostawił u niej listonosz. Odbierając podziękowała, po zamknięciu drzwi ponownie poszła do salonu i położyła paczkę na stoliku. Wychodząc zgasiła światło, po wieczornej toalecie weszła do sypialni. Na krześle przy oknie leżał futerał, wyjęła z niego flet i zagrała kilka znajomych nut. Po chwili odłożyła go z powrotem, zgasiła światło i położyła się spać. 


Przez uchylone okno do pokoju wpadło pasmo ciepłego, jasnego światła. Starszy mężczyzna przewracając się na drugi bok poczuł przyjemne muśnięcie na policzku, niczym lekki dotyk niewidzialnej dłoni. 
- Nowy dzień, nowe możliwości - czule pogładziła go po paliczku i skroni. - Wstań, już słońce prawie świta, chodźmy do ogrodu. 
- Lena, jeszcze chwila - przetarł zaspane oczy. - Nowy piękny dzień i poranek, ale to ty jesteś moim najpiękniejszym wschodem i zachodem słońca - przytulił ją mocno. 
- Leo, wstań proszę - pocałowała go czule. - Proszę - wstali razem trzymając się za ręce.
- W takim razie zapraszam do tańca - poranna rosa zwilżała ich bose stopy a pasma wschodzącego słońca rozświetlały radosne twarze.
Dzwonek do drzwi wyrwała go z pół snu. Wstał pospiesznie z łóżka, założył szlafrok i otworzył drzwi wejściowe. Odebrał od kuriera zamówioną kilka dni wcześniej przesyłkę, po porannym prysznicu przygotował śniadanie. Delektując się poranną kawą powrócił myślą do minionego snu, jak echo powtórzył w myślach słowa "...to ty jesteś moim najpiękniejszym wschodem i zachodem słońca". Lekki dreszcz przebiegł po jego plecach, a na stopach odczuł orzeźwiający chłód porannej rosy. 
- Pewnego dnia popłyniemy razem tak jak te dwa nieme łabędzie - usłyszał za sobą znajomy głos. 
- Gdzie popłyniemy? - Zdziwiony zapytał. 
- Prosto przed siebie w głębię naszych wewnętrznych serc, tam gdzie nie ma kresu miłości - powiedziała spokojnie.
- Lena tu i teraz nie ma kresu miłości, nie trzeba nigdzie płynąć. Wystarczy być - ujął jej dłoń i przycisnął mocno do swego serca. - Wystarczy być, pamiętaj. 
Z zamyślenia wyrwał go dzwonek telefonu, energicznie wstał od stołu i odebrał. W podręcznym notesie zanotował informację, ucieszył się z pozytywnych wieści. 
- Czy to wszystko jest pewne - jeszcze dopytał, czując pewną nutę niepewności. 
- Tak, wszystko się zgadza. Życzę powodzenia - usłyszał w odpowiedzi.
- Dziękuję, do usłyszenia - zakończył rozmowę. 
"Tylko nie zapomnij pisać, nie zapomnij pisać..." to echo wciąż brzmiało w jego głowie. 
Z szuflady komody w przedpokoju wyjął plik listów. Na osobnej kartce dopisał jeszcze kilka słów, starannie wszystko zapakował, zaadresował paczkę i poszedł na pocztę. 

 

