niedziela, 26 maja 2013

Sen



Dziś zrozumiała, że nie zapytał by o zgodę. Zbyt mocno chciał wejść w słodycz jej nagiego ciała, niewinny tkliwy dotyk, pocałunki zakochania. W swych objęciach pragnął ją tęczą otulić. Jednak nie spostrzegł, gdy pośród bezdźwięcznych krzyków, popłynęły łzy niemego łabędzia „Bo nie jesteś prawdziwy!” W oknie znów uniosła firankę, nieobecnym wzrokiem wciąż wypatrywała niewidzialnego gościa. Nie przyszedł przedwczoraj, gdy tak głaskała szybę. Nie zjawiał się wczoraj gdy liczyła płatki śniegu - „Znowu mamy styczeń.”- myślała. Nie słychać jego kroków nawet dziś na pustym chodniku, gdy tak tuli i tuli swoje ciało na białym parapecie.

- To nic – w cichym chlipaniu opowiedziała do siebie – to nic, przecież mam samą siebie.

Dziś zrozumiała, że sercu trzeba w końcu wybaczyć. W głęboki zapadła sen.

- Cicho – delikatnie palcem nakrył jej usta – popatrzmy dzisiaj na księżyc, jak nowym sierpem wschodzi w nowiu.
- A wiesz – wyrwała mu się z objęcia – że jak on wschodzi na południu, o tak jak teraz, to ciepło będzie przez następny miesiąc.
- Tak, moja bystra główko – z czułością ujął ją za rękę.
- I popatrz – wysunęła swą dłoń z jego dłoni lekko i wskazała na księżyc – jego rogi kierują się do góry i nie ma żadnej mgiełki, kapturka, więc miesiąc będzie suchy.
- To kiedy będzie padać? – tylko cicho zapytał, nie szukają ponownie jej dotyku.
- Gdy rogi będą skierowane w dół, to przyjdzie mokry miesiąc. Jeżeli w dowolnej fazie księżyca, wieczorem otuli go chmura, mgiełka, na następny dzień będzie padać. - Coraz bardziej się od niego oddala – a jeśli w nowiu pokaże się na północy, przyprowadzi zimny miesiąc. Na każdą księżycową prognozę, patrz pod kątem pory roku i danego miesiąca, bo ciepało w grudniu, czy czerwcu znacznie się od siebie różni.
- To taki z tego księżyca żartowniś!– próbuje z uśmiechem żartować. - Ale moja mądra główka... – głos mu nagle smutnieje. - Gdzie ty znowu uciekasz?
- Tam gdzie ciebie wciąż usiłuję spotkać – tę samą znów słyszy odpowiedź.

Jeszcze pośród zaspanego świtu przebudziła się, ptak za oknem już dźwięcznie śpiewał, a w sercu usłyszała swą senną odpowiedź „Tam gdzie ciebie wciąż usiłuję spotkać.” Wolno zaczęła otwierać zaspane oczy, lekko się przeciągać.
- To nic – cicho wyszeptała – to nic – tak jakby mówiła do kogoś obok – to naprawdę nic, spokojnie, ptak za oknem tak pięknie szczebiocze. Dzień dobry, już pora na śniadanie.
Powoli wstała, rozsunęła zasłony w oknie. Przez zamarzniętą szybę wpadł do pokoju snop białego światła oświetlając krawędź pustego łóżka. Z radością klasnęła w dłonie na widok zmarzniętych malowideł, „Taki piękny tulipan, malowany mrozem” - pomyślała. Otworzyła okno i wysypała ziarna słonecznika dla znajomego ptaka. Poszła wziąć poranny prysznic. Z czułością dotykała swego ciała, jakby chciała się go nauczyć na pamięć. Wyczuć każdy mięsień, każdą mikroskopijną komórkę. „Bo czy to do końca jestem ja” - pytała samą siebie.
W kuchni wstawiła wodę w czajniku i zaparzyła świeżo zmieloną kawę. W powietrzu uniosła się cudowna woń zapachu jej dzieciństwa, tak dobrze zapamiętanego. Uśmiechnęła się do niego czule smarując masłem świeżą drożdżówkę. Z każdym kolejnym kęsem coraz bardziej rozstawała się ze swoim snem. „To nic” - myślała - „Ale gdzie ty znowu odchodzisz? - jego pytanie, ale po co on je wciąż powtarza?”.  Dzwonek telefonu wyrywał ją z zamyślenia.

- Dzień dobry Aronie – pierwsza się przywitała .
- Cześć, mogłabyś się zjawić w gabinecie pół godziny wcześniej? – zapytał Aron – Przepraszam, że tak cię ponaglam z rana, ale mam specjalną niespodziankę, która nie może czekać.
- Niespodziankę – zaśmiała się w słuchawkę – A...
- Nie myśl, że sobie żartuję – nie daje jej skończyć – jeszcze dostanę za to od ciebie całusa.
- Całusa, no nie wiem, ale zaraz wychodzę, także do miłego zobaczenia – rozłączyła się.

Wciągnęła brązowe kozaki na nogi, założyła puchową, beżową kurtkę i wełnianą czapkę na głowę. Szczelnie otuliła się szalikiem i wyszła z mieszkania. Naciągnęła na dłonie rękawiczki. W powietrzu unosił się lekki mróz. Do gabinetu miał kilka przecznic do przejścia. Po drodze wstąpiła do piekarni i kupiła świeże rogaliki z rodzynkami na drugie śniadanie. "Zrobimy sobie kakao  - pomyślała naciskając klamkę - i zjemy te rogaliki."  

- Dzień dobry - od progu przywitała ją ciepły głos Arona.
- Dzień dobry - odpowiedziała - kupiłam świeże rogaliki. Zrób proszę kakao, zjemy je razem.
- Już robię - uśmiecha się Aron - ile na dziś mamy zapisanych osób?
- Przyjdą trzy panie - stanęła w progu kuchni - na masaż limfatyczny piersi i twoich czterech pacjentów na sesje holopatycze. Od piętnastej będziemy już wolni - dodała. - A co to za niespodzianka, o której wspominałaś przez telefon?
- Chodź, usiądź tu - poprosił. - Zapraszam cię wieczorem na koncert i kolację, ale szczegóły są niespodzianką. - uśmiechnął się tajemniczo - Proszę twoje kakao - dodał. 
- Dobrze i dziękuję, a to twój rogalik .
- Dziękuję, od której zaczynamy? 
- Za pół godziny. A o której mogę się ciebie spodziewać później?
- O osiemnastej droga pani - ukłonił się jej.
Oboje się roześmiali.

Dzień minął spokojnie. O piętnastej zamknęli gabinet. W drodze do domu Sara wstąpiła jeszcze do sklepu i zrobiła drobne zakupy na obiad. "Zrobię dziś zupę pomidorową, więc ryż i pomidory się przydadzą" - pomyślała.
Po powrocie wstawiła szybko obiad i włączyła bojler, żeby woda później była ciepła. Wciągnęła kilka ubrań z szafy i rzuciła na łóżko. "Zaproponował koncert i kolację - myślała - zawsze jest taki kochany, że nie sposób mu odmówić." Po twarzy przebiegł jej cień minionej nocy.
- To nie jest ważne - wszeptała sama do siebie i poszła zjeść obiad do kuchni. Gdy skończyła jeść, pozmywała naczynia i wzięła prysznic. Ciepła woda spływająca po ciele, zawsze działała na nią odprężająco. 
Po wyjściu z łazienki stanęła nago przed lustrem w sypialni. Zegar wiszący na ścianie wskazywał siedemnastą. Miała jeszcze godzinkę czasu do przyjazdu Arona. 
- Ciało kobiety - powiedziała - jędrne piersi, wcięcie w talii, włosy spływające z ramion, zalotne spojrzenie, różowe usta, niewinna minka. Jaka kobieta jest słodka! I dla takiego ciała chcą wiecznie młodego życia. Ciągle pić i sikać - nuda!
Wzięła niebieską sukienkę z łóżka i ubrała się w nią. Włosy zostawiła rozpuszczone, ale wpięła w nie błękitny kwiatek.
- Piękna kobieta - uśmiechnęła się do odbicia w lustrze.
Chwilę później usłyszała dzwonek do drzwi. Przyjechał Aron.  

Koncert bardzo jej się podobał. Lubiła muzykę Mozarta. Kolacja w klimacie śródziemnomorskim bardzo jej smakowała. Nie zastąpione było towarzystwo Arona. Zawsze zabawny, odprężony mogła z nim swobodnie bez końca prowadzić najrozmaitsze rozmowy. Czuła, że wchodzi w pewien wymiar, w którym czas przestaje mieć jakąkolwiek rację bytu. Liczyło się tylko, że jest teraz i tu. Aron czuł, to samo co ona. 
Ciągle jednak nie pozwalała sobie na pełne zaufanie w stosunku do samej siebie, jak i do niego. Bliskość kojarzyła z bólem, a ból z bliskością.
Poprosiła żeby odwiózł ją do domu i pożegnała się z nim przed drzwiami mieszkania.
- Czego ty się tak ciągle boisz? - zapytała Aron.
- Dziękuję, dobranoc - tyle tylko odpowiedziała.
- Dobranoc.
Zamknęła za sobą drzwi i cicho wyszeptała:
- Kochania - po policzkach spłynęły jej łzy.
Przebrała się w piżamę i położyła spać. Po chwili zasnęła: 

- Wróciłaś - za plecami usłyszała znajomy głos.
- Wróciłam - odpowiedziała. W jego dłoniach ujrzała bukiecik konwalii.
- To dla ciebie - podał jej kwiaty.
- Dziękuję - uśmiechnęła się. -  Czy wiesz, że to ziele czarodziejek? - zapytała.
- Jesteś więc czarodziejką - ujął jej dłoń.
- Leczy ono ludzkie serce - dodała.
- Czy dzisiaj zostaniesz? - zapytał.
- Przecież jestem tutaj - czule na niego spojrzała. 
- Ale odchodzisz - jego głos posmutniała.
- Tylko tam gdzie ciebie znów mogę spotkać.
- Proszę, tu zostań.
Coś gwałtownie wyrwało ją ze snu. Usiadła na łóżku, lekko przecierając oczy. Za oknem wstawał blady świt.
- Jestem tu - wyszeptała. 

czwartek, 25 kwietnia 2013

Melodia

 

Znów przysiadłam na klawiszach fortepianu. 
Elfie - straciłam skrzydełka, gdy w objęcia materii wpadłam, prosto z płata kwiatu. Za dniem zatęskniłam, gdy kolejny złoty wóz odjechał, dziecięce pozbierał śmiechy. 
Czarne i białe naciskam klawisze, muzyki z nich wypuszczam czar. Nuty tuptusiają po pięciolinii: do, re, mi, sol, sol, mi, re, fa. 

Życie w biegu dudni niecierpliwymi krokami. Dzisiaj raptownie przeskoczyć chcę do jutra lub jeszcze nie zdążyłam odejść od wczoraj. Kiedy wędruję od tu do teraz, w dłoniach trzymam liść zeszłorocznej jesieni, wciąż zakrywając się jej zranieniem. 
Gdy sięgam z tego klawisza bez teraźniejszego głosu dźwięku, melodia staje się głuchoniema. 
Jeśli lekko unoszę i opuszczam palce bez bycia tutaj przy fortepianie, rozśpiewane nuty z nimi nie tańczą.

W tej chwili mnie nie ma. Przylgnęłam do skorupki laskowego orzecha, wczoraj siwy rozłupał go dziadek. W ręce pochwycił tęczowego motyla. Barwny pył ukradł z jego delikatnych skrzydełek. 
Z dzisiaj przeszłam do wczoraj. Tam białe konwalie w słońcu kwitną, papierowy w sercu ożywa ptak. Więc tu nie dostrzegam zieleni traw. Nie czuję w ustach słodyczy pomarańczy, choć kistka po kistce ją jem. Omija mnie blask gwiazd, bo z oczu mój wzrok umyka, w siną wybiega dal.

Przysiadłam na klawiszach fortepianu. W nocy z łóżka się wymknęłam, w gwiezdny rydwan snu wsiadłam. W znanej melodii zatańczyłam z cieniem walca. 
Teraz i tu otulił mnie sen. Nuty tuptusiają po pięciolinii: do, re, mi, sol, sol, mi, re, fa.
Elfie - znalazłam skrzydełka pośród płatków kwiatów. A rankiem, gdy sen umyka, życie tuli mnie w swych objęciach.






poniedziałek, 1 kwietnia 2013

Dziwny świat


- Ten świat stanął obok mnie, taki szary, taki bury. Nie! Nie! Nie lubię go - z niesmakiem stwierdziła. Przeżuła kilka razy ślinę i splunęła na podłogę. W ustach czuła nieprzyjemny, metaliczny smak. Im bardziej wyrywała się do życia, tym bardziej spadała w dół, jakby była przykuta jakimś niewidzialnym łańcuchem wprost do krawężnika.  
- Ten dziwny świat martwych ludzi przecież nie może być końcem - szeptała spacerując po pokoju - oni w końcu się obudzą. 

Mijały dni bezwolnie, tak bardzo bezwolnie. Noc ciche przykrywała chmury niemą nucąc kołysankę. W kącie pokoju nikt szklanych łez nie widział. Z wieczorem tańczyły czasem walca, gdy wieczorne żaluzje zielenią przysłoniła okna. A serce na poduszce szczerze szeptało:
- Wszystkich kocham, czerwone tulipany, stokrotki, bratki, niezapominajki. Wszystkich kocham. 
Przykryta senną kołderką spokojnie zasypiała.

Na parapecie okna przystanął Anioł, zastukał w szybę. Zobaczyła go stojąc pośrodku pokoju. Podeszła, otworzyła okno.
- Zapraszam do środka - z uśmiechem powiedziała, odganiając od siebie odrobinę smutku.
- Dostałem twoje listy - powiedział gość wchodząc - dostałem, czytałem i pisałem nawet. Czy wiesz kim jestem?
- Jesteś mną - bez wahania odparła - jesteś mną, mieszkanką tego ludzkiego ciała. Patrzącą przez zamarznięte okno, chociaż już wiosna i po polach spacerują żurawie. 
- Więc po co ci żal - zapytał Anioł - po co ci wina? Skoro wiesz kim jesteś. Przecież chciałaś żyć na Ziemi. Pokochać napotkanych ludzi. Wciąż piszesz "Drogi Aniołku", a ja jestem tuż obok, mieszkam w twoim ciele. Uśmiechnij się, proszę, przecież nikt mnie stąd nie wykradł.
- Przecież widzisz - dziewczyna odpowiada - przecież widzisz, bo patrzysz moimi oczyma na okrutną dziwność tego świata. Wciąż parada żelaznych tarczy, krzyków, a każda siebie nazywa gwiazdą.
- Ty świeć, niech ciebie nazywają gwiazdą - odparł Anioł - i nie depcz więcej swoich własnych kwiatów. Wiesz przecież, że to wszystko w światło się zmienia, każdy w nie wejdzie swoją własną drogą.
- Wiem, żyć będzie miłością. 

Mijały dni w spokoju gwałtowne, tak bardzo w spokoju gwałtowne. Dłoń ziemski puściła balon, w poznaną przestrzeń uleciał. Do ogrodów w postaci zeszło światło. Tych rozbudzonych całkiem z marzeń sennych obudziło, do prawdziwego domu poprowadziło. Resztę złocistym promieniem słońce przykryło.