sobota, 16 marca 2013

Nie będę dla ciebie Heathcliffem



Kiedyś zapytała: 
- Czy znajdziesz mnie pośród gwiazd, gdy nagle niczym promień światła, ulecę o tam - wskazała dłonią na rozgwieżdżone niebo - z tego wątłego ciała
- O czym ty mówisz? - zapytał zdziwiony, nie mogąc jeszcze dobrze złapać tchu. - Taki szalony bieg i nagle takie pytanie, pozwól mi chociaż dobrze złapać oddech - poprosił - i nie myśl czasem sobie, że będę dla ciebie Heathcliffem.
Roześmiała się widząc jego zatroskaną twarz i ponownie zapytała:
- Czy znajdziesz mnie pośród gwiazd, gdy opuszczę ten świat materii...
- Ciiii... - nie pozwolił jej dokończyć - znów mówisz o śmierci, a przecież jest już dobrze i będzie jeszcze lepiej.
- Nie ma śmierci - odpowiadając spojrzała mu prosto w oczy - to tylko przejście w inny wymiar, a gwiazdy są pewną metaforą. Nie jestem Katarzyną więc nie potrzebuję Heathcliffa, to tylko blada papierowa iluzja, gdzieś na wrzosowiskach.
Obróciła się i wskoczyła do jeziora.
- Co ty robisz - krzyknął zdenerwowany - jeszcze się przeziębisz!
- Skacz popływamy - ze śmiechem w głosie zawołała - woda jest naprawdę ciepła. 
Skoczył i szybko podpłynął do niej. Od razu chwycił jej ciało w swoje objęcia.
- Spokojnie - pogłaskała go po głowie - spokojnie.
- Jak mam być spokojny, jak? - bezradnym głosem zapytał - kiedy ty umierasz, a to co mówisz nie mieści mi się w głowie.
Uciszyła go pocałunkiem. 

Dziś znowu stanął nad brzegiem jeziora, od tamtej chwili równo minęło dziesięć lat.
- Czy znajdziesz mnie pośród gwiazd? - pod nosem cicho powtórzył. - Nie myśl, że będę dla ciebie  Heathcliffem. Zawsze lubiłaś tą historię.
- Lubiłam - z oddali usłyszał cichy szept.
- Więc gdzie teraz jesteś? - zapytał, ale nie dostał żadnej odpowiedzi.
Wieczorem dojechał do miasta. Zaparkował przed kamienicą, wysiadł z samochodu i przez chwilę wpatrywał się w rozgwieżdżone niebo. Wszedł do budynku. Przed drzwiami mieszkania chwilę się zawahał, ale wszedł powoli do środka. Dawno tu nie był. 
W niedługim czasie po jej odejściu dostał ofertę pracy za granicą. Wyjechał niczego nie zmieniając w środku. Jedynie kwiaty, które pielęgnowała podarował sąsiadce, a psa zawiózł na wieś do jej siostry. 
Otworzył okno, żeby przewietrzyć. W mieszkaniu panował niemiły zaduch zmieszany zapachem kwiatów. Zdziwiło go to nieco, bo przed wyjazdem wyniósł wszystkie kwiatki i oddał sąsiadce, żeby nie uschły. Nagle ogarnęła go senność. Położył się na łóżku i od razu zasnął. 

- Musisz się poddać terapii - krzyknął wzburzony, rozbijając talerz o podłogę w kuchni - teraz mają lekki najnowszej generacji, mają mniej skutków ubocznych i na pewno ci pomogą! Ubieraj się zaraz pojedziemy do szpitala i powiesz lekarzowi, że zgadasz się na leczenie!
- Spokojnie - przytuliła się do niego - rozmawialiśmy już o tym, uważaj trzeba pozbierać szkło z podłogi, obiecałam sobie kiedyś, że podziękuję za to jeśli się powtórzy, a po za tym to tylko moje ziemskie ubranko.
Wyjęła zmiotkę z szufelką z szafki i zaczęła zamiatać. 
Cofnął się do drzwi i stanął w progu kuchni.
- Dlaczego, powiedz proszę - głos zaczął mu się łamać - dlaczego? Przecież ja cię kocham, czy ty tego nie widzisz? Tak prędko ci do tej trumny?
- Adam, widzę, wiem - łzy popłynęły jej po policzkach - ale to nie będzie koniec życia, tylko początek. Wolisz mnie przez tą chwilę, przez tą naszą chwilę tu razem, widzieć przykutą do szpitalnego łóżka, zarzyganą, zniewoloną i słabą, a nie wolną, rozśpiewaną, roztańczoną i uśmiechniętą w twoich objęciach? To nie są leki, to jest trucizna! Adam, kochany, wiem jak to wygląda. To nie jest nasz prawdziwy dom, to nie jest miejsce wiecznego życia. 
Chwyciła go za ręce.

Zbudził go śpiewy ptaków. Przetarł zaspane oczy. Przez otwarte okno do pokoju wpadał snop białego światła. Spojrzał na zegarek. Była siódma. Wstał z łóżka i ze zdziwieniem spojrzał na stół. Po jego blacie w tej i z powrotem spacerował i świergolił mały, szary ptaszek. Gdy spostrzegł Adama, wcale się nie przestraszył. Podskoczył parę kroczków w jego stronę, przekrzywił lekko swoją małą główkę w lewo, potem w prawo, po czym odwrócił się i wyfrunął prze otwarte okno.  Scena ta szczerze rozbawiła Adama. Po chwili namysłu poszedł do łazienki włączyć bojler, po czym udał się na zakupy, bo w kuchni nie było nic do jedzenia. Wsłuchiwał się w dudnienie swoich kroków po znajomym chodniku. Podniósł głowę do góry i spojrzał prosto w jaśniejące słońce, po chwili zamarł w bezruchu.

- Spróbuj choć raz odsłonić twarz i spojrzeć prosto w słońce - śpiewała uśmiechając się do niego - zachwycić się po prostu tak i wzruszyć jak najmocniej....
Przerwał jej pocałunkiem.
- Adam - zaczęła wyrwać się z jego objęć.
- Nie mogę się powstrzymać - odpowiedział - taka jesteś cudowna i tak bardzo ulotna, niczym nimfa. Chcę cię w tej chwili zatrzymać.
- Adam - powiedziała - zawsze będę przy tobie. Tu mamy pewną stację w bezczasie naszego życia. Pewne niepowtarzalne miejsce gdzie można poznać zapach chleba, słodycz pomarańczy, ciepło filiżanki kawy czy herbaty. Tu poznajesz swoje żądze manipulujące duszą i ciałem. Jedni biegają w pogoni za orgazmem, drudzy krzyczą: "Do mnie stołek najwyższej należy władzy"!, a trzeciego do ziemi swym ciężarem przyciska kieszeń wypchana pieniędzmi. Lecz przy tym nie pamięta nikt, że dana rzecz taką wartość nosi, jaką ktoś mu nada. W innych wymiarach tego nie ma. Korzystaj z dostępnych tu doświadczeń i nie daj się omamić iluzjom. 
- Nie rozumiem - popatrzył na nią smutny - ale kocham i ci wierzę.
- Czuj sercem i słuchaj wewnętrznego głosu, tam prawdy mieszka odpowiedź - wzięła go z rękę - Chemia nie może być lekiem, bo nie ma w niej życia, jest sztuczna. Lecz jabłko z jabłoni i róża w polu tak, bo ziemia żywi je swoimi sokami, a słońce ogrzewa życiodajnymi promieniami. Zatańczmy w tym deszczu - poprosiła.
Nie potrafił jej odmówić. Tańczyli w parku dopóki nie przestało padać. Mijali ich zdziwieni ludzie pod parasolami.

- Dobrze się pan czuje?
Z zamyślenia wytrącił go głos przechodzącego obok staruszka.
- Dobrze - odpowiedział - dziękuję.
Po chwili doszedł do piekarni i kupił pół orkiszowego chleba. Niedaleko znajdował się bazarek poszedł tam i kupił trochę warzyw i owoców. Po powrocie do mieszkania wziął prysznic. W kuchni przygotowała sałatkę. Wchodząc do pokoju ze śniadaniem, na stole znów zauważył porannego gościa. Całkiem zapomniał o otwartym oknie. Mały szary ptaszek znów wędrował po stole.
- Dzień dobry - przywitał Adam gościa.
Ptaszek zatrzymał się, popatrzył chwilę na niego. Stuknął trzy razy w drewniany blat dziobem i wyfrunął z powrotem na podwórko.
Adam roześmiał się w duchu. Usiadł przy stole i zjadł śniadanie. Wolnym krokiem wrócił do kuchni. Pozmywał naczynia i zaparzył sobie różaną herbatę. Z szuflady w pokoju wyciągnął album ze zdjęciami. Zaczął je przeglądać popijając ciepły napój.

- O uśmiech proszę - zawołała Aurora - o uśmiech mojego Heathcliffa poproszę. 
- Oj, nie myśl sobie - odparł Adam niosąc ją do ogrodu na rękach - nie myśl czasem sobie droga Katarzyno, że będę dla ciebie Heathcliffem. Poproszę ot ten aparat fotograficzny. Tak ślicznie wyglądasz na tle tej przyrody. 
-Dobrze tylko najpierw kochany, postaw mnie proszę na ziemi. 
Roześmiana stanęła na ziemi. Adam wyją z jej dłoni aparat i zaczął robić zdjęcia. Aurora stroiła różne miny i przybierała pozy, wiedziała, że sprawia to Adamowi ogromną przyjemność. 
- Jesteś piękna! - z radością krzyknął Adam.  
Aurorze zaczęło kręcić się w głowie. Po chwili straciła przytomność i upadła. Adam upuścił aparat i szybko do niej podbiegł.
- Auroro, Auroro, - zaczął ją cucić - Auroro, kochana, proszę otwórz oczy.
Po chwili ciało Aurory lekko drgnęło. Jej powieki podniosły się do góry, spojrzała prosto w oczy Adama. 
- Auroro...- głos lekko mu się załamał.
- Adam - zaczęła szeptem - Adam, to już. Przytul mnie. Za chwilę stanę obok ciebie poza ciałem.
- Auroro kocham ciebie, proszę zostań - łzy popłynęły mu po policzku.
- Adam - wyszeptała - Jestem życiem, będę zawsze. 
Jej powieki się zamknęły, ręka opadła na trawę bezwładnie. Ich ciała spowiły pasma białego światła. 
Adam gorzko zapłakał. Po chwili poczuł w sercu dotyk ciepłego spokoju. Wiedział - to była ona.

- To twoje ostatnie zdjęcia kochana - wyszeptał - taka byłaś piękna.
Gładził zdjęcia, tak jakby gładził jej twarz. Dopił herbatę, ubrał się i wyszedł z mieszkania. Wsiadł do samochodu i ruszył przed siebie. Po dwóch godzinach dotarł na miejsce. Zaparkował przed domem i wyszedł na podwórko. Na spotkanie wyszła mu Marysia.
- Witaj Adam - powiedziała zaskoczona jego widokiem - dawno cię u nas nie było.
- Witaj Marysiu - odpowiedział - przyjechałem przed wczoraj, a jutro wracam. Chciałem trochę u was pospacerować, mogę? Aurora tak kochała te drzewa.
- Możesz, bardzo proszę - popatrzyła na niego zdziwiona - Adam, ale wiesz, że jej już nie ma, żyj...
- Wiem - przerwał jej - wiem, że życie nie umiera, potrzebuję tam tylko trochę pobyć.
- Dobrze idź. 
Adam otworzył furtkę wiodącą na pole i poszedł. Niegdyś rosły tam maleńkie brzozy i sosny a teraz jego oczom przedstawiał się widok prawdziwego lasu.
- Dzień dobry - wyszeptał Adam. 
Doszedł do krzewu dzikiej róży i przystanął. 
- To kwiaty i owoce życia - powiedział - i tu zostawiłem prochy twojego ciała.
- Dusza jest wiecznym kwiatem życia - szept wiatru usłyszał.
Na gałązce krzewu dzikiej róży przysiadł mały szary ptaszek i zaczął świergolić swoim cichutkim, ale bardzo melodyjnym głosikiem.
- Dusza jest kwiatem wiecznego życia - z uśmiechem powtórzył Adam - już wiem kochana. 


      





wtorek, 25 grudnia 2012

Wielowymiarowa

W wielorakiej płaszczyźnie świata znów stanęła u progu świąt. Klamkę  drzwi do tego wymiaru mroźnie okrył mróz. Nie miała ochoty znów odwiedzać tej świadomości. Wiedziała, że za oknami w ten czas światła ulicznych latarń zawsze zapalają, przemarznięte do szpiku kości, dziewczynki z zapałkami.
Lekko nacisnęła klamkę i weszła do pokoju. W domowym zaciszu wszyscy już posnęli jedynie kot cichym mruczeniem odpowiedział na jej kroki. Usiadła na kanapie. W kącie pokoju, na ubranej już choince, migotały kolorowe lampki. Chwilę przypatrywała się im w zamyśleniu, po czym wstała i podeszła do okna. Na znajomy widok westchnęła tylko głęboko, bo wchodząc do tamtego świata zawsze stawała się niewidzialna. 




Pod oknem stała mała dziewczynka, jeszcze próbowała sprzedać zapałki nielicznym przechodniom.
- Zapałki, może dla pana, a może dla pani, bardzo proszę - mówiła - w domu zawsze przydają się zapałki.
Lecz każdy obojętnie ją mijał. Zmęczona usiadła w śniegu, a nie mogąc wrócić do domu, zaczęła się ogrzewać w płomieniu każdej, kolejno zapalanej zapałki. 
Na ten widok Amelia drgnęła w oknie. W tym jednym migocącym płomieniu ujrzała wszystkie postacie materialnego świata. Wszystkie umierające - tej jednej nocy - dziewczynki z zapałkami. Otarła łzę z policzka, podeszła i położyła się na kanapie, po chwili zasnęła. 

Znów stanęła przed progiem, ale tych drzwi jeszcze nie widziała. Cichy głos zza nich usłyszała:
- Nie bój się, otwórz drzwi - powiedział - zapraszam.
Amelia zrobiła kilka kroków do przodu, nacisnęła klamkę, przestąpiła próg i weszła.  Jej oczom ukazał się niezwykły obraz, w którym poczuła się jak w domu. Na przeciw rósł dość sporej wielkości biały grzyb rozświetlony żółtą aurą. Na jego szczycie siedział mały człowieczek, w białym fraku i cylindrze na głowie. Zręcznie wymachiwał mahoniową laseczką, ze srebrną główką.
- Witaj Amelio - powitał ją uśmiechem - wejdź proszę tu do mnie po schodach z łodyg konwalii lub przyfruń - poprosił.
- Skąd znasz moje imię? - ze dziwieniem zapytała Amelia idąc do przodu. Po chwili zatrzymała się jeszcze bardziej zdziwiona, widząc swoje odbicie w zwierciadle kropli rosy.
- Jestem elfem? - ponownie zapytała wbiegając po kłaniających się jej konwaliach, na czubek białego grzyba.
- Tak, w tym wymiarze przybierasz postać elfa - opowiedział nieznajomy - i masz skrzydełka, więc możesz latać - serdecznie się roześmiał.
- Kim jesteś? - Amelia zmierzyła go badawczym wzrokiem.
- Jestem Nikt - odpowiedział mały człowieczek - Nikt jestem i chyba chciałaś ze mną porozmawiać, a znamy się bardzo, bardzo dobrze. 
- Chciałam porozmawiać - powiedziała Amelia - ale nie jestem pewna, czy z tobą. 
- A czy ja mogę pogawędzić z tobą, Amelio - i zdjąwszy cylinder z głowy, lekko jej się ukłonił.
- Tak, bardzo proszę - zgodziła się na rozmowę. 
- Na ziemi liczni ludzie opowiadają - zaczął Nikt - że w pewną noc zrodziło się dziecię. Większe miało być od królów, silniejsze od kul z katapult. Paść przed nim miały wszystkie narody.  I tylko ono jedno miało taką moc.  Lecz w tamtą noc i każdą inną, na świat przychodzą wielcy, mali mocarze. Żywym światłem wypełniają ludzkie ciała. A ono jedno, ze swą rozwiniętą świadomością miało o bezinteresownej miłości przypomnieć i byciu z drugim człowiekiem. Pokazać, że ludzkiej głupocie należy wybaczyć, bo nie istnieje kara i nagroda, tylko wspólny rozwój. Co myślisz o tym Amelio? - kończąc Nikt zapytał.
- Tak jak on i wielu przed nim i po nim, jestem światłem wcielonym w materię. Człowiekiem zrodzonym na ziemi. Nie rozumiem świątecznego przepychu, pod którego stosem umierają dziewczynki z zapałkami. Bo to nie ciało lecz dusza jest podobieństwem twórcy życia. A tu ciągle czerń jako zło ściera się z dobrą bielą, ich taniec nazywają walką - smutno odpowiada Amelia.
- Pamiętaj - dalej mówi Nikt - dobro nie musi stawiać oporu, gdy zaczyna walczyć przestaje być dobrem, bo upodabnia się do zła. Wystarczy by szło swoją drogą do przodu, bo nie da się go z niej zepchnąć...

- Amelio,  Amelio - usłyszała znajomy głos mamy - już słoneczko dawno wstało, obudź się kochanie.
Amelia przetarła zaspane oczy rozejrzała się w koło. Znów była w domowym salonie. Wzrok zatrzymała na świątecznej choince. Gwałtownie wyrwana ze snu usiłowała sobie przypomnieć ostatnie słowa Nikogo. "Dobro, żeby naprawdę było dobrem, bez stawiania oporu idzie swoją drogą do przodu. On ma rację."
Uśmiechnęła się do mamy.


Czy widujesz czasem na swej drodze dziewczynki z zapałkami?



środa, 19 grudnia 2012

Mind Programming



Zastygły obraz na ekranie telewizora. Zniekształcony niczym Panny z Awinionu na obrazie Picassa. Wypaczona rzeczywistość, na pozór jednak realna.  
Dziś w programie słodka telenowela. Lepkie macki podstępnej intrygi, klejące się do szyi i twarzy niczym odnóża obślizgłej ośmiornicy - lekko życie podduszające. Ohy i ahy, piski i krzyki na kawałeczku dostarczonej pizzy. 
Świat cały zasnął przed telewizorami, wtulony w hipnotyczny sen. Zza ekranu telewizora wyjrzała głowa ośmiornicy. Uważnie rozejrzała się po pokoju, sprawdziła poziom snu. Miły głos z siebie wydobyła: 
- Szanowni panowie, szanowne panie, zapraszam. Ach, cóż to będzie za szyk! Ha, ha, ha na mind programming zapraszam. Cudowny to będzie szyk! - Uprzejmie widzom uśpionym się kłania, włosy czule, lecz z szyderczą tkliwością głaszcze. 



- Ach, tak - drapie się po swojej głowie - przecież wy mnie nie słyszycie, wszystko podprogowo wnika w wasze umysły. Ha, ha, ha, ha - cicho się śmieje - taka mini, tyci, manipulacja, a hiper iluzja papierowej mocy pieniądza i szklanego wieżowca, bo niby taka wielka z was cywilizacja, ale ciii, ciiii... bo właśnie zaczyna się program. - Za telewizorem się chowa.

Tak trzeba żyć, coś z ekranu szepcze, być wielkim celebrytą, jak on czy ona postępować. Takiej tylko należy słuchać dysharmonijnej muzyki, nutą jak młotem walić w dyskotece o podłogę. Nosić na sobie znane z plastiku metki, bo tylko one w tym fasonie, kolorze i kroju są trendy. Jedynie most przez zawiść, zazdrość i intrygę jest drogą do prawdziwej miłości, lecz uwaga drogie panie - i panowie jeszcze - by przy zdobywaniu swojej ukochanej własności nie rozerwać się na strzępy, uniknąć krwawego horroru. 

Spirala hipnotyczna w odbiciu źrenic widzów się toczy, toczy. Kobieta w transie po pilot sięga przerzuca różne kanały. Na jednym z nich liczne głosy reklamy zachwalają witaminy dla dzieci. Chłopczyk mały swoją słodyczą stwierdza, że przecież wszystkie dinozaury wymarły, bo ich nie jadły. Mamo zdecydowanie musisz je dla dziecka kupić!
- Ale zaraz - mówi świadomy głosik - A czy ktoś tym ludziom powiedział o aspartamie? Przecież to jest trucizna, zawarta we wszystkich witaminach dla dzieci. Kumuluje się w ludzkim mózgu i powoli go zabija.
- Ciii, ciii... - zza telewizora odzywa się ośmiornica - nic się nie odzywaj, inny teraz emitujemy program. 
Na kolejnym kanale przedstawiają się jakieś wiadomości. Kolejna na świecie wybuchła pandemia, trzeba się szczepić. Proszę zaraz biec do apteki - radzą tępe głosy.
- Ale zaraz - świadomy znów protestuje głosik - prawdę im powiedzcie, że to wszystko jest eksperymentem, szczepienie to mini broń biologiczna, zaburzenie ich odporności. 
- Nic się więcej nie odzywaj! - zza telewizora wychyla się ośmiornica - Tak ludzie muszą widzieć swoją rzeczywistość, że każde państwo jest dla nich, a nie oni dla niego, bo z chęcią i uśmiechem powinni dla niego pracować. Ciii, ciii...- lodowatym szeptem uspokaja - Oni się i tak o iluzji świata nie dowiedzą, nie widzą przecież w sobie światła. Ha, ha, ha! Takie teraz budujemy drzewa, no spójrz proszę - wskazuje na ekran. Myślisz, że ktoś wie choćby o elektrosmogu. Te drzewa świat przecież kocha. 

 

Jak kończy się ten program, mind program?