Przebudziła się o świcie. Powoli przeciągła ramiona i usiadła na łóżku. Otuliła się ciepłym szalem, wstała i jak co dzień zeszła do ogrodu. Z uśmiechem powitała pierwsze słoneczne promienie, a poranna rosa obmyła jej stopy. 
- Czy wyjdziesz za mnie? - w ręku trzymał bukiecik konwalii. 
- Tak - odpowiedziała od razu i przytuliła się do niego. 
Nagle rozległ się dźwięk telefonu. 
- Tak, słucham - odebrała.
- Lena, wszyscy już czekają na ciebie na lotnisku - usłyszała w odpowiedzi. - Nie spóźnij się!
- Nie spóźnię się, już jedziemy - zakończyła rozmowę. Zapakowali walizkę, wsiedli do samochodu i pojechali. Przed halą główną pożegnali się czule, w kieszeni jego marynarki został pierścionek. 
W dali usłyszała ćwierkanie, które wytrąciło ją z zamyślenia. Wzrok jej zatrzymał się na gałęzi sędziwego miłorzębu. Uśmiechem powitała niepozornego, małego kosa śpiewaka. Spokojnym krokiem wróciła do mieszkania. Po porannej kąpieli zjadła śniadanie, spakowała flet i nuty, i udała się na próbę, już za kilka tygodni kolejny wielki koncert. Wyszła pośpiesznie, bo przed próbą miała jeszcze spotkać się z Sandrą, całkiem zapominając o przesyłce pozostawionej na stoliku w salonie. 
- Lena, Lena - już z oddali na powitanie macha do niej Sandra.
- Witaj kochana, może usiądziemy chwilę tutaj - przysiadają na parkowej ławce.
- Przemyślałaś moją propozycję? - pyta przyjaciółka.
- Sama nie wiem - odpowiada Lena nieco zgaszona. 
- Sama nie wiem, co to za odpowiedź? - pyta. - Od ilu lat ja to już słyszę.
- Od tylu ile już się znamy. Nie wydaje mi się, żeby coś z tego wyszło.
- Dwadzieścia lat, a może mniej. Nie wydaje Ci się bo w głowie masz tylko jednego mężczyznę, ale to są tylko obrazy sprzed lat. Filip cię lubi i to nawet bardzo, i ty jego też, czy nie warto...
- Sandra - przerywa jej Lena - lubić a kochać, pokochać to nie to samo i nie tylko w głowie a w sercu, i znów mam to dziwne przeczucie. 
- Już dobrze - przytula ją - wiem ile dla ciebie znaczył, choć życie i tak płynie do przodu. Jakie przeczucie? 
- Jakbym zapomniała o czymś bardzo ważnym - spojrzała na zegarek. - Dochodzi dziewiąta, muszę już iść, do zobaczenia - wstała z ławki i zaczęła iść.
- Do zobaczenia, zadzwonię jutro do Ciebie - pożegnała się Sandra.
Próba zaczęła się punktualnie, nie było wiele poprawek, wszyscy byli zadowoleni, a solówkę Leny jak zwykle oklaskiwano. W towarzystwie Filipa zjadła smaczny obiad, pozwoliła odprowadzić się do domu, ale i tym razem nie zaprosiła go do środka. 
Po powrocie usiadła na kanapie, jej wzrok zatrzymał się na przesyłce pozostawionej na stoliku. Podniosła paczuszkę i niedowierzająca własnym oczom przeczytała imię nadawcy - Leon. Zamarła chwilę w bezruchu. Po chwili zaczęła rozpakowywać zawinięty papier. W środku znalazła plik kopert i małe pudełeczko. Na na osobnej białej karetce przeczytała pytanie: "Czy wyjdziesz za mnie?" We wnętrzu białej kartki znalazła jedną zasuszoną niezapominajkę. W jej oczach pojawił się łzy. Otworzyła małe szafirowe pudełeczko i znalazła w  nim złoty pierścionek. Stanęła na przeciw znajomej scenie.
- Powiedz proszę, który z nich najbardziej Ci się podoba? - zapytał. 
- O ten pośrodku - odpowiedziała i wskazała palcem.
- Choć przymierzysz - weszli razem do sklepu. Pierścionek pasował idealnie. Sprzedawca poinformował ich, że niestety jest już on zarezerwowany. 
Wzięła do ręki pierwszy list, wyjęła go z koperty i zaczęła czytać, później wzięła drugi i kolejny, i tak minęło południe, wieczór i pół nocy. Zasnęła ze zmęczenia, rano obudził ją telefon.
- Słucham - odezwała się zaspana.
- Lena czekamy wszyscy na ciebie. Gdzie jesteś? - zapytał Filip.
- Dziś nie przyjdę, przepraszam - odpowiedziała. 
- Co się stało? - z troską w głosie zapytał.
- Nic poważnego, kłopot z gardłem, za godzinę idę do lekarza - odpowiedziała.
- Kłopot z gardłem? Lena? Co to za wymówka? - już z niepokojem w głosie pytał dalej.
- Przepraszam, do jutra już będzie dobrze, grajcie - rozłączyła się. 
Przepłakała jeszcze pół dnia. Później chodziła kilka dni smętna, choć na próbach starała się jak mogła najlepiej. Nie miała ochoty z nikim o tym rozmawiać. W końcu usiadła któregoś dnia przy biurku i napisała list, dołączyła do niego jeden bilet na koncert wraz z zaproszeniem oraz pierścionek, otrzymane listy zachowała. 



Minęło już kilka tygodni, a ciągle nie było odpowiedzi. Wracał do domu z zakupami, nie brakowało mu wewnętrznej pogody ducha, ale powoli zaczął wątpić, że po tylu minionych latach będzie mu znów dane choćby zobaczyć jej uśmiechniętą twarz. Przy furtce powitał go listonosz. 
- Dzień dobry - usłyszał na powitanie. - Przesyłka dla szanownego Pana. 
- Dziękuję - odebrał paczuszkę, kątem oka wyłapał imię nadawcy i serce mocniej mu zabiło.
- Miłego dnia i do zobaczenia - pożegnał się listonosz.
- Miłego - tylko tyle odpowiedział. 
Pośpiesznie wszedł do domu, torbę z zakupami zostawił w przedpokoju i usiadł na kanapie w salonie. Przez dłuższą chwilę wpatrywał się w paczkę trzymaną w ręku.
- Leo a znasz ten piękny wiosenny kwiat? - z uśmiechem zapytała.
- Tak znam, to stokrotka - odpowiedział i czule ją pocałował. - Taki piękny wiosenny kwiat jak ty.
- Bellis perennis - wypowiedział dźwięczny głos. - Nazbierajmy trochę z wewnętrznym podziękowaniem, w domu zrobimy herbatę. 
- Herbatę z stokrotek, Lena? - zapytał zdziwiony. - I z wewnętrznym podziękowaniem, przecież to tylko wiosenny kwiatek. 
- Leo przecież to życie, które kwitnie nawet czasem przez cały rok, każemy życiu należy się podziękowanie, wewnętrzna wdzięczność prosto z serca - z uśmiechem odpowiedziała - Niewielu wie, że stokrotki to nie tylko piękne kwiaty, ale też cenny surowiec zielarski. 
- Nie wielu też wie, że goszczę tą jedną stokrotkę nadal w sercu - głęboko westchnął i rozpakował paczuszkę. W swoje dłonie ujął szafirowe pudełeczko. Posmutniał, nie musiał go otwierać, bo wiedział co jest w środku. W fioletowej kopercie znalazł bilet i zaproszenie na koncert, spojrzała na datę - to już za dwa tygodnie. Z białej mniejszej koperty wyciągnął list: 

Drogi Leonie

Gdy dziś czytam twoje listy po moich policzka spływają łzy. Mogłabym nimi wypełnić całą szkatułkę, szkatułkę szklanych łez. Jakaś cząstka mnie znowu umarła, po refleksji przyjdzie czas na ponowne odrodzenie. Moje serce nie mogło zapomnieć o tobie, ale też nie jest mu łatwo pogodzić się z tym, że upłynęło tyle lat milczenia. Nie mogę przyjąć pierścionka, z którego cieszyłabym się tak bardzo kiedyś, kiedyś kiedy każdy nowy dzień był naszym wspólnym, a o poranku tańczyliśmy razem boso w porannej rosie, kiedy wspólna droga wydawała się prosta i przesłana fiołkami. Nie zrozum tego, że w moim sercu nie ma miłości, bo gdybym temu zaprzeczyła, to oszukałabym samom siebie. Moja obawa sprzed lat stanęła przede mną jak żywa, a w myślach na nowo pojawia się pytanie: Co nas przed laty tak naprawdę rozdzieliło? Brak słów? Milczenie? Przy pożegnaniu na lotnisku było w nas tyle, radości i wewnętrzna jedność, więc co nas rozdzieliło?
Choć nadal jesteś cząstką mnie a ja Ciebie w mojej rzeczywistości jest kolejna próba dojścia do siebie, bo choć ta przestrzeń ponownie nas łączy, te wszystkie lata mijały bez dotyku twych dłoni i radosnego śmiechu. 
Co z zaufaniem? Gdy tak długo pozostawał bez odpowiedzi, każdy wysłany do Ciebie list, a po latach wszystko dotarło nagle niczym dzisiejszy poranny wiatr. Wiatr listonosz śmiesznym Pan - Czy mnie jeszcze pamiętasz? - pytałeś kiedyś. Pamiętam, pamiętam każdą z wypowiedzianych dźwięcznych nut. 
W fioletowej kopercie przesyłam bilet i zaproszenie niedługo mamy kolejną premierę. Wiedeń powinien Ci się spodobać. 
Lena 
P.S.  
wspomnienie 

znalazłam w sobie miłą chwilę
tak cicho szeptała na dobranoc
z czułością otulając nagie ciało
w ciepłym westchnieniu 
współodczuwając

znalazłam w sobie moc uśmiechu
tańczącą boso w zielonej trawie
smakującą słodycz polnych truskawek
czującą delikatność płatków polnych maków

znalazłam w sobie niemą tęsknotę
za wietrzmy walcem z wiatrem
za wskazówką zagubionego czasu
za pisklęciem zamkniętym w skorupce 

znalazłam w sobie szklaną łzę
bo choć dzień zrodził się promienistym wschodem
noc uroniła spadającą gwiazdę

Odłożył list i cicho zapłakał, sam dobrze wiedziała jak bardzo zranił serce, które nadal bardzo kochał. 
- Zobacz Leo, zobacz - w duchu usłyszał - jak jaskółki nisko lecą - jego wzrok powędrował za jej palcem.
- Widzę - odpowiedział. 
- Niedługo będzie padało, możemy pospacerować w deszczu - mówiła dalej - boso w zielonej trawie, zatańczymy zwiewnego walca - klasnęła w dłonie i roześmiała się.
- Wiatr listonosz śmieszy pan - zanucił. - Zaprasza do zwiewnego walca -  skłonił się i podał jej dłoń. 
- Co ja robię! - zawalał i szybko poderwał się z miejsca. Nie wahając się ani chwili pojechał kupić bilet na pociąg, po powrocie do domu zarezerwował hotel. Przed snem jeszcze raz przeczytał list. Po przebudzeniu znów sięgną po list, ale i tym razem postanowił nic nie odpisać. 

 

Nie dostała od niego żadnej odpowiedzi, choć wcale tego nie oczekiwała. Nie wiedziała czy przyjął zaproszenie na dzisiejszy koncert. Przed występem poprosiła koleżankę, by przekazała wiadomość jej gościowi jeśli zajmie zarezerwowane miejsce w jednej z lóż. Teraz spokojnie czekała po udanej premierze w operowej kawiarni. W palcach zgrabnie przekładała kawałek papieru, tworząc tulipana z zapamiętanego wzoru origami. 
- Proszę to dla Ciebie - podała mu czerwony kwiat. 
- Dziękuję - odpowiedział. - Ale co to? - zapytał zdziwiony.
- Magia papieru - uśmiechnęła się szczerze. - Czerwony kwiat mojego serca dla Ciebie - obdarzyła go pocałunkiem.
Dziś trzymała biały kwiat w dłoni, jej zamyślony wzrok odpłyną w stronę okna. 
Leon stanął w wejściu kawiarni, uważnie rozejrzała się po sali, ale nie zobaczył jej od razu.
- Zapraszam do stolika - podszedł do niego kelner.
- Szukam panny Leny, flecistki - powiedział.
- Siedzi przy stoliku pod oknem - wskazała dłonią kelner.
Wzrok Leona zatrzymała się na kobiecie w białej sukience zapatrzonej w okno, powoli zbliżył się do niej pewnym krokiem.
- Czy mnie jeszcze pamiętasz? - zapytał i położył bukiet białych róż na je kolanach. 
- Pamiętam - cicho opowiedziała odwracając głowę w jego stronę. - Proszę, to kwiat mojego serca - podała mu papierowego tulipana, po jej policzkach spływały łzy. 
- Już nie płacz - czule ją przytulił.
Razem wyszli z opery, szli oświetlonymi ulicami miasta, znów razem patrzyli na gwiazdy.


 
 
 

wtorek, 25 lutego 2020

W wolnym świecie

Wciąż nam powtarzają, że żyjemy w wolnym świecie. Ale czy na pewno? 
Stojąc w kolejce na poczcie usłyszałam pewną prośbę:
- Chciałbym zarejestrować telewizor - powiedziała starsza Pani. 
- Zarejestrować telewizor, bardzo proszę podać swoje dane - odpowiedziała Pani z okienka. 
Aż ugryzłam się w język, żeby nie wypowiedzieć swoich myśli: "Czy w wolnym świcie rejestruje się telewizory? Czy telewizor jest tak konieczny w życiu, że trzeba go rejestrować w urzędzie pocztowym?"
Starsza Pani przekazała swoje dane. Pani z okienka zadała jeszcze dodatkowe pytanie:
- Czy wyraża Pani zgodę, bo na podany adres będą wysyłane blankiety opłat, a opłata miesięczna wynosi 27 zł, czy jest Pani tego świadoma?
- Nie, nie jestem świadoma - odpowiada starsza Pani - ale telewizor proszę zarejestrować, będę płacić.
Ugryzłam się znowu w język, żeby nie wypowiedzieć głośno swoich myśli: "Ale przecież to nie potrzebne, po co w systemie się podkablować, to nie jest zgodne z obowiązującym prawem. I po co Pani ten telewizor, w którym królują wysypiska dezinformacji?"
Ludzie jednak żyją w mroku, w końcu nikt o nic mnie nie pytał, więc się nie wtrącam, żeby nie wywołać niepotrzebnych reakcji samoobrony i niezrozumienia. Tak w końcu nauczono ich żyć w wolnym świecie, gdzie legalnie mogą płacić haracz o nazwie podatki. 
Ludzie w końcu co dzień siedzą na rzekomo ciepłych posadkach, dobrych etatach, tylko nie wiedzą, że zamiast w żelaznych, tkwią w papierowych kajdanach.




W wolny świecie są tzw. państwowe obowiązki. Każde dziecko, do tzw. wieku pełnoletności, musi chodzi do szkoły i podporządkować się pod dyktando obowiązującego programu, mind-programu, nauczania. Egzekutorami tego programu są kochający swoje pociechy rodzice, oraz pilnujący swoich ciepłych posadek, zatroskani w gruncie rzeczy swoimi własnymi wynikami nauczyciele, bo przecież w systemie trzeba się wykazać dobrymi wynikami, awansować i zebrać pochwały, bo co powiedzą koledzy i przełożeni, dzieci też trzeba zaprogramować na posłusznych obywateli. 
A co na to dzieci - choć dzieci i ryby głosu nie mają: 
- Buuu, nuda, historia wcale nie jest ciekawa, a w dodatku zakłamana - mówi piątoklasista Adaś - po co się tego uczyć, ale już niedługo lekcja matematyki - jego głowa jest bardziej ścisła niż humanistyczna, więc ta lekcja mu bardziej odpowiada. 
- Znów ta fizyka i nauczyciel, który sam nie rozumie o czym mówi - mówi Marta uczennica drugiej klasy liceum - i na co nam ta atomówka, czy my będziemy kiedyś produkować bomby lub reaktory, które niszczą świat, lepiej tulić się do drzew, poznawać życie, które nas otacza, ale już niedługo będzie lekcja biologi - pociesza się, bo jej serce, które wyraźnie współodczuwa z wszelkim istnieniem, przewodzi intelektowi. 
- I ta religia, po co ona w ogóle jest w szkole, niech lepiej wraca do kościoła - powtarzają różne dzieci chórem - Oni męczyli naszych bliźnich ogniem i miecze, a teraz będą nas uczyć o karze i winie, wiecznym potępieniu i grzechu. Na ziemi stworzyli piekło i chcą nam wmówić piekło w wieczności, i ojca, który rózgą w dodatku żelazną pasie swoje owieczki, a te owieczki to rzekomo my. Bóg jest w nas, a nie w ludzkich świątyniach z drewna, czy z kamienia. - Oni już rozpoznali, że ich ciała są cichą świątynią Duch, o której mówił ich brat Chrystus i nie potrzebują takiego zakłamanego nauczania. 
- Mamo, mamo, boli mnie brzuch - skarży się Krzyś - nie mogę dzisiaj iść do szkoły - wcale nie podobają mu się szkolne sprawdziany.
- Tato, tato, boli mnie głowa - płacze Marysia - nie będę się mogła skupić się na lekcjach, zostanę w domu. 
Brzuszek, paluszek i główka, to w końcu dobra szkolna wymówka. Ale czy ktoś z dorosłych się kiedyś zastanawiał, co tak zniechęca dzieci do szkoły? Czy ktoś z nich zadał sobie trud, żeby wysłuchać ich racji, by polepszyć plan rzekomo dobrej edukacji? Do czego tak naprawdę prowadzi ta rodzicielska i nauczycielska troska?  Czy nie martwią się oni tak naprawdę sami o siebie, bo w końcu co z tych dzieci wyrośnie? Posłuszni obywatele, czy samodzielnie myślące, wolne, odpowiedzialne istoty? 



W wolnym świecie niczym grzyby po deszczu wyrastają pola walki. Wciąż na nowo jeden bliźni jest napuszczany niczym pies łowczy na drugiego bliźniego pod religijnym sztandarem lub rzekomą obroną przed terroryzmem. Przecież to takie chwalebne, przecież trzeba być patriotom, trzeba zachować granice dla porządku, to w końcu nasza ziemia, nasze interesy. Właśnie interesy i tylko interesy, ale czy ktoś z tych mundurowych i tych bez mundurów z bronią w ręku, kiedyś się nad tym zastanowił? Czy kiedyś choć przez chwilę pomyślał: Czy ja znam tego drugiego, na którego rozkazano mi podnieść rękę? W imię kogo? Boga, który kocha? W imię strachu rzekomo przyszłej zakłady i mordu? A czyje ja niby na wschodzie załatwiam interesy? Czy kiedyś zostanę wspólnikiem to tej ropy? Czy zwrócą mi kiedyś oderwane ręce i nogi? A co mi tam, przecież teraz i tak się wysyłam dorny
To w makro... (Są jeszcze wojny galaktyczne, ale ograniczmy się do Ziemi.)
A w mikro... 
W mikro są domki i rodziny, sąsiedzi pełno pretensji, niesnasek, burczeń, zazdrości, chciwości, tępego uporu, życia w strachu, uszczęśliwiania na siłę i brak komunikacji. 
Zazdrośnik:
- Znów spóźniła się 5 minut wracając z pracy. Na pewno byłaś z tym łysym kolegą! - krzyczy. - Na pewno z nim!
Żona:
- Przecież o tej porze zawsze są korki, nie tyko ja wraca z pracy - szlocha - tak wczoraj, tak dzisiaj, przestań. 
Po awanturze został siniak. (To dawno zasłyszana historia z czyjegoś życia.)
Mama kwoka:
- Nie wychodź bo za zimno, uważaj bo się przewrócisz, kichałeś już mamy antybiotyki - ciągle zatroskana woła - chodź do doktora, bo trzeba ochronnie cię zaszczepić, tego nie dotykaj, bo tam są zarazki.
Dziecko:
- Mamusiu, ale ja się ciepło ubieram, to przecież lekki katar po co te zimne lekarstwa - mówi dziecko - nie są mi potrzebne szczepienia, a przed zarazkami mam odporność. 
Mama kwoka nie słucha, ale bardzo się troszczy, choć dziecko ze zbytniego uścisku skrzydeł się wyrywa.
Dziecko otrzymało najlepszą opiekę - również lekarską - pod słońcem. Zniszczono mu odporność i dobito chemią, a matka kwoka szlochała na grobem zupełnie nie rozumiejąc, że swym nadmiernym kwokaniem na tzw. tamten świat zaprowadziła swoje dziecko. ( Z prawdziwych życiowych historii życia strachem.)
Jeszcze w mikro zostaje nam życie wewnętrzne, ale może na razie nie będziemy wchodzić tak głęboko. 





W wolnym świecie, wolni ludzie jednak w kajdanach swoje samowoli równo gęsiego kroczą. Zapomnieli o boskiej woli, o kosmicznych, boskich, uniwersalnych prawach równowagi, o jedności z samymi sobą, Bogiem i całym życiem, które ich otacza. Utkwili w materii, zapotnieli o biofotanch i fraktalach, mocy wewnętrznego światła, w zgęszczonym cielesnym promieniowaniu. Obciążeni zmysłami i lękami solidnie ukształtowali swoje ego. Zaszczuci religiami, politycznymi ustrojami i ludzką popkulturą, zdrętwieli. Ogłuszeni falami ELF głęboko zasnęli. Wciąż gonią i gonią za pieniądzem i karierą, tak w końcu ich umysły zostały zaprogramowane, rachunki i podatki trzeba płacić. Pobyt na tej planecie nie jest darmową wycieczką, a dusza w ludzkim ciele przecież nie wie, że zamienia swoją życiową, duchową energię, na sztuczną elektroniczną, papierową lub plastikową. A jak o to, ją zapytać:
- Jak to? Przecież wszyscy żyją tak w tym świecie, to przecież normalne. 
To przecież normalne, to są w końcu ludzkie normy, zamrożone promieniowanie, konflikty, wojny, wyzysk planety i bliźnich. 
Ale czy na pewno? Czy te normy są w w porządku, w boskim uniwersalnym prawie porządku czy jednak przybiegunowe?


Rozkuj cielesne kajdany, bądź prawdziwie, wewnętrznie wolny!