sobota, 22 maja 2021

Droga do teraz

 Mewy 

Wylądowałam na przybrzeżnej skale, niczym rozbitek po sztormie u wybrzeży samotnej wyspy. W ręku trzymałam zdjęcia, niedokończone obrazy, niekompletne fotografie. Wokół nie latały mewy. Jedna z nich przysiadła obok mnie i zapytała.
- Co tu robisz sama? 
- Zbieram w sobie wewnętrzny spokój - cicho odpowiedziałam. 
- Wewnętrzny spokój? - powtórzyła zdziwiona. 
- Tak, za dużo zamieszkało we mnie chaosu - odpowiedziałam. 
- To rozwiń skrzydła i leć z nami. Pozwól by uniósł cię powietrzny prąd - powiedziała mewa.
- Nie mogę - trochę posmutniałam - przecież jestem człowiekiem, a ludzie nie maj skrzydeł i nie latają - odrzekłam. 
- A skrzydła wewnętrzne? -  zapytała mewa odlatując. 
- Skrzydła wewnętrzne? - powtórzyłam z lekkim zastanowieniem. - Nie odczuwam ich! - krzyknęłam do odlatującego ptaka. 

Zaczęłam przeglądać fotografie i powoli je układać, aż zaczął powstawać spójny obraz. Woda w około obijała się o skałę. Do moich uszu dochodził jej łagodny szum. Przyleciała do mnie druga mewa. 
- Co robisz? - zapytała przyglądając się mojej pracy.
- Staram się ułożyć zdjęcia w jednolity obraz. Chcę zobaczyć go w pełni i jasności - odpowiedziałam uśmiechając się do miłego gościa. 
- A co będzie przedstawiał ten obraz - mewa zadała kolejne pytanie.
- Są to pewne wydarzenia z przeszłości i bliskie mi osoby, których dokładnie nie pamiętam, ale te fotografie pozwolą na przypomnienie sobie wszystkiego - odrzekłam.
- A czy nie lepiej skupić się na teraźniejszości? Czy nie w niej znajdują się wszystkie odpowiedzi - zapytała mewa 
odlatując.
- Czy w teraźniejszości znajdują się w wszystkie odpowiedzi? - powtórzyłam pytanie zastanawiając się nad nim.
Przed odlotem mewa zostawiła jeszcze trochę jagód w prezencie i zdążyła wyjaśnić, że rosną one na sąsiedniej wyspie i są bardzo smaczne. Jedząc jagody oglądałam przepiękny zachód słońca. Gdy na bezchmurnym niebie pokazały się gwiazdy zasnęłam ze znużenia, w ręku wciąż trzymałam kilka fotografii.

Zbudziły mnie pierwsze promienie wschodzącego słońca i lekka morska bryza. Morskie wody były momentami dość niespokojne. Powietrze przeszywał chłód, który przez dłuższą chwilę trzymał mnie w swych objęciach. Powoli i spokojnie rozruszałam zziębnięte ciało. Rozejrzałam się nieco dokoła. Złociste promienie słońca oświetliły drobne kamienne schody wydrążone w skale. Zeszłam po niech w dół i zobaczyłam piaszczystą ścieżkę, którą szłam dalej, aż doszłam do plaży. Usiadałam na piasku i zaczęłam wpatrywać się w wschodzące słońce. Obok mnie przysiadła mewa. 
- Czy wiesz gdzie jest źródełko słodkiej wody? - zapytała.
- Nie, niestety nie wiem - odpowiedziałam zgodnie z prawdą.
- Mogę cię tam zaprowadzić - zaproponowała. 
- To bardzo miłe z twojej strony - ucieszyłam się. - Prowadź proszę, czuję poranne pragnienie.
- Choć za mną - mewa wskazała na dwie najbliżej rosnące palmy. - Polecę przed tobą, pomiędzy palmami jest ścieżka - ptak wzbił się do lotu.
- Dobrze - dopowiedziałam, wstałam z piasku i zaczęłam iść za lecącą mewą. 
Pomiędzy palmami kokosowymi rzeczywiście zaczynała się ścieżka. Mewa cały czas leciała przodem, aż doszłam do źródła z wodospadem. Pragnienie wzmogło się, więc zeszłam po kolejnych kamiennych schodach w dół i zaczerpnęłam wodę do picia. Woda w źródle była czysta i przejrzysta, nieco dalej od brzegu pływały ryby.
- Choć, choć do góry - usłyszałam nad sobą głos ptaka - choć, pokażę ci miejsce gdzie rosną świeże jagody.
- Idę - zawołałam czując lekki głód. Wspięłam się po schodach do góry i znowu poszłam za mewą. Tuż nieopodal źródła znajdowałam się zielona polana otoczona różnymi krzewami i drzewami owocowymi.
- Zobacz - wskazała skrzydłem mewa tuż po wylądowaniu. - Zobacz te czerwone jagody są jadalne, ale jeśli zobaczysz żółte, pamiętaj żeby ich nie jeść, są trujące - ostrzegła mnie. 
- Dziękuję, będę pamiętać - odpowiedziałam. - A te owoce na drzewie są jadalne? - zapytałam.
- Tak, to drzewko chlebowe, smacznego - mewa odpowiedziała i odleciała.
Zerwała jeden owoc i zjadłam, a po zjedzeniu wróciłam na skałę. Chciałam dokończyć układanie fotografii.
- Witaj, witaj - przyleciała kolejna mewa. 
- Witaj - przywitałam ją z uśmiechem. - Dziękuję za jagody, które wczoraj zostawiłaś. 
- Smakowały ci? - zapytała.
- Tak, bardzo - odrzekłam.
- To się cieszę - powiedziała. - Choć proszę ze mną, wskażę ci miejsce do zamieszkania. - Pofrunęła w górę.
- Zaczekaj - poprosiłam - muszę zabrać ze sobą fotografie. - Zebrałam je i podążyłam za mewą, która leciała w stronę źródła.
- Wejdź wyżej za wodospad - wskazała.
- Dobrze - odpowiedziałam i weszłam za wodospad. Moim oczom ukazała się białe, intensywne światło.

Biały Kot

Przez chwilę oślepiło mnie mocne białe światło, po czym moim oczom przedstawiła się zupełnie biała przestrzeń.
- Przejdź dalej, zapraszam - usłyszałam ciepły głos - i rozgość się.
- Gdzie jesteś? - zapytałam - Nie widzę cię. 
Coś bardzo puszystego i delikatnego otarło się o moje nogi. Wszystkie zdjęcia wypadły mi z rąk i rozsypały się. Szybko sięgnęłam, żeby je pozbierać. 
- Zostaw to niech leży - powiedział ten sam głos. - Podejdź proszę i usiądź wygodnie w fotelu.
- Gdzie jesteś? - zapytałam raz jeszcze podnosząc się do góry. Na wysokości swojego wzroku zobaczyłam zielone, kocie oczy.
- Tak, jestem kotem. Podejdź proszę - powtórzył głos - i usiądź w fotelu.
- Czy jesteś kotem? - zapytała i podeszłam.
Kierowałam się w stronę zielonych oczu wyciągając ręce do przodu. W końcu dotknęłam czego, co przypominało fotel i usiadłam. 
- Pomyśl teraz proszę jak ma wyglądać podłoga - powiedział kot. - Zamknij oczy i wyobraź sobie ją oraz kolory ścian, jeżeli chcesz znaleźć się w pokoju. 
- Dobrze - opowiedziała i zamknęła oczy. Wyobraziłam sobie drewnianą podłogę w jasnym kolorze oraz żółto-pomarańczowe ściany.
- Otwórz oczy i zobacz - powiedział kot.
Otworzyłam oczy i zobaczyłam pod stopami podłogę z mojej wyobraźni oraz pomarańczowe i żółte ściany dookoła. Cała przestrzeń przede mną pozostawała pusta.
- Jak masz na imię? - zapytałam kota. 
- Marcel - odpowiedział - czy podoba ci się efekt twojej pracy? - zapytał.
- Efekt mojej pracy? - zdziwiłam się. 
- Tak, efekt twojej pracy - powtórzył Marcel. - Efekt kreacji, a narzędzia do tego to twoje myśli, wyobraźnie i wizualizacja. Wyobraziłaś sobie podłogę i kolor ścian. Chciałaś żeby ta przestrzeń wokół ciebie zaistniała. Teraz możesz wykreować resztę pokoi, łącznie z meblami. Wyobraź sobie fotel, w którym siedzisz - powiedział. Zamknęłam oczy i wyobraziłam sobie dość duży, skórzany, ciemnobrązowy, ale przytulny fotel i podnóżek do niego. Wyczułam w ręku coś twardego. Po otwarciu oczu zobaczyłam, że trzyma niezapisany zeszyt, o którym też pomyślałam. Przed fotelem stał szklany okrągły stolik, a przed nim znajdował się kominek, w którym płoną ogień. W pokoju zrobiło się przyjemnie ciepło. To też była część mojej wizualizacji. 
- Te wszystkie elementy wnętrza to siła twojej kreacji, które towarzyszą pozytywne uczucia. Stałaś się budowniczym twojego świta, twojego zewnętrznego otoczenia - powiedział kot.
- Siła kreacji - powtórzyłam i zerwałam się zaniepokojona z fotela. - Moje fotografie, gdzie są moje fotografie?! - zawołałam i zaczęłam zbierać je z podłogi. Uklęknęłam przed okrągłym, szklany stolikiem i zaczęłam je ponownie układać.
- Co robisz Julio? - zapytał Marcel. 
Był cały biały i miał niezwykle puszystą i śliniącą sierść. Leżał rozłożony na górny brzegu fotela.
- Co robisz Julio? - powtórzył pytanie.
- Znasz moje imię? - popatrzyłam na niego zdziwiona. - Układam zdjęcia - opowiedziałam - muszę dobrze dopasować każde z nich, aby uzyskać odpowiedni i kompletny obraz.
- A czy to jest konieczne? - zapytał. - Nie wystarczy ci teraz tutaj, teraźniejszość? Każda fotografia wiąże się z ulotną chwilą przeszło. Jest przeszłością - dodał ciepłym głosem.
- To jest ważne dla mojego serca - odpowiedziałam uważnie przyglądając się jednej z nich. Znajdowała się na niej uśmiechnięty oficer w galowy mundurze. Trzymał za rękę równie uśmiechniętą dziewczynę w przepięknej biało-różowej sukni. Ona też trzymała kogo z rękę, ale nie mogłam od razu znaleźć drugiej części fotografii do pary. 
- Czy poznajesz osoby ze zdjęcia - zapytał Marcel zeskakując z fotela i podchodząc d mnie.
- Czy rozpoznaję? - pytająco spojrzałam na kota. - Czy rozpoznaję? - powtórzyłam i poczułam lekki ucisk w krtani. Do oczu napłynęły mi łzy a serce dotknęło coś bardzo bliskie, ale i smutnego.
- Tak, czy rozpoznajesz - Marcel przytulił się do mnie.
- To jest - podniosłam kolejny fragment układanki. - To jest mój brat i  moja córka, a tu - pokazałam mu fotografię - mój syn, mąż i ja. Żyliśmy razem za czasów Ludwika XVI i Napoleona. Mój mąż - wskazałam na mężczyznę - zginął pod 
Lipskiem, a brat powrócił z pola bitwy poważnie okaleczony. Opiekowałam się bratem po wojnie. Mieszkaliśmy w pięknej posiadłości teścia wraz z moimi dziećmi. - Przytuliłam  obie fotografie do serca. 
- Pięknie promieniejesz - ucieszył się kot.
- Tęsknię z nimi - wyszeptałam.
- Za kim? - zapytał Marcel.
- Za bratem, coś ważnego sobie w tamtym czasie obiecaliśmy - powiedziałam. 
- Co sobie obiecaliście? - zapytał. 
- Że zawsze będziemy się wspierać - odpowiedziałam uśmiechając się do niego.
Nadszedł już wieczór. Słońce za oknem powoli chyliło się ku zachodowi. Zaczęłam ziewać, ogień z kominka przyjemnie mnie ogrzewał.
- Połóż się tu - Marcel wskazał dywan i poduszkę przed kominkiem. Położyłam się i szybko zasnęłam.

Niebieski Gołąb

- Gdzie jesteś? - zapytał głos.
- Pod drzewem kwitnącej wiśni - odpowiedziałam.
- Co robisz? - ponownie zapytał głos.
- Spaceruję wraz z mężem i synem w bambusowym gaju - zaczynam opowiadać. - jest piękny słoneczny dzień, a my oboje nie musimy już służyć w pałacu cesarza. Możemy cieszyć się pięknem otaczającej nas natury, sobą nawzajem i naszym dorastającym synem oraz kolejnym dzieckiem, które niedługo przyjdzie na świat. 
- Wróć do mnie - powiedział ten sam głos - raz, dwa, trzy. 
Otworzyłam oczy. Czułam się jakbym wróciła z bardzo długiej podróży.
- Proszę poczęstuj się owsianymi ciasteczkami i  jaśminową herbatą - powiedział niebieski gołąb spacerując po skórzanej kanapie. 
- Dziękuję - odpowiedziałam i wzięłam jedno ciastko i wypiłam ciepły łyk jaśminowej herbaty.
- Jak twoje dzisiejsze samopoczucie? - zapytał niebieski gołąb.
- Dobrze, tylko czuję jakbym wróciła z bardzo długiej podróży - odpowiedziałam. - Kim jesteś i gdzie jest Marcel? - zapytałam.
- Jestem Feliks - odpowiedział - Marcel wyleguje się na słońcu jak na kota przystało. Przeżyłaś regresję. Przeniosłaś się w przeszłość do poprzedniego wcielenia, a ja starałem się być twoim przewodnikiem w tej podróży. Jeśli zechcesz będę ci mógł zawsze towarzyszyć w takich wędrówkach. 
- Widziałam drzewa kwitnącej wiśni - powiedziałam - o takiej jak na tej fotografii, trzymałam za rękę szczęśliwego samuraja i śpiewałam piosnkę równie szczęśliwemu chłopcu. - W drugiej ręce miałam kolejne dwa zdjęcia. Po policzku spłynęły mi łzy, gdy tuliłam je do serca.
- Pięknie emanujesz energią - powiedział Feliks i przysiadł obok mnie.
- Jak mogę tam wrócić? - zapytałam płacząc. - Jak?
- Po co chcesz tam wracać? - zapytał Feliks.
- Bo było tam tyle czułości, radości, miłości i szczęścia - odparłam.
- A teraz tu? - spojrzał mi prosto w oczy. - Czy nie masz w sobie wystarczająco miłości, czy nie jesteś miłością?
- Mam - opowiedziałam. - Jestem - dodałam - ale ta tęsknota serca.
- Ta tęsknota serca łączy cię ze wszystkimi, który w nim są, kiedy myślisz, że zostałaś z nimi rozdzielona - powiedział Feliks.
- Ale gdzie oni są? - zaczęłam nerwowo przeglądać kolejne fragmenty układanki.
- Zostaw - niebieski gołąb położył swoje skrzydło na moich rękach. - Zostań proszę teraz tutaj ze mną, kochaj. Przeszły czas został za tobą, ale szczęście jest teraz tutaj tobą.
- Szczęście jest mną? - zapytałam zdziwiona. W ręku trzymałam fotografię przepięknej pary królewskiej.
- Tak pamiętam - przytuliłam ją do serca, a następnie kolejne. - To jest mój ukochany mąż Franciszek, a tu są nasze dzieci i cała moja rodzina.
- Tak jesteś szczęściem, a teraz tutaj nim promieniujesz - powiedział Feliks.
- To dlaczego płaczę? - zapytałam, a po policzkach znów płynęły mi łzy. Feliks otulił mnie swoimi ogromnymi, niebieskimi skrzydłami.
- Pamięć czasami niesie ze sobą łzy, tak jak szczęście. Przecież cieszą cię te wspomnienia.
- Tak Feliksie bardzo cieszą mnie te wspomnienia - odpowiedziała - ale tęsknota...
- Tęsknota pomaga czasem nie zapomnieć nam pięknych chwil dawnego życia i o naszych ukochanych towarzyszach - rzekł Feliks - ale nie zostawaj za długo w przeszłości, skup się na teraźniejszości.
- Tu i teraz jestem z tobą, tulę się w miękki puch twych piór i powoli zasypiam - ziewnęłam i zasnęłam kołysana w objęciach niebieskiego gołębia. 

Oczy mężczyzny

Otworzyłam oczy. Wciąż znajdowałam się w tym samym pokoju i siedziałam w skórzanym, brązowym fotelu. Przede mną na stoliku stał imbryk z jaśminową herbatą, którą przelałam do filiżanki i miseczka ciepłej owsianki, a w kominku płoną przyjemny ogień, który ogrzewał pokój. W tej chwili byłam sama. Nie był przymnie ani białego kota, ani niebieskiego gołębia. Ze smakiem zjadłam owsiankę i delektowałam się smakiem jaśminowej herbaty. 
Na stoliku przede mną leżało jeszcze kilka fotografii. Wzięłam do ręki pierwszą z nich i ujrzałam ukrzyżowanego człowieka. Moje serce przeszył ogromny ból, a w stopie poczułam wbity gwóźdź. Na następnym zdjęciu ujrzałam kobietę, która płakała, bo ów mężczyzna konający na krzyżu z pierwszej fotografii był jej ukochanym mężem. Za to, że ukradł jedzenie dla głodującej rodziny został skazany na taką śmierć, oprócz niego ukrzyżowano jeszcze dwóch innych mężczyzn. Jako empatka czułam jego i jej ból. Wcześniej kobieta i mężczyzna na pustyni podążali za nauczycielem. Na końcu była ona prowadzona przez rzymskiego żołnierza i zakończyła życie na arenie wielkiego Koloseum. Wstrząsnęła mną burza lęku, bólu, rozpaczy i głośnego krzyku.
- Już cicho - dobiegł mnie spokojny głos. - Już dobrze, wróć teraz proszę do mnie. poczułam na swej dłoni ciepły dotyk. 
Spojrzałam w czułe oczy mężczyzny, który trzymał mą dłoń i siedział na kanapie obok fotela. 
- Gdzie byłaś? - z troską w głosie zapytał.
- Przeżyłam ukrzyżowanie - odpowiedziałam wciąż patrząc na niego - byłam jedną z uczennic Chrystusa, którą pojmali rzymscy żołnierze. 
- To wszystko jest już za tobą Julio - powiedział - teraz tutaj jesteś już bezpieczna, jesteś ze mną.
- Tak Marku - rozpoznałam go - jestem z tobą. Tamto wszystko odczuwałam jakby działo się teraz tutaj; tą śmierć na krzyżu mojego męża i swoją.
- To było przeszłe życie - otarł moje łzy, które jeszcze ciągle spływały po policzku. - Pozostań już proszę tutaj ze mną.
- Zostanę - uśmiechnęłam się do niego. W jego spojrzeniu było tyle miłości, a w dotyku tyle ciepła i czułości. We mnie pojawił się kolejny obraz pamięci ukochanego mężczyzny. W tej krótkiej chwili moje serce zabiło miłością. Wstała z fotela, podeszłam i przytuliłam się do niego.
- Dziękuję ci Julio za miłość twojego serca - powiedział. - Czy zostajesz już ze mną - zapytał patrząc mi w oczy.
- Zostaję - odpowiedziałam cicho. - Zostaję - powtórzyła nieco głośnie i pocałowałam go w policzek. Poczułam wewnętrzny spokój. Wszystko wróciło na swoje miejsce. Na stole nie było już żadnej fotografii i wszystko było jasne. Oczy Marka rozpromieniły się. 
- Kocham cię Julio - powiedział i pocałował mnie.
- Kocham cię Marku - odpowiedziałam. - To wszystko jest we mnie żywe, ale pozostaję z to tobą tutaj, w naszej pięknej 
teraźniejszości - dodałam gładząc jego włosy.
- Chodź pójdziemy na spacer. Jest piękny zimowy dzień - powiedział Marek i ujął moje dłonie. Wyszliśmy z domu i zamknęliśmy za sobą drzwi do przeszłości. Weszliśmy razem w nowe tu i teraz. Otulił nas przyjemny zimowy chłód oraz promienie porannego słońca. Pod stopami lekko pośród śniegu skrzypiał mróz.

 




sobota, 17 kwietnia 2021

Pod drzewem jabłoni

Wiele słów dałabym za miłość prawdziwą. Ile jeszcze mamy dni by ją przeżyć? Ile jeszcze mamy szans na to szczęśliwe, ponowne spotkanie? Wiele bym dała słów za twą opiekę i troskę oraz wspólną beztroskę. Ile wspólnych dróg przemierzyliśmy razem? Ile osobnych szlaków zostało za nami? Wiele bym dała za szczery uśmiech i tą pokorną ufność, że jutro będzie nowe dzień dobry. Ile było serdecznych uścisków na twoje ponowne powitanie? Ile było westchnień tęsknoty, gdy cię nie było na wyciągnięcie ręki? Wiele bym dała za tą chwilę cierpliwości, która na nowo może nas złączyć. Czy umiesz zaczekać aż wrócimy z tej długiej podróży? Czy ja umiem zaczekać na twój powrotny rejs? Aż twój i mój okręt zawinie to portu naszych serc? Dałabym wiele za tą cierpliwość drzemiącą w nas cicho, która nie pyta o powód milczenia i nieobecności, ale wciąż czuwa i słucha nawet tego, co nie zostało jeszcze wypowiedziane, wciąż drzemie i dojrzewa w naszych wnętrzach. Wiem dobrze, że dziś mnie nie ma obok ciebie, może nie wrócę nawet jutro, może nie będzie mnie też przy tobie pojutrze, ale gdzieś w ogrodzie rośnie krzak czerwonej róży. Czy kiedyś jeszcze razem zobaczymy jak pięknie latem rozkwita. Czy oczaruje nas swym pięknem i otuli przecudnym zapachem, który przypomni chwile radości i uniesień? Może tylko ty znasz odpowiedzi na te pytania, bo może tylko ty jesteś dobrym ogrodnikiem, który wie jak pielęgnować róże, by mogły w pełni swym blaskiem i czarem rozkwitnąć. Wiele słów bym dała, wiele... ale czy one wystarczą? Czy choć jedno z nich zastąpi obecność i czuły prosty gest? Czy choć jedno z nich, choć jedno z nich wystarczy? Chciałoby się rzec: wybacz, proszę wybacz przepraszam za każdą jedną łzę, za każdą chwilę bólu, bólu który dosięgł dogłębnie serca. Chciałoby się rzec: wybaczam, droga dalej wiedzie prosto, widzisz, przytul mnie. 

Dziś mnie nie ma przy tobie. Siedzę samotnie pod drzewem kwitnącej jabłoni. patrzę na kolejny zachód słońca. Czy ty też spoglądasz na to samo słońce, które w jednej chwili z soczystej pomarańczy tuż nad horyzontem przemienia się w żywą czerwień. Czy pamiętasz, że ten kolor różu pomieszany z czerwienią zwiastuje jutrzejszy wietrzny dzień? Moje bose stopy dotykają zieleni traw. Wiatr lekko rozwiewa moje włosy i porusza gałęzie drzew, strącając różowo-białe płatki z wolna przekwitających kwiatów. Czy kochasz jeszcze ten wiosenny śnieg? Te drobne płatki kwiatów, które spadają również na moją głowę i ramiona, przypominając mi twój szczery śmiech. "Widzisz, widzisz w locie znów zniżają się jaskółki, już niedługo spadnie deszcz" - pośród szumu wiatru jakby unosił się twój głos. Czy to jeszcze pamiętasz, że jaskółki w niskim locie niosą za sobą deszcz? Czy pamiętasz? 
W duchu niosę cząstek ciebie, w duchu jesteś ciągle blisko, nie dzieli nas przestrzeń i czas tylko wciąż na nowo łączy wewnętrzna jedność; wciąż na nowo każde z nas jest blisko, tak po prostu bezcieleśnie. Czy myślałeś kiedyś o tej prostocie życia? Czy cieszyłeś się nią będąc beze mnie tej cielesnej powłoce? Poranne promienie słońca gdy ze snu budzi nas nowe istnienie, istnienie nowego dnia, samego siebie, gdy powoli otwierasz zaspane oczy, gdy powoli przeciągasz się w łóżku. Rozciągasz ręce i nogi, wszystkie mięśnie pleców, leniwie przewracając się z boku na bok. Właśnie zdecydowałeś, że już najwyższy czas wstać, powoli podnosisz się i wkładasz stopy w miękkie kapcie. Wstajesz i zmierzasz prosto do kuchni, by nastawić wodę na poranną kawę, sama myśl o niej wywołuje w tobie pozytywne doznania, a jej zapach przywołuje miłe wspomnienia. Cieszy cię widok domowego jagodowego dżemu jaki i zapach domowej drożdżówki. Jest ciepło więc można wyjść i zjeść śniadanie na tarasie za domem, do twoich uszu dochodzi śpiew ptaków, twoje oczy cieszy piękno kwiatów rosnących w ogrodzie; te wszystkie zmysłowe doznania składają się na obraz twojego poranku, w końcu nigdy nie byłeś śpiochem. Poranku, który jest wypełniony zapachami, kolorami, dźwiękami i samkami. Dnia który zaczyna się od ciepła porannych, złotych promieni słońca, w który lekka gorycz czarnej kawy przełamana zostaje słodyczą jagodowego dżemu, gdzie fiolet, róż i żółć kwiatów mieni się w ogrodzie przed twoimi oczami a słowiczy śpiew łamany jest nutą trzmielich skrzydeł, a wiatr lekko swym powiewem rozwiewa twoje włosy Czy cieszy cię ta prostota życia? Czy w ogóle ją czujesz i widzisz? Zatrzymaj się.


Moje stopy dotykają zielonych źdźbeł wiosennej trawy i czują lekki chłód ziemi. Plecy opierają się o chropowaty pień sędziwego drzewa. Moja głowa i ramiona odczuwają delikatność spadających różowo-białych płatków kwiatów. Nadszedł czas przemiany i już niedługo na gałęziach pojawią się jabłka. Wokół roznosi się przecudna i subtelna woń kwiatów jabłoni. Do moich uszu dobiega znajome brzęczenie, to pszczoły i trzmiele zbierają ostatni pyłek i nektar tej wiosny z tego drzewa - cykl odwiecznej przemiany trwa. Czy myślałeś kiedyś o tym, że w tym małym ziarenku, które nie raz miałeś w swojej dłoni jest zapis informacji odnośnie wyglądu i wzrostu całego drzewa? Jako dobry ogrodnik wiedziałeś w jakiej glebie najlepiej je zasadzić, jak często je podlewać, osłaniać od nadmiernego wiatru. Cieszyłeś się każdą chwilą gdy wzrastało otoczone twoją miłością. Gdy osiągnęło już odpowiedni wiek i wzrost wiedziałeś jak je zaszczepić, by stało się przepiękną jabłonią i owocowało. Gdy wydało pierwsze polny twoje serce radowało się, dojrzałymi, soczystymi jabłkami częstowałeś rodzinę i przyjaciół. Każdy przyjął twój poczęstunek z wdzięcznością, podał ci dłoń na powitanie, uścisnął i pochwalił twoją pracę i dobre plony. Wydawałoby się, że to tak niewiele - jeden ogrodnik, jedna jabłoń otoczona jego sercem, jabłka, słowa serdeczne, uściski dłoni, przytulenie, radosny śmiech dziecka. Jednak czy każda z tych chwil nie była bezcenna. Czy radość dziecka w słowach: "Jakie to smaczne" nie była największym podziękowaniem? Prostota i piękno życia, czy zawierają się w tych słowach?  

Czy twój gest nie był dziś prosty? Przeczytałeś ogłoszenie i na wszelki wypadek spisałeś numer telefonu - coś cię tknęło wewnątrz, może intuicja. Komuś zaginął kot. Poszedłeś na spacer do parku. Jak zawsze przechadzałeś się tą samą alejką i znajomym ludziom przekazywałeś "Dzień dobry", bo przecież dobre życzenia są twoją specjalnością. Miau, miau, miau... nagle przystanąłeś i nasłuchiwałeś, miau, miau, miau... nadstawiłeś ucha i skierowałeś się we właściwą stronę, za krzewem jaśminu zobaczyłeś niewielką istotę, to był biały kot z ogłoszenia. Z dobrocią wyciągnąłeś dłoń, gdy kot podszedł, wziąłeś go na ręce i usiadłeś na pobliskiej ławce. Wyjąłeś telefon z kieszeni spodni i zadzwoniłeś, okazało się, że właściciele kociaka byli niedaleko, opisałeś im gdzie się znajdujesz i poczekałeś. Nie chciałeś przyjąć znaleźnego wystarczyło, że wszyscy się cieszyli - Puszek wrócił szczęśliwie do domu. Poszedłeś dalej swoją drogą i znalazłeś się w odpowiednim miejscu i czasie. Pomogłeś starszej kobiecie z zakupami, trochę zboczyłeś ze swojej drogi, ale to nic nie szkodzi. Grzecznie odmówiłeś poczęstunku i zszedłeś z szóstego piętra schodami. Pod kinem już czekali na ciebie przyjaciele? Czy to był dobry film? Ponoć jeden obraz znaczy więcej niż tysiąc słów. Choć bez słów nie byłby obrazów, bo to słowa są kluczami do królestwa wyobraźni. 

Wiele bym dała słów by nasz obraz stał się realny, by otoczył nas zapach kwiatu jabłoni. Gdy jabłka znów staną się dojrzałe żebyśmy razem je smakowali. A wszystkie chwile prostoty życia dzielili byśmy już razem. Jestem dla ciebie i czekam pod drzewem jabłoni.



środa, 16 września 2020

Wspomnienia

Gdy babie lato uleciało sitowiem a kormorany lotem rozpostarły skrzydła, liść rdzawy pokrył parkowe alejki, kasztany pogubiły kolczaste czapeczki. 
Starszy mężczyzna przysiadł na parkowej ławce. Wzrok jego zatrzymał się na pobliskiej fontannie, a w uszach ożył dźwięk zapomnianego fletu. 
- Chodź, chodź - ktoś pociągnął go za rękaw niebieskiego swetra. - Chodź proszę - usłyszał dźwięczne ponaglanie. 
Przy jego boku stanęła piękna flecistka, nie umiał oderwać wzroku od jej szczerego uśmiechu i przez dłuższą chwilę nie potrafił wydobyć z siebie żadnego słowa. Po chwili przypomniał sobie, że w lewym ręku trzyma bukiecik fiołków.
- Proszę, to dla ciebie - prawie wyszeptał. 
- Dziękuję - usłyszał radosny głos i poczuł czuły pocałunek na policzku.
Brązowy kapelusz potoczył się po parkowej alejce.
- To chyba pana - powiedział spokojny głos. - Proszę pana spadł panu kapelusz - poczuł lekkie szturchnięcie. Przechodzień wyrwał go z zamyślenia. 
Mężczyzna wstał z ławki i podszedł do parkowego stawu. Szum fontanny w jego uszach odbijał się jak echo minionego czasu, czasu który podarował mu przepiękny kwiat życia.
- Zobacz, gdy gasną wszystkie uliczne latarnie można zobaczyć prawdziwe światło gwiazd - wskazała palcem na wielki wóz. Przytulił ją mocno do siebie. 
-  Co jeszcze mądrego powie mój śliczny geniusz? - Z czułością pogłaskał ją po głowie.
- Że ich świetlista energia życia jest naszym odzwierciedleniem, my otulamy je naszym wewnętrznym promieniowaniem i to światło do nas powraca. Chodźmy do domu - powiedziała i chwyciła jego ciepłą dłoń. 
W oddali rozległo się szczekanie psa, tuż obok usłyszał śmiech, młoda para minęła go w parkowej alejce. Słońce chyliło się ku zachodowi pąsowym uśmiechem.
- A pamiętasz - z oddali dobiegł go znajmy szept - ten pąs nieba zwiastuje jutrzejszy wietrzny dzień. - Powoli odwrócił się za siebie, ale nikogo już nie było w pobliżu. Cicho westchnął i wolnym krokiem wróciła do domu. 


Szła równy krokiem aleją miasta, w ręku trzymała papierową torbę z zakupami, w głowie przewijała się jej ostatnia rozmowa z Sandrą. Zatrzymała się przed sklepową witryną, jej wzrok przyciągnęła sukienka na wystawie, jakby wyblakłe zdjęcie wyjęte ze starego, przykurzonego albumu. 
- Czy mogę prosić cię do tańca? - usłyszała pytanie. Ktoś nie czekając na odpowiedź chwycił jej dłoń i poprowadził ją na parkiet. 
- Czy my się znamy? - z jej ust wydobyło się ciche oniemienie. - Czy my... - uciszyło ją czułe spojrzenie. Przetańczyła w jego objęciach nie jeden wieczór.
Wpadł na nią mały chłopiec i wytrącił z zamyślenia. Papierowa torba wypadła z jej rąk, a gruszki i jabłka potoczyły się po chodniku.
- Bardzo panią przepraszam! - wykrzykną chłopie i 
zaraz zaczął zbierać rozsypane owoce. 
- Nic nie szkodzi - odpowiedziała nieco zmieszana. - Weź proszę jeszcze na drogę, to bardzo smaczne gruszki i jabłka.
- Bardzo dziękuję - chłopiec pobiegł dalej, a ona ruszyła w swoją stronę. 
Przeszła jeszcze kilka przecznic i stanęła przed kamienicą. Kluczem otworzyła drzwi wejściowe, weszła po schodach na drugie piętro, otworzyła drzwi do mieszkania, zapaliła światło a w kuchni na stole postawiła torbę z owocami. W czajniku wstawiła wodę i zaparzyła jaśminową herbatę. W salonie zatrzymała się przy regale z książkami i wyciągnęłam jedną. Usiadła wygodnie w bujanym fotelu i przeczytała tytuł i dedykację "Poezje wybrane - Dla mojej ukochanej - Leon". Przewertowała kilka kartek i znalazła fotografię oraz zaschnięty fiołek. 
- Czy mnie jeszcze pamiętasz? - w oddali usłyszała pytanie. - Czy mnie jeszcze pamiętasz?
- Pamiętam, zawsze będę pamiętać - szybkim krokiem podeszła do niego. - Wiesz przecież, że to serce nie mogłoby zapomnieć o tobie - w jej oczach pojawiły się łzy. 
- Nie płacz moje kochanie - przytulił ją do siebie - Przecież powiedziałem, że do ciebie dojadę, masz wielki dar i talent, uśmiechnij się.
- Boję się, że cię jednak nie zobaczę - uśmiechem przełamała łzę. 
- Nic się nie martw. Na początek będziemy do siebie pisać, w końcu ta przestrzeń ma nas łączyć, a nie dzielić - czule ją pocałował.
Dzwonek do drzwi wyrwał ją z letargu. Wstała z fotela, podeszła i otworzyła drzwi. Sąsiadka przekazała jej przesyłkę, którą zostawił u niej listonosz. Odbierając podziękowała, po zamknięciu drzwi ponownie poszła do salonu i położyła paczkę na stoliku. Wychodząc zgasiła światło, po wieczornej toalecie weszła do sypialni. Na krześle przy oknie leżał futerał, wyjęła z niego flet i zagrała kilka znajomych nut. Po chwili odłożyła go z powrotem, zgasiła światło i położyła się spać. 


Przez uchylone okno do pokoju wpadło pasmo ciepłego, jasnego światła. Starszy mężczyzna przewracając się na drugi bok poczuł przyjemne muśnięcie na policzku, niczym lekki dotyk niewidzialnej dłoni. 
- Nowy dzień, nowe możliwości - czule pogładziła go po paliczku i skroni. - Wstań, już słońce prawie świta, chodźmy do ogrodu. 
- Lena, jeszcze chwila - przetarł zaspane oczy. - Nowy piękny dzień i poranek, ale to ty jesteś moim najpiękniejszym wschodem i zachodem słońca - przytulił ją mocno. 
- Leo, wstań proszę - pocałowała go czule. - Proszę - wstali razem trzymając się za ręce.
- W takim razie zapraszam do tańca - poranna rosa zwilżała ich bose stopy a pasma wschodzącego słońca rozświetlały radosne twarze.
Dzwonek do drzwi wyrwała go z pół snu. Wstał pospiesznie z łóżka, założył szlafrok i otworzył drzwi wejściowe. Odebrał od kuriera zamówioną kilka dni wcześniej przesyłkę, po porannym prysznicu przygotował śniadanie. Delektując się poranną kawą powrócił myślą do minionego snu, jak echo powtórzył w myślach słowa "...to ty jesteś moim najpiękniejszym wschodem i zachodem słońca". Lekki dreszcz przebiegł po jego plecach, a na stopach odczuł orzeźwiający chłód porannej rosy. 
- Pewnego dnia popłyniemy razem tak jak te dwa nieme łabędzie - usłyszał za sobą znajomy głos. 
- Gdzie popłyniemy? - Zdziwiony zapytał. 
- Prosto przed siebie w głębię naszych wewnętrznych serc, tam gdzie nie ma kresu miłości - powiedziała spokojnie.
- Lena tu i teraz nie ma kresu miłości, nie trzeba nigdzie płynąć. Wystarczy być - ujął jej dłoń i przycisnął mocno do swego serca. - Wystarczy być, pamiętaj. 
Z zamyślenia wyrwał go dzwonek telefonu, energicznie wstał od stołu i odebrał. W podręcznym notesie zanotował informację, ucieszył się z pozytywnych wieści. 
- Czy to wszystko jest pewne - jeszcze dopytał, czując pewną nutę niepewności. 
- Tak, wszystko się zgadza. Życzę powodzenia - usłyszał w odpowiedzi.
- Dziękuję, do usłyszenia - zakończył rozmowę. 
"Tylko nie zapomnij pisać, nie zapomnij pisać..." to echo wciąż brzmiało w jego głowie. 
Z szuflady komody w przedpokoju wyjął plik listów. Na osobnej kartce dopisał jeszcze kilka słów, starannie wszystko zapakował, zaadresował paczkę i poszedł na pocztę. 

 

Przebudziła się o świcie. Powoli przeciągła ramiona i usiadła na łóżku. Otuliła się ciepłym szalem, wstała i jak co dzień zeszła do ogrodu. Z uśmiechem powitała pierwsze słoneczne promienie, a poranna rosa obmyła jej stopy. 
- Czy wyjdziesz za mnie? - w ręku trzymał bukiecik konwalii. 
- Tak - odpowiedziała od razu i przytuliła się do niego. 
Nagle rozległ się dźwięk telefonu. 
- Tak, słucham - odebrała.
- Lena, wszyscy już czekają na ciebie na lotnisku - usłyszała w odpowiedzi. - Nie spóźnij się!
- Nie spóźnię się, już jedziemy - zakończyła rozmowę. Zapakowali walizkę, wsiedli do samochodu i pojechali. Przed halą główną pożegnali się czule, w kieszeni jego marynarki został pierścionek. 
W dali usłyszała ćwierkanie, które wytrąciło ją z zamyślenia. Wzrok jej zatrzymał się na gałęzi sędziwego miłorzębu. Uśmiechem powitała niepozornego, małego kosa śpiewaka. Spokojnym krokiem wróciła do mieszkania. Po porannej kąpieli zjadła śniadanie, spakowała flet i nuty, i udała się na próbę, już za kilka tygodni kolejny wielki koncert. Wyszła pośpiesznie, bo przed próbą miała jeszcze spotkać się z Sandrą, całkiem zapominając o przesyłce pozostawionej na stoliku w salonie. 
- Lena, Lena - już z oddali na powitanie macha do niej Sandra.
- Witaj kochana, może usiądziemy chwilę tutaj - przysiadają na parkowej ławce.
- Przemyślałaś moją propozycję? - pyta przyjaciółka.
- Sama nie wiem - odpowiada Lena nieco zgaszona. 
- Sama nie wiem, co to za odpowiedź? - pyta. - Od ilu lat ja to już słyszę.
- Od tylu ile już się znamy. Nie wydaje mi się, żeby coś z tego wyszło.
- Dwadzieścia lat, a może mniej. Nie wydaje Ci się bo w głowie masz tylko jednego mężczyznę, ale to są tylko obrazy sprzed lat. Filip cię lubi i to nawet bardzo, i ty jego też, czy nie warto...
- Sandra - przerywa jej Lena - lubić a kochać, pokochać to nie to samo i nie tylko w głowie a w sercu, i znów mam to dziwne przeczucie. 
- Już dobrze - przytula ją - wiem ile dla ciebie znaczył, choć życie i tak płynie do przodu. Jakie przeczucie? 
- Jakbym zapomniała o czymś bardzo ważnym - spojrzała na zegarek. - Dochodzi dziewiąta, muszę już iść, do zobaczenia - wstała z ławki i zaczęła iść.
- Do zobaczenia, zadzwonię jutro do Ciebie - pożegnała się Sandra.
Próba zaczęła się punktualnie, nie było wiele poprawek, wszyscy byli zadowoleni, a solówkę Leny jak zwykle oklaskiwano. W towarzystwie Filipa zjadła smaczny obiad, pozwoliła odprowadzić się do domu, ale i tym razem nie zaprosiła go do środka. 
Po powrocie usiadła na kanapie, jej wzrok zatrzymał się na przesyłce pozostawionej na stoliku. Podniosła paczuszkę i niedowierzająca własnym oczom przeczytała imię nadawcy - Leon. Zamarła chwilę w bezruchu. Po chwili zaczęła rozpakowywać zawinięty papier. W środku znalazła plik kopert i małe pudełeczko. Na na osobnej białej karetce przeczytała pytanie: "Czy wyjdziesz za mnie?" We wnętrzu białej kartki znalazła jedną zasuszoną niezapominajkę. W jej oczach pojawił się łzy. Otworzyła małe szafirowe pudełeczko i znalazła w  nim złoty pierścionek. Stanęła na przeciw znajomej scenie.
- Powiedz proszę, który z nich najbardziej Ci się podoba? - zapytał. 
- O ten pośrodku - odpowiedziała i wskazała palcem.
- Choć przymierzysz - weszli razem do sklepu. Pierścionek pasował idealnie. Sprzedawca poinformował ich, że niestety jest już on zarezerwowany. 
Wzięła do ręki pierwszy list, wyjęła go z koperty i zaczęła czytać, później wzięła drugi i kolejny, i tak minęło południe, wieczór i pół nocy. Zasnęła ze zmęczenia, rano obudził ją telefon.
- Słucham - odezwała się zaspana.
- Lena czekamy wszyscy na ciebie. Gdzie jesteś? - zapytał Filip.
- Dziś nie przyjdę, przepraszam - odpowiedziała. 
- Co się stało? - z troską w głosie zapytał.
- Nic poważnego, kłopot z gardłem, za godzinę idę do lekarza - odpowiedziała.
- Kłopot z gardłem? Lena? Co to za wymówka? - już z niepokojem w głosie pytał dalej.
- Przepraszam, do jutra już będzie dobrze, grajcie - rozłączyła się. 
Przepłakała jeszcze pół dnia. Później chodziła kilka dni smętna, choć na próbach starała się jak mogła najlepiej. Nie miała ochoty z nikim o tym rozmawiać. W końcu usiadła któregoś dnia przy biurku i napisała list, dołączyła do niego jeden bilet na koncert wraz z zaproszeniem oraz pierścionek, otrzymane listy zachowała. 



Minęło już kilka tygodni, a ciągle nie było odpowiedzi. Wracał do domu z zakupami, nie brakowało mu wewnętrznej pogody ducha, ale powoli zaczął wątpić, że po tylu minionych latach będzie mu znów dane choćby zobaczyć jej uśmiechniętą twarz. Przy furtce powitał go listonosz. 
- Dzień dobry - usłyszał na powitanie. - Przesyłka dla szanownego Pana. 
- Dziękuję - odebrał paczuszkę, kątem oka wyłapał imię nadawcy i serce mocniej mu zabiło.
- Miłego dnia i do zobaczenia - pożegnał się listonosz.
- Miłego - tylko tyle odpowiedział. 
Pośpiesznie wszedł do domu, torbę z zakupami zostawił w przedpokoju i usiadł na kanapie w salonie. Przez dłuższą chwilę wpatrywał się w paczkę trzymaną w ręku.
- Leo a znasz ten piękny wiosenny kwiat? - z uśmiechem zapytała.
- Tak znam, to stokrotka - odpowiedział i czule ją pocałował. - Taki piękny wiosenny kwiat jak ty.
- Bellis perennis - wypowiedział dźwięczny głos. - Nazbierajmy trochę z wewnętrznym podziękowaniem, w domu zrobimy herbatę. 
- Herbatę z stokrotek, Lena? - zapytał zdziwiony. - I z wewnętrznym podziękowaniem, przecież to tylko wiosenny kwiatek. 
- Leo przecież to życie, które kwitnie nawet czasem przez cały rok, każemy życiu należy się podziękowanie, wewnętrzna wdzięczność prosto z serca - z uśmiechem odpowiedziała - Niewielu wie, że stokrotki to nie tylko piękne kwiaty, ale też cenny surowiec zielarski. 
- Nie wielu też wie, że goszczę tą jedną stokrotkę nadal w sercu - głęboko westchnął i rozpakował paczuszkę. W swoje dłonie ujął szafirowe pudełeczko. Posmutniał, nie musiał go otwierać, bo wiedział co jest w środku. W fioletowej kopercie znalazł bilet i zaproszenie na koncert, spojrzała na datę - to już za dwa tygodnie. Z białej mniejszej koperty wyciągnął list: 

Drogi Leonie

Gdy dziś czytam twoje listy po moich policzka spływają łzy. Mogłabym nimi wypełnić całą szkatułkę, szkatułkę szklanych łez. Jakaś cząstka mnie znowu umarła, po refleksji przyjdzie czas na ponowne odrodzenie. Moje serce nie mogło zapomnieć o tobie, ale też nie jest mu łatwo pogodzić się z tym, że upłynęło tyle lat milczenia. Nie mogę przyjąć pierścionka, z którego cieszyłabym się tak bardzo kiedyś, kiedyś kiedy każdy nowy dzień był naszym wspólnym, a o poranku tańczyliśmy razem boso w porannej rosie, kiedy wspólna droga wydawała się prosta i przesłana fiołkami. Nie zrozum tego, że w moim sercu nie ma miłości, bo gdybym temu zaprzeczyła, to oszukałabym samom siebie. Moja obawa sprzed lat stanęła przede mną jak żywa, a w myślach na nowo pojawia się pytanie: Co nas przed laty tak naprawdę rozdzieliło? Brak słów? Milczenie? Przy pożegnaniu na lotnisku było w nas tyle, radości i wewnętrzna jedność, więc co nas rozdzieliło?
Choć nadal jesteś cząstką mnie a ja Ciebie w mojej rzeczywistości jest kolejna próba dojścia do siebie, bo choć ta przestrzeń ponownie nas łączy, te wszystkie lata mijały bez dotyku twych dłoni i radosnego śmiechu. 
Co z zaufaniem? Gdy tak długo pozostawał bez odpowiedzi, każdy wysłany do Ciebie list, a po latach wszystko dotarło nagle niczym dzisiejszy poranny wiatr. Wiatr listonosz śmiesznym Pan - Czy mnie jeszcze pamiętasz? - pytałeś kiedyś. Pamiętam, pamiętam każdą z wypowiedzianych dźwięcznych nut. 
W fioletowej kopercie przesyłam bilet i zaproszenie niedługo mamy kolejną premierę. Wiedeń powinien Ci się spodobać. 
Lena 
P.S.  
wspomnienie 

znalazłam w sobie miłą chwilę
tak cicho szeptała na dobranoc
z czułością otulając nagie ciało
w ciepłym westchnieniu 
współodczuwając

znalazłam w sobie moc uśmiechu
tańczącą boso w zielonej trawie
smakującą słodycz polnych truskawek
czującą delikatność płatków polnych maków

znalazłam w sobie niemą tęsknotę
za wietrzmy walcem z wiatrem
za wskazówką zagubionego czasu
za pisklęciem zamkniętym w skorupce 

znalazłam w sobie szklaną łzę
bo choć dzień zrodził się promienistym wschodem
noc uroniła spadającą gwiazdę

Odłożył list i cicho zapłakał, sam dobrze wiedziała jak bardzo zranił serce, które nadal bardzo kochał. 
- Zobacz Leo, zobacz - w duchu usłyszał - jak jaskółki nisko lecą - jego wzrok powędrował za jej palcem.
- Widzę - odpowiedział. 
- Niedługo będzie padało, możemy pospacerować w deszczu - mówiła dalej - boso w zielonej trawie, zatańczymy zwiewnego walca - klasnęła w dłonie i roześmiała się.
- Wiatr listonosz śmieszy pan - zanucił. - Zaprasza do zwiewnego walca -  skłonił się i podał jej dłoń. 
- Co ja robię! - zawalał i szybko poderwał się z miejsca. Nie wahając się ani chwili pojechał kupić bilet na pociąg, po powrocie do domu zarezerwował hotel. Przed snem jeszcze raz przeczytał list. Po przebudzeniu znów sięgną po list, ale i tym razem postanowił nic nie odpisać. 

 

Nie dostała od niego żadnej odpowiedzi, choć wcale tego nie oczekiwała. Nie wiedziała czy przyjął zaproszenie na dzisiejszy koncert. Przed występem poprosiła koleżankę, by przekazała wiadomość jej gościowi jeśli zajmie zarezerwowane miejsce w jednej z lóż. Teraz spokojnie czekała po udanej premierze w operowej kawiarni. W palcach zgrabnie przekładała kawałek papieru, tworząc tulipana z zapamiętanego wzoru origami. 
- Proszę to dla Ciebie - podała mu czerwony kwiat. 
- Dziękuję - odpowiedział. - Ale co to? - zapytał zdziwiony.
- Magia papieru - uśmiechnęła się szczerze. - Czerwony kwiat mojego serca dla Ciebie - obdarzyła go pocałunkiem.
Dziś trzymała biały kwiat w dłoni, jej zamyślony wzrok odpłyną w stronę okna. 
Leon stanął w wejściu kawiarni, uważnie rozejrzała się po sali, ale nie zobaczył jej od razu.
- Zapraszam do stolika - podszedł do niego kelner.
- Szukam panny Leny, flecistki - powiedział.
- Siedzi przy stoliku pod oknem - wskazała dłonią kelner.
Wzrok Leona zatrzymała się na kobiecie w białej sukience zapatrzonej w okno, powoli zbliżył się do niej pewnym krokiem.
- Czy mnie jeszcze pamiętasz? - zapytał i położył bukiet białych róż na je kolanach. 
- Pamiętam - cicho opowiedziała odwracając głowę w jego stronę. - Proszę, to kwiat mojego serca - podała mu papierowego tulipana, po jej policzkach spływały łzy. 
- Już nie płacz - czule ją przytulił.
Razem wyszli z opery, szli oświetlonymi ulicami miasta, znów razem patrzyli na gwiazdy